Kiedy naprawdę grzeszymy?

Anna Sosnowska: Ksiądz, u którego się spowiadałam, często powtarzał: „Chrześcijaństwo nie polega na byciu dobrym, tylko na relacji z Jezusem”. Mam wrażenie, że zwykle myślimy odwrotnie.
Wojciech Ziółek SJ:
Gdyby w chrześcijaństwie chodziło o bycie dobrym w znaczeniu „grzecznym”, to stworzylibyśmy fajną, państwową religię, która by wychowywała dobrych obywateli. A przecież chrześcijaństwo, jak już wiemy, nie jest w ogóle religią, lecz relacją, zawierzeniem Panu Bogu. Nic nie szkodzi, że przydarzają mi się ciągle grzechy, że ciągle upadam, jeśli tylko Jemu ufam.

Ojciec mówi: „Nic nie szkodzi”, a Katechizm mówi, że „nie ma większego zła niż grzech”.
W pełni się zgadzam z Katechizmem. Tragedia, jaką niesie ze sobą grzech, polega na zajmowaniu się głównie sobą, płakaniu nad sobą, a nie nad Panem Bogiem: „Myślałem, że jestem taki dobry, a okazało się, że jestem podły”. Może po którymś tam razie dotrze do mnie wreszcie prawda o mojej podłości i przyznam się przed samym sobą: „Tak, to ja, podlec, ale zbawiony przez Jezusa”. Wtedy już nie będę porywał się na deklaracje w stylu: „Życie moje oddam za Ciebie!” ( J 13,37), tylko będę mówił: „Panie, Ty wszystko wiesz” ( J 21,17)… Nie znajduję niczego piękniejszego, co moglibyśmy powiedzieć Jezusowi, niż właśnie te słowa: „Panie, Ty wszystko wiesz”. Nieraz nawet nie jestem w stanie dokończyć tego zdania i dodać: „Ty wiesz, że Cię kocham”.

Bo nie ma Ojciec śmiałości?
Tak, ale to niedobrze, bo ulegam wtedy pokusie. Pełne doświadczenie chrześcijaństwa wyraża się w postawie: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz o wszystkich moich świństwach, podłościach, ale kłamałbym, gdybym powiedział, że Cię nie kocham. Ja wiem, to skrajna bezczelność z mojej strony, ale tak właśnie jest i nie mogę powiedzieć Ci inaczej”.

Mówił kiedyś Ojciec w kontekście historii Judasza, że każdy z nas to zdrajca.
Każdy, zaczynając ode mnie. Ale skoro Pan Jezus nie przestał kochać Judasza, to i mnie nie przestaje miłować. Przyjął nas do siebie, jako swoich uczniów, a my sprzedajemy Go za marne 30 srebrników. A przecież dla Judasza nie tyle pieniądze były ważne, tylko to, żeby wszystko odbyło się bez tego całego cierpienia. Zanim wyszedł z Ostatniej Wieczerzy w ciemną noc – co jest dla mnie najbardziej dramatycznym momentem Pisma Świętego – dostał od Pana Jezusa kawałek chleba umoczonego w misie (por. J 13, 21-30). Od tej chwili ten kawałek, czyli Eucharystia, będzie w Judaszu. Zatem on nie wyruszył sam, Pan Jezus poszedł z nim. Dlatego szczerze wierzę, że jeśli się kiedyś, psim swędem i z Bożej łaski, załapię na niebo, spotkam w nim Judasza. Jeżeli ja liczę na to, że się tam dostanę, to dlaczego nie on?

Podobno los Judasza poruszył Ojca jeszcze w dzieciństwie. Ile miał Ojciec wtedy lat?
Około ośmiu. Dwa lata wcześniej zostałem ministrantem i dobrze wiedziałem, kiedy ten fragment będzie czytany. Wsłuchiwałem się i bolało mnie bardzo, że Pan Jezus nie zatrzymał Judasza, że nie wyszedł za nim. Jeszcze do tego ten szatan, który się wślizgnął w Iskariotę… (por. J 13,27). Truchlałem na te słowa. To było straszne, zionęło zupełną beznadzieją. Wtedy nie myślałem o kawałku chleba i o tym, że obok szatana w Judaszu znajdował się też Zwycięzca. I chociaż szatan zabił Iskariotę w sensie fizycznym, to ostatnie słowo należy właśnie do Zwycięzcy. Dlatego nie uważam mojej wiary w zbawienie Judasza za dziecinną i naiwną.

W Kościele chleb eucharystyczny nazywamy przecież zadatkiem życia wiecznego.
Tak, ale niektórzy mówią w tym przypadku o świętokradczej komunii, co mnie bardzo wkurza i boli. Takie lękowe przeżywanie naszej wiary sprawia, że przyjmując Komunię Świętą, wcale nie cieszymy się Tym, który przyszedł, tylko zastanawiamy się, czy mamy odpowiednio posprzątane. To jest tragedia.

A może ciągle jeszcze nie dociera do nas, że Chrystus przyszedł właśnie do grzeszników, jak mówi Pismo (por. 1 Tm 1,15)? Albo może przez tych grzeszników rozumiemy ludzi Jezusowi współczesnych, bo przecież my już jesteśmy ugruntowanym Kościołem, mamy wprawę w chrześcijaństwie?
I kiedy coś nam się nie podoba, szemramy: „Do grzesznika poszedł w gościnę” (Łk 19,7). A przecież powinien przyjść do nas. Tylko że my chcielibyśmy ugościć Jezusa tak, jak zrobił to Szymon faryzeusz (por. Łk 7,36-50) – po to, by pochwalić się, jacy to jesteśmy prawi.

I nagle w ten pobożnie poukładany świat faryzeusza Szymona wdziera się kobieta, „która prowadziła w mieście życie grzeszne” (Łk 7,37).
Przychodzi, ociera włosami nogi Jezusa, całuje je, przytula się, a On nic? Żadnej reakcji. „No, na litość Boską! Tak nie można! Przecież tu zasiadają ludzie żyjący w łasce uświęcającej! Z osobami pokroju tej kobiety nie wolno się zadawać!” Tymczasem Pan Jezus, odpowiadając na wewnętrzne szemranie faryzeusza mówi: „Szymonie, mam ci coś do powiedzenia” (Łk 7,40), i zaczyna opowiadać mu historię, którą można by zatytułować: „I kto tu jest prostytutką?”. No, kto? Ty Szymonie! Tak jest, ty! Ponieważ myślisz, że Ja cię kocham za coś! A to nie tylko jest nieprawda, to pojmowanie miłości w kategoriach ekonomicznych, za pieniądze!

W tym fragmencie Ewangelii grzeszna kobieta występuje jako ta, która „bardzo umiłowała” (Łk 7,47). Czyli nawet jeśli zagrzebiemy się w totalnym bagnie, też możemy kochać Boga. Tymczasem nam się wydaje, że stajemy się tego godni dopiero wtedy, kiedy pozałatwiamy różne rzeczy.
Ponieważ wciąż myślimy, że Jezus przyjdzie do nas dopiero, kiedy będziemy grzeczni. A On nie przychodzi do grzecznych, tylko do grzesznych, co wielokrotnie udowadnia nam Pismo Święte. Im szybciej przyznamy się do własnej słabości, tym lepiej, ponieważ lekarz idzie z wizytą wyłącznie do chorych (por. Mt 9,13). Jeśli wydaje nam się, że z nami wszystko w porządku, to odcinamy się od Jego łaski.

Chcę na chwilę wrócić do początku naszej rozmowy o grzechu. Jego konsekwencją, jak Ojciec mówił, jest przeświadczenie, że Bóg już nas nie kocha. Ale może jego następstwem są także myśli, że my nie możemy kochać Boga?
Przez grzech szatan faktycznie wbija w nas swoje dwa kły, którymi wsącza w nas śmiercionośną truciznę. Pierwszy kieł: „Pan Bóg już cię nie kocha”, a drugi: „Ty już Go nie możesz kochać”. W tej perspektywie jasne stają się słowa z Katechizmu, że „grzech śmiertelny niszczy miłość w sercu człowieka (…)” (KKK 1855) i jest największym nieszczęściem.

Grzech śmiertelny, czyli jaki?
Świętej pamięci o. Piotr Lenartowicz, mój nieodżałowany współbrat, cytował często swojego katechetę, który mawiał, że grzech ciężki to – jak sama nazwa wskazuje – taki grzech, który jest ciężko popełnić. Bo aby naprawdę zaistniał, muszą zostać spełnione jednocześnie aż trzy warunki.

Świadomość działania, jego dobrowolność i tzw. poważna materia.
I właśnie dlatego o. Lenartowicz twierdził, że tak naprawdę ciężko grzeszą tylko księża, ponieważ mają na ten temat wystarczającą wiedzę.

Chrześcijaństwo to relacja. A w relacji mogę komuś coś powiedzieć, kogoś skrzywdzić, urazić, uderzyć, zranić, zabić. Duży ciężar gatunkowy. Jednak jeszcze trzeba wziąć pod uwagę to, czy wiedziałem, co robię, czy chciałem to zrobić, z jakiego powodu to zrobiłem i co mnie łączy z osobą, której wyrządziłem krzywdę. Mogę krzyczeć na Pana Boga, wyzywać Go – i to będzie bluźnierstwo. Ale mogę też krzyczeć na Niego z bólu – i to już będzie wyraz mojej wiary, bo do kogo mam się zwrócić, jak nie do Niego?

Po co rozróżniać grzechy lekkie i ciężkie, skoro sprawa jest tak złożona?
Ponieważ jako ludzie potrzebujemy określonych terminów, aparatu pojęciowego, zasad, stopniowania. W ten sposób łatwiej nam pewne rzeczy uporządkować. Jednak uważajmy, żeby przy okazji nie zacząć postrzegać Pana Boga jako księgowego, który waży, mierzy i skrzętnie zapisuje nasze występki. Prawo ma nas trzymać w ryzach. Jednocześnie Pan Jezus jest ponad tym prawem i traktuje nas według swojej miary, jak tych robotników z winnicy (por. Mt 20, 1-16).

Część z nich się obraziła, kiedy dostała taką samą zapłatę co ci, którzy pracowali najkrócej.
A Pan Jezus zwrócił im uwagę: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” (Mt 20, 13-15). Otóż tak, powiedzmy to otwarcie: bardzo nas potrafi zdenerwować to, że Pan Bóg jest dobry.

Dobry dla innych, bo dla nas powinien być jak najłaskawszy.
Bardzo słuszna uwaga.

Na ile w rozpoznaniu własnego grzechu i w walce z nim psychologia może być sprzymierzeńcem, a na ile wrogiem wiary? Powiedzmy, że spowiednik mi mówi, iż grzeszę pychą, a w tym samym czasie terapeuta stwierdza, że mam objawy niskiego poczucia własnej wartości. I już czuję się uniewinniona.
Ogólnie rzecz biorąc, z grzechem radzimy sobie na dwa sposoby. Od razu mówię, że oba są złe. Pierwszy – usprawiedliwiamy grzech, bo przecież wszyscy tak robią, bo czasy są inne, bo mam kompleksy, bo moje dzieciństwo nie było udane.

Drugi sposób to próba wyeliminowania grzechu poprzez udawanie, że ja go nie popełniam – to współczesna wersja sekty katarów. Oj, mamy dziś w Kościele sporo tych „zakatarzonych”, przekonanych o własnej doskonałości! Tymczasem jedynym sensownym działaniem, na które możemy się zdecydować, jest uznanie grzechu za własne dziecko i szczere wyznanie go Panu Jezusowi pod krzyżem. Więc jeśli jakaś psychologia miałaby mnie odwodzić od prawdy o mojej grzeszności, to niedobrze, bo zamyka mi także drogę do doświadczenia zbawienia.

W czym w takim razie (mądra) psychologia może nam pomóc?
Dzięki niej udaje nam się lepiej rozpoznać właściwą kwalifikację moralną grzechu: czy jest to grzech powszedni, czy ciężki. Kiedy odczytujemy działanie jakiejś osoby, znajomość kontekstu pozwala nam zwrócić uwagę na więcej spraw: czy jest ona wolna, żyje w lęku albo może przejawia zachowania kompulsywne?

Poza tym warto korzystać z wiedzy psychologicznej, żeby nie kaleczyć jeszcze bardziej siebie i innych.

Czyli optymalne rozwiązanie byłoby następujące: spowiadam się z tego, że, załóżmy, kogoś pobiłam, a jednocześnie zaczynam z terapeutą pracę nad agresją, z którą sobie nie radzę.
Właśnie tak.

Wtedy wymiar duchowy i psychologiczny sensownie się ze sobą łączą, a moje wołanie do Boga o ratunek obejmuje różne „warstwy” jakiejś kulejącej dziedziny mojego życia.
Mechanizm jest taki sam, jak przy każdej innej dolegliwości. Prosimy o zdrowie, ale jednocześnie się leczymy. Gdybyśmy zatrzymali się na samej modlitwie, mielibyśmy powtórkę z kawału o człowieku, który strasznie chciał wygrać na loterii, tylko nie wpadł na to, że trzeba kupić los.

Czy ludzie niewierzący też grzeszą?
Tak, ponieważ grzech nie jest jakimś przekroczeniem reguł gry wymyślonych przez Kościół, lecz realną krzywdą, którą człowiek wyrządza sobie i innym. Każdy – wierzący czy niewierzący – intuicyjnie czuje, kiedy tę krzywdę sobie albo komuś wyrządził, ponieważ ma zapisane w sercu coś, co nazywamy prawem naturalnym. I tu wracamy do koncepcji, że chrześcijaństwo to nie jest sposób na życie, tylko samo życie.

Wojciech Ziółek SJ, Anna Sosnowska


Polecamy: