Jezus gorszyciel i chorzy na samousprawiedliwienie

Kto gorszy się miłosierdziem Jezusa

Jezus w Ewangeliach przedstawiony jest jako objawienie miłosierdzia Bożego: przede wszystkim sam kierował się nim w swoich spotkaniach z ludźmi, następnie głosił je poprzez przypowieści, nauczanie i upomnienia prorockie. Nie możemy zapomnieć, że na początku swojej działalności jako pierwszy znak wybrał chrzest, do którego ustawił się w kolejce razem z grzesznikami, aby z rąk Jana Chrzciciela przyjąć zanurzenie w Jordanie na odpuszczenie grzechów (zob. Mk 1,9–11 i par. J 1,29–34). Ten, który był bez grzechu, stał się grzechem dla nas (zob. 2 Kor 5,21) w pełnej solidarności z grzesznikami. To jest pierwszy obraz Jezusa z działalności publicznej przekazany nam przez Ewangelie. Gorszył on chrześcijan pierwszych generacji, próbujących złagodzić wymowę tego wydarzenia (por. Łk 3,21–22) albo w jakiś sposób usprawiedliwić wybór Jezusa (por. Mt 3,14–15). Tymczasem trzeba podkreślić to z całą mocą: Ten, który przybył od Boga, ukazał się jako grzesznik i nie będąc nim, stanął między grzesznikami. Oto szaleństwo miłości Bożej: Święty, który ze względu na miłosierdzie w Jezusie staje się grzesznikiem. I właśnie wobec Jezusa, w Jego dobrowolnie wybranej solidarności z grzesznikami, Ojciec z nieba ogłasza: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie złożyłem całą moją radość” (Mk 1,11 i par.), abyś objawił moje prawdziwe oblicze, moje Imię „miłosierny i litościwy”.

W ciągu całego swojego życia Jezus ukazywał, że Bóg kocha jawnych grzeszników, tych wytykanych przez innych. Dlaczego? Ponieważ wszyscy są grzesznikami (zob. Rz 3,23). Nawrócenia potrzebuje sprawiedliwy, który grzeszy siedem razy dziennie (zob. Prz 24,16). Nawracać się musi również ten, kto grzeszy w ukryciu, mimo że jest szanowany i ceniony ze względu na swój zewnętrzny wizerunek. Ten zaś, kto pozostaje jawnym grzesznikiem, nieustannie wystawionym na osąd innych, jest w pierwszym rzędzie wezwany do zmiany życia. Osąd innych „łamie” mu serce, aż stanie się „sercem pokornym i skruszonym” (Ps 51 (50),19), bardziej wyczulonym na potrzebę łaski Bożej.

Wychodząc od tego spostrzeżenia, Jezus ogłosił na początku swojej działalności: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2,17 i par.). To twarde słowa, a także paradoksalne, dlatego należy je właściwie zrozumieć. Jezus oczywiście nie potępia sprawiedliwych jako takich, wręcz przeciwnie – wzywa swoich uczniów, aby ich sprawiedliwość przewyższała tę uczonych w Piśmie i faryzeuszy (por. Mt 5,20). Natomiast obciąża winą sprawiedliwych, którzy pokładają nadzieję w sobie samych i swoich uczynkach (por. Łk 18,9), tych, którzy na mocy zachowywania Prawa osądzają i niszczą bliźnich. Obwinia ludzi, którzy czują się „oddzieleni” i lepsi od innych. Należy zwrócić uwagę, że Ewangelie opisują jako „chorych na samousprawiedliwienie” uczonych w Prawie, faryzeuszy, trzeba jednak zaznaczyć, że nie dotyczy to ich wszystkich. Kiedy czytamy teksty, w których Jezus atakuje tę grupę, musimy pamiętać, że mamy do czynienia z „literackim” uogólnieniem, które należy odpowiednio zinterpretować. W rzeczywistości osoby chcące uchodzić za sprawiedliwe można znaleźć wśród osób „religijnych” różnych proweniencji – tak w judaizmie, jak i w chrześcijaństwie.

Są to ludzie, którzy gorszą się nauczaniem Jezusa i Jego zachowaniem wobec grzeszników. Można zrozumieć mechanizmy, które prowadzą ich ku rygoryzmowi, wymaganiom i ku dosłownemu rozumieniu Prawa. Osoby religijne tego pokroju angażują całą swoją energię w walkę z grzechem. Za wszelką cenę dążą do skrupulatnego przestrzegania Prawa i są skłonne do poświęceń. Jednak ze względu na odniesione sukcesy nie odczuwają wdzięczności wobec Boga za otrzymaną łaskę, która w nich działała. Są przekonane, że zasługi mogą przypisać sobie. Uważają się za nienaganne i „niepokalane” w oparciu o swoje przyzwyczajenia i rytuały. Pewne zdobytej w trudzie pozycji, stają się przykładem dla innych. Myśląc, że powinny udowodnić czy zademonstrować swoje cnoty, działają w dobrej wierze. Chcą bowiem, by również inni podjęli trud i osiągnęli wyższy poziom moralny. Kiedy jednak zdarzy się, że w życiu codziennym nie mogą stanąć na wysokości zadania lub popadają w grzech, za jedyną drogę ucieczki uznają staranne ukrycie swoich przewin, aby nie wzbudzić zgorszenia. W rezultacie owi „sprawiedliwi” karmią się potrzebą bycia widzianymi i podziwianymi przez innych. Każdego dnia, często nieświadomie, podejmują wysiłek, by budować swój dobry wizerunek, pozbawiony słabości i win. Ich rzekoma sprawiedliwość staje się ostatecznie parawanem chroniącym przed koniecznością zmierzenia się z wartościami, które określają jakość relacji międzyludzkich: stają się nieprzystępni, niezdolni do przyjaźni i radości bycia z innymi, często osamotnieni lub wprost izolowani. Aby być nienaganni w zachowaniu, przestają słuchać innych i lekceważą sprawiedliwość, miłosierdzie, współczucie i wierność (por. Mt 23,23).

Jezus dobrze zna tych „sprawiedliwych”, dlatego może powiedzieć, że „już odebrali swoją nagrodę” (Mt 6,2.5.16) – bez względu na to, czy dają jałmużnę, czy modlą się lub poszczą, ponieważ wszystkie te działania, same w sobie święte i konieczne, jeżeli są robione na pokaz, przynoszą chwałę temu, kto je czyni, a nie Bogu (por. Mt 5,16). W imię autentyczności Bożego miłosierdzia Jezus występuje przeciw ludziom tego typu. Biorąc pod uwagę, że mogą oni później znaleźć się w Jego wspólnocie, wspólnocie chrześcijańskiej, przeżywa gniew prorocki. Sięga po słowo mocne i dobitne, jasno wskazujące, co jest złem. Nie unika inwektyw, aby wstrząsnąć tymi, którzy przyzwyczaili się do kłamstwa i obłudy. Woła do nich: „Biada wam!” (Mt 23,13.15.16.23.25.27.29), i ujawnia wszystkie ich wady, hipokryzję i nieszczerość, które czynią z nich „pobielane groby” (zob. Mt 6,2). Faryzeusze ci modlą się publicznie, ponieważ wolą być słuchani przez ludzi niż przez Boga (zob. Mt 6,5). Mnożą modlitwy, aby pokazać wiarę, której nie mają (zob. Mt 6,7). Przyjmują ponury wygląd, aby przyciągnąć uwagę i wzbudzić aplauz (por. Mt 6,16).

Na tym nie koniec. Owi religijni ludzie identyfikują się ze swoją rolą, aby wywołać wrażenie stałości własnej postawy i przezwyciężyć niepokój wynikający z konieczności poszukiwania, konfrontowania się i dialogu z innymi. Ich osobowość osadza się na autorytecie, „byciu pierwszymi”, na zaszczytnych miejscach podczas spotkań liturgicznych (zob. Mt 23,6). To wszystko prowadzi do zaburzeń osobowości, a nawet grozi rozdwojeniem jaźni. Ich funkcja staje się ich fikcją, ta zaś karmi i podtrzymuje ich miejsce i autorytet we wspólnocie. Kochają próżność, są pewni siebie, chcą prezentować się jako godni salonów, ponieważ uważają się za osoby wartościowe. Strach przed pokazaniem się takimi, jakimi są naprawdę – biednymi i słabymi stworzeniami jak wszyscy – powoduje, że coraz mocniej identyfikują się z pełnioną funkcją. Ostatecznie to ona przejmuje nad nimi władzę. W taki oto sposób, krok za krokiem, wszystko w ich życiu staje się przemyślane i przeżywane w kontekście założonego celu. Oprawa religijna staje się usprawiedliwieniem wszelkich zachowań, również tych niewłaściwych, ale uznanych za konieczne dla chwały Bożej. Tak czyniąc, stają się ślepi (zob. Mt 23,16.17.19.24), nie widzą, że w rzeczywistości szukają tylko swojej chwały. Kochają być widziani i postrzegają siebie oczyma innych, nie są jednak zdolni patrzeć na ludzi w sposób bezinteresowny, gdyż zawsze oczekują uznania. Stają się więc ślepi na samych siebie i nie widzą siebie tak, jak widzi ich Bóg. W rezultacie prowadzą zepsute, podwójne życie, ponieważ nie dostrzegają już, ani tym bardziej nie potępiają swojego grzechu, a jedynie grzechy innych.

Jezus jest wobec nich surowy, ponieważ negują oni ludzkie relacje, solidarność i miłosierdzie. Oddalają się i separują, ubierając się w jednakowy sposób, w bogate, długie szaty, olśniewające ozdoby ze złota i drogich kamieni, cenne nakrycia głowy jak u faraonów i władców tego świata. Nie ma sensu, aby wmawiali, że czynią to wszystko na chwałę Boga, dziś już nikt w to nie wierzy! Jednym z nich może być także każdy z nas, ponieważ te przywary nie są obce nikomu. Przede wszystkim zaś komuś takiemu jak ja – mnichowi, osobie kościelnej, a przez to w Kościele rozpoznawalnej. Dlatego zasadne jest postawienie pytania: czy z powodu mojej samoświadomości i samousprawiedliwiania się nie jestem również tym „sprawiedliwym”, do którego Jezus nie przyszedł? Przed udzieleniem odpowiedzi na to pytanie rodzi się lęk…

Kto przyjmie miłosierdzie Jezusa

Tak jak Jezus rozpoznał, że Jan Chrzciciel był posłany przez Boga, tak również Jezusa rozpoznawali publiczni grzesznicy (celnicy) i prostytutki, natomiast ludzie religijni nie uwierzyli Mu (por. Mt 21,32). Było to bolesne doświadczenie, które doprowadziło Go do wypowiedzenia znanych słów: „Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21,31). Możemy być pewni, że także dzisiaj Jezus chce spotkać w pierwszej kolejności tych, którzy są chorzy i wzywają lekarza życia, czują się grzesznikami i chcieliby, aby im przebaczono. Natomiast ludzi pobożnych mających się za lepszych od swoich braci i sióstr, ufających w swoje uczynki – Jezus pomija. Co więcej, zamyka przed nimi swoje objawienie. Prostytutki i jawnogrzesznicy mogą się nawrócić i dlatego będą wyprzedzać w drodze do królestwa Bożego tych, którzy sądzą, że nie muszą się nawrócić i nie potrzebują miłosierdzia.

Dlatego Ewangelia wskazuje, że Jezus nie powoływał kapłanów ani gorliwców, takich jak faryzeusze, natomiast wezwał celnika Mateusza (zob. Mt 9,9 i par.). Sam lubił siadać za stołem z grzesznikami, dzieląc z nimi ten gest szczególnej wspólnoty i tym samym odsłaniając Boże serce (zob. Mt 9,10 i par.). Niektórzy faryzeusze chcieli w związku z tym wywołać skandal wśród uczniów, pytając ich: „Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” (Mt 9,11; zob. Mk 2,16). Odpowiedzi udzielił im sam Jezus: „Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia [éleos] niż ofiary” (Mt 9,13; zob. Oz 6,6). Z kolei faryzeusze osądzili Jezusa: „Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników” (Mt 11,19; Łk 7,34).

Przyjaźń Jezusa z osobami mniej poważanymi we wspólnocie religijnej, jego serdeczna sympatia, jaką darzył kobiety i mężczyzn „zagubionych”, była bardzo ludzka, autentyczna, nie wynikała z jakiejś strategii nawracania. Jezus wiedział, że w tych zagubionych jest więcej człowieczeństwa niż w tych, którzy czują się czyści i pobożni! On nie kocha grzechu, ale grzeszników w ich grzeszności – i to bez względu na grzech. Dlatego jest to gorsząca prawda o miłosierdziu: Bóg kocha nas, mimo iż my jesteśmy Jego nieprzyjaciółmi, i jedna nas ze sobą, choć jesteśmy grzesznikami! To jest doświadczenie, które odmieniło życie Pawła: czuć się kochanym i wezwanym przez Boga w sytuacji, gdy nienawidzi się Jezusa i ze wszystkich sił prześladuje Go w Jego uczniach. To było miłosierdzie Boże – niepojęte, całkowicie bezinteresowne i darmowe – które przyszło do Pawła, gdy 151 ten był przeciw Bogu. Ono złamało jego mechanizmy obronne i całkowicie przekształciło: z Szawła stał się Pawłem (zob. Dz 9,1–18; 22,5–16; 26,9–18; Gal 1,12–17). Czuć się kochanym, gdy ma się świadomość bycia dobrym, nie jest trudne, ale czuć się kochanym w swoim grzechu, w swoich mrokach, co więcej, w chwili gdy się nienawidzi drugiego – to niesłychane.

Bezgraniczne miłosierdzie Boga wobec nas w momencie, gdy nosimy w sobie grzech: oto niepokojące orędzie, poprzez które Jezus ewangelizuje nasze wyobrażenie o Bogu, nadaje Mu prawdziwe oblicze, usuwając to perwersyjne – srogiego sędziego, sprawiedliwego według naszych kryteriów.

Jest jedno słowo Jezusa, które powinno zaniepokoić nasze serca, niejednokrotnie zatwardziałe i skamieniałe, jedno słowo, które ujawnia sytuację, kiedy nie otrzyma się miłosierdzia Bożego: „Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: «Widzimy», grzech wasz trwa nadal” (J 9,41). Wobec tego stwierdzenia nie pozostaje nic innego, jak tylko zapytać samych siebie, czy znamy swój grzech albo czy jesteśmy w stanie go rozpoznać. Jeżeli pomimo naszych niekończących się oporów będziemy w stanie rozpocząć naszą drogę, na którą wzywa nas miłosierdzie, niech będą dla nas zachętą wspaniałe słowa Izaaka z Niniwy: „Ten, kto osiągnął świadomość własnych grzechów […] jest większy niż ten, kto powstaje z martwych”. To inteligencja nad inteligencjami, oto prawdziwy cud – rozpoznać siebie jako grzesznika. Zobaczyć, że to my jesteśmy jawnogrzesznikami i prostytutkami i że to my jesteśmy kuszeni tak jak niektórzy uczeni w Piśmie i faryzeusze! Rozumiemy więc, że daremny jest wysiłek, by ukrywać swój grzech przed innymi, ponieważ i tak sąd ostateczny, który będzie oczyszczeniem i miłosierdziem, ukaże go. Wystarczy rozpoznać swój grzech, aby odkryć, że Bóg jest gotowy usunąć go, zapomnieć i przykryć swoim nieskończonym miłosierdziem.

Skandaliczna miłość Boga