Przeciwieństwem grzechu nie jest cnota!

Jeśli podstawowy grzech ludzi w stosunku do dzieła stworzenia polega – jak to nam wyjaśnił Paweł – na oddawaniu czci (doxazein) i składaniu dziękczynienia (eucharistein) nie Stwórcy, ale tylko i wyłącznie samemu sobie, to prawdziwym przeciwieństwem grzechu nie jest cnota, ale uwielbienie i dziękczynienie.

Przechodzimy zatem do pozytywnej roli rzeczywistości stworzonej, która z okazji do potknięcia i z przesłony między człowiekiem a Bogiem staje się okazją do doksologii.

Jeden z psalmów zaczyna się w ten sposób: „Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza” (Ps 19,2). Bóg napisał dwie księgi: jedną jest Pismo Święte, drugą jest świat stworzony. Jedna składa się z liter i słów, druga – z rzeczy. Nie wszyscy znają i nie wszyscy mogą przeczytać księgę Pisma, ale wszyscy, nawet analfabeci, mogą przeczytać księgę, którą jest świat stworzony. W każdym zakątku ziemi, nawet lepiej nocą niż za dnia. „Ich głos się rozchodzi na całą ziemię i aż po krańce świata – ich mowy” (Ps 19,5).

Ale to jest tylko początek tego, co opowiadają niebiosa. To przesłanie adresowane do początkujących. Niebiosa głoszą nie tylko egzystencję Boga (tę wręcz zakładają z góry), ale także Jego chwałę. To znaczy Jego wspaniałość, Jego blask. Im powierzone jest objawienie bardzo określonego aspektu Boga: Jego nieskończoności. Ciało ludzkie, kwiaty, kolory, zwykły liść – wszystkie te rzeczy same wystarczą, aby głosić niewyczerpane piękno, bogactwo i fantazję Boga. Ale kto będzie głosił także Jego nieskończoną wielkość? To zadanie – z punktu widzenia religijnego – wypełniają niebiosa, czyli wszechświat ze swoją bezgranicznością.

Obserwowanie firmamentu ma moc przeniesienia naszego umysłu aż ku jego najdalszym granicom, na skraj rozbicia się na mieliźnie. Przyprawia nas o zawrót głowy. Sama Droga Mleczna zawiera nie mniej niż sto miliardów gwiazd, a pomyśleć, że nasze najsilniejsze teleskopy mogą zaobserwować aż dziesięć miliardów galaktyk podobnych do naszej! Najdalsza znana nam gwiazda leży od nas w odległości czternastu miliardów lat świetlnych. Aby zdać sobie sprawę, co to oznacza, wystarczy pomyśleć, że Słońce – które jest oddalone od Ziemi prawie o sto pięćdziesiąt milionów kilometrów – potrzebuje nieco ponad osiem minut, aby przesłać do nas swoje światło. Przy użyciu naszej wyobraźni nie jesteśmy w stanie ogarnąć, co znaczą takie wyrażenia jak „miliardy lat świetlnych”. Jesteśmy skazani na bezsilność i pokorę: „Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców, księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził, czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?” (Ps 8,4-5). Rodzi się to charakterystyczne uczucie zdumienia, które prawie zawsze przygotowuje do wiary i towarzyszy jej.

Jakie jest zatem zadanie człowieka w tym wszystkim? „Niebo i ziemia – zostało napisane – pełne są Jego chwały” (por. Ps 148,13). Można by rzec, są nią brzemienne. Ale same nie mogą „pozbyć się tego brzemienia”. Jak ciężarna kobieta, również one potrzebują sprawnych rąk akuszerki, aby wydać na świat to, czym są „brzemienne”. I tymi „akuszerkami” Bożej chwały powinniśmy być właśnie my. Ileż musiał czekać wszechświat, jak długą drogę musiał przejść, aby dotrzeć do tego miejsca! Miliony i miliardy lat, podczas których materia z racji swej bezkształtności z trudem zdążała ku światłu świadomości, jak soki żywotne, które z podglebia znoszą się ku wierzchołkowi drzewa, by rozejść się, rodząc kwiaty i owoce. Ta świadomość została w końcu osiągnięta, kiedy we wszechświecie pojawił się „fenomen ludzki” (P. Teilhard de Chardin). Ale teraz, kiedy wszechświat osiągnął swój cel, wymaga, aby człowiek wypełnił swoje zadanie, to znaczy – jeśli tak można powiedzieć – aby przejął kierownictwo chóru i w imieniu wszystkich zaintonował „Chwała Bogu na wysokościach nieba!”.

Błogosławiony Henryk Suzo (zm. 1366) mówił: Gdy śpiewałem we Mszy te pochwalne słowa Sursum corda, […] stawiałem przy sobie wszystkie stworzenia, które Bóg umieścił w niebie i na ziemi, we wszystkich czterech pierwiastkach – każde z osobna i po imieniu, a więc: ptaki powietrzne, leśne zwierzęta, ryby w wodzie, liście i trawę na ziemi, nieprzeliczone ziarnka piasku w morzu, nadto wszystkie pyłki migocące w słońcu, kropelki wody, te – z rosy, śniegu czy deszczu – które kiedykolwiek spadły na ziemię, i życzyłem sobie, żeby każda z tych rzeczy wydawała słodkie, przejmujące akordy, wychodzące z najgłębszych pokładów mego serca i żeby w ten sposób wiecznie rozbrzmiewał nowy, podniosły hymn pochwalny na cześć najmilszego i najłaskawszego Boga. […] A jak kierownik chóru, sam pełen zapału i uniesienia, innych porywa do śpiewu, tak i ja pragnąłem wszystkich rozradować. Weźmy do ręki kwiat albo kamień i przyjrzyjmy się im nie z punktu widzenia naukowego, ale z perspektywy miłości Boga do człowieka, rozciągającej się także na rzeczy. Można zobaczyć piękno tej miłości w źdźble trawy, w liściu, w gałązce, włączając nasze życie w życie wszechświata. Góry, morze, kwiaty, zwierzęta: w każdym z tych stworzeń powinniśmy rozpoznać zamiar Jego miłości do nas. I podziękować Mu w imieniu natury, która nie może mówić. Pobożność szeroka jak świat powinna być odpowiedzią na bezgraniczną miłość Stwórcy.

Ale nie możemy zakończyć, nie wspominając o największym piewcy stworzenia, o świętym, który bardziej niż ktokolwiek inny i wcześniej niż ktokolwiek inny w świecie chrześcijańskim uczynił z niego miejsce doksologii – o Franciszku z Asyżu. Jego postawa wobec stworzenia ukazała coś nowego, co zdumiało jego współczesnych. Jego pierwszy biograf, Tomasz z Celano, tak o tym mówi: Ogarnia całe stworzenie niesłychanym uczuciem miłości, wychwalając je ze względu na Pana i zachęcając do oddawania Mu chwały. […] Braciom ścinającym drzewo na opał zakazuje wyrąbywać całe drzewo, aby zachowało nadzieję na wypuszczenie nowych pędów. Domaga się, żeby ogrodnik nie otaczał granic ogrodu rowem, by w stosownym czasie zieleń traw i piękno kwiatów dawały świadectwo o wspaniałym Ojcu wszystkich rzeczy. W ogrodzie zaleca tworzyć ogródek z pachnących i kwitnących ziół, aby przywoływały u patrzących pamięć o rozkoszy wiecznej. Zbiera na drodze robaki, żeby nie zostały zdeptane nogami, i nakazuje dostarczać pszczołom miód oraz najlepsze wina, aby w czasie zimowego chłodu nie zginęły z braku pożywienia. Do wszystkich zwierząt zwraca się przyjaźnie po imieniu, choć w każdym gatunku dzikich zwierząt szczególną miłością darzy łagodne.

Wydaje się, jakby niektóre jego zalecenia były napisane dzisiaj, pod naciskiem obrońców środowiska. Ale różni ich duch. Franciszek chce odkryć inny sposób cieszenia się rzeczami, to znaczy ich kontemplowanie, a nie posiadanie. On może się radować każdą rzeczą, ponieważ zrezygnował z posiadania którejkolwiek z nich. Kiedy pisze Pieśń słoneczną, może kontemplować stworzenie już tylko duszą, ponieważ jego oczy są niemal zgaszone, a światło „brata słońca” zadaje mu tylko przeszywający ból.

Posiadanie wyklucza, kontemplacja włącza; posiadanie dzieli, kontemplacja mnoży. Tylko ktoś jeden może posiadać jezioro, park, a wszyscy pozostali są z niego wykluczeni. Tysiące mogą kontemplować to samo jezioro i park i wszyscy cieszą się nimi, nie odbierając ich nikomu. Nauka chrześcijańska o stworzeniu i przykład Franciszka skłaniają nas do odkrycia na nowo kontemplacyjnego wymiaru życia. Nie tylko jako doświadczenia czerpania korzyści estetycznych, ale także jako jedynej gwarancji ocalenia stworzenia, jako spełnienia naszego najważniejszego powołania, którym jest „wielbienie chwały Bożej”, jako drogę naszego powrotu do Boga.

Na koniec przyłączmy się do Franciszka w uwielbieniu Stwórcy znaną piosenką, która zawiera w sobie jego Pieśń słoneczną:

Laudato sii, o mi Signore,
Laudato sii, o mi Signore,
Laudato sii, o mi Signore,
Laudato sii, o mi Signore.

Niech Cię wysławi to, co stworzyłeś:
Słońce na niebie, księżyc wśród nocy.
Gwiazdy świecące, wiatry gwałtowne,
Żywioły wodne, ogień gorący.
I siostra nasza, matka ziemia,
Ta, co nas żywi i wychowuje,
Słodkie owoce, kwiaty i zioła,
I szczyty górskie, morskie głębiny.
Trzeba nam chwalić Ciebie, o Boże,
Trzeba nam śpiewać Tobie, o Boże,
Bo to jest sensem naszego życia.
Niech całe życie będzie piosenką!

 

Raniero Cantalamessa OFMCap, Nasza wiara, Kraków 2018


Polecamy: