Co wynika ze szpitalnych spowiedzi? Wyznania kapłana.

Często choroby są właściwym momentem, by potraktować rzeczywistość śmierci na poważnie i pod tym kątem przemyśleć swoje życie. Nagle staję przed faktem, że moje ciało niedomaga, nie jest już tak sprawne jak wcześniej.

Trafiam do szpitala i mam dużo czasu, by to sobie przemyśleć. Dlatego tak ważna jest wtedy obecność księdza. Ksiądz ma autorytet i ludzie z problemami chętnie pójdą do niego porozmawiać. Tylko musi mieć na to czas. Bo jeśli bycie kapelanem przyszpitalnym jest kolejną kulą u nogi faceta, który trzydzieści godzin w tygodniu uczy religii, a ponadto odprawia msze i udziela sakramentu spowiedzi w swojej parafii, to do szpitala będzie wpadał jak po ogień, nie mając czasu ani sił, żeby poświęcić je napotkanym osobom. Rozmowa z księdzem, który poświęci im czas i stawi czoło trudnym pytaniom, z jakimi się borykają, to dobry pomysł.

Spędziłem kiedyś trzy tygodnie w szpitalu. A ponieważ poza problemami z okiem byłem sprawny, to mogłem odpowiadać na potrzeby innych pacjentów. Nie wszyscy wiedzieli, że jestem jednym z nich, bo kiedy odprawiałem mszę w kaplicy, nie było widać wenflonu w mojej żyle. Chodziłem w koloratce i ludzie garnęli się do mnie jak nigdy. Wielu z nich spowiadałem, niektórzy chcieli porozmawiać i wcale nie zadawali mi łatwych pytań. Opowiadali o swoim życiu i problemach, z jakimi się borykają. Rozwody, pijaństwo, kłótnie w małżeństwie, krzywdy jeszcze z dzieciństwa… Czasem uważali swoje życie za kompletnie nieudane, bo żona nie ta, praca nie ta, stosunki w pracy nie te, dzieci nie takie… Nieraz sam byłem przerażony. Najważniejsze jednak dla nich nie było to, co ja im powiedziałem, ale to, że ich wysłuchałem. Zadawałem im pytania, nieraz coś dopowiedziałem czy doprecyzowałem, ale przede wszystkim przyjąłem ich i wysłuchałem. Nie opieprzyłem, nie dałem w gębę, tylko przyjąłem każdego z tym, z czym przyszedł.

Nieraz opowiadając coś głośno, można samemu sobie udzielić odpowiedzi na dręczące pytania, zdystansować się do problemów, zrozumieć lepiej swoją sytuację. Często służą temu rozmowy, które odbywam podczas swoich dyżurów duszpasterskich. Mogę wtedy skonfrontować tego, kto przyszedł, z prawdą o Bogu, pokazać dobro, szansę na wyjście z najgorszego impasu. Nie zawsze chodzi o sytuację, w jakiej ktoś się znalazł, ale o brak nadziei, który jej towarzyszy.

Dlaczego Bóg i wiara w Niego tej nadziei nie dają? Bo nosimy w sobie Jego wypaczony obraz jako tego, który nas karze. Wspominałem już o tym, że nieraz taki obraz, o zgrozo, przekazują sami księża. My często swoją chorobę rozumiemy jako karę od Boga. Tymczasem prawdą jest, że Bóg karze, ale czyni to jako miłosierny Ojciec. Nie mści się więc, ale pozwala nam doświadczyć negatywnych konsekwencji naszych działań. Czasem rzeczywiście choroba jest konsekwencją, bo o siebie nie dbam, narażam swoje zdrowie i życie, źle się odżywiam, nie uprawiam sportu, wpadam w przeróżne nałogi, zamiast odpocząć, zapracowuję się na śmierć, żyję w stresie… Wtedy choroba oznacza jasny sygnał: czas coś zmienić. I faktycznie można powiedzieć, że Bóg nas przed nią nie ustrzegł, pozwolił na to doświadczenie słabości i niemocy. Zobacz, jak żyjesz, i zmień to, co jest niewłaściwe. Wyciągnij wnioski z sytuacji, w jakiej się znajdujesz.

Józef Puciłowski OP


Polecamy: