Pokusa dzielenia się grzechem

Pokusa dzielenia się grzechem

Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią, a on zjadł.

Rdz 3,6d

 

Co mówi słowo Boże?
„Zerwała zatem owoc”. Słowo Boże ukazuje nam moment grzechu nie jako przypadkową sytuację, nieopatrzną pomyłkę, „zapomnienie się” Ewy, ale jako owoc pewnego procesu, który rozpoczął się wcześniej.

Ewa podjęła dialog z wężem, dopuściła jego przewrotne myśli do swojego serca i umysłu. Pozwoliła się uwieść – zatem zerwała owoc. Tradycja ludowa identyfikuje zakazany owoc z jabłkiem, a to z powodu tożsamości fonetycznej, jaka w języku łacińskim istnieje pomiędzy malum – „jabłko”, i malum – „zło”. Zło jest jak owoc. Jest owocem nieodrzuconej pokusy: złych myśli, nieuporządkowanych pragnień, namiętności i zarozumiałości.

„Skosztowała…” – słowo to jest obrazem wchodzenia w rzeczywistość grzechu. „Kosztowanie” pokusy prowadzi do kosztowania grzechu. Tak jak pokusa potrafiła zająć serce i umysł Ewy, tak teraz dzieje się to pod wpływem grzechu. Grzech jest zawsze kosztowaniem zła, które sprowadza śmierć na całego człowieka. Dotyka wszystkich jego sfer. Grzech jest jak wirus, który infekuje cały organizm. Wraz z pojawieniem się grzechu wyłania się także nowy stan pokusy – pokusy w grzechu. Szatan kusi nie tylko do wejścia w grzech. Kusi także w stanie grzechu.

Tyle że w tym przypadku ma łatwiejszy dostęp do człowieka. Pokazuje to pierwsza scena, która rozegrała się po upadku Ewy. „Dała (owoc) swemu mężowi, który był z nią, a on zjadł”. Zdanie to wywołuje wrażenie szybkiego rozprzestrzeniania się grzechu. Adam jakby bez zastanowienia i bez walki przyjmuje zakazany owoc. Więcej, jeśli o Ewie napisane jest, że skosztowała, to o Adamie powiedziane jest, że zjadł. Słowo Boże ujawnia nam siłę wzrostu i przenikania zła. Pierwsza pokusa, jakiej ulega Ewa po grzechu, to pokusa dzielenia się grzechem. Ma się wrażenie, że czyni to odruchowo i że Adam także mechanicznie przyjmuje owoc i go zjada.

Oto przekleństwo grzechu pierworodnego: Ewa zraniona swoim grzechem jakby mimowolnie rani osobę, która jest najbliżej niej – swego męża.

Co to oznacza dla życia?
Grzech jest zwykle konsekwencją zerwania relacji z Bogiem, z Jego przykazaniem. W naszym życiu nie ma grzechów przypadkowych. Nie ma grzechów bez historii kuszenia i bez procesu ulegania pokusie. Słowo Boże z niezwykłą wnikliwością ukazuje nam, jak może dojść i jak często dochodzi do grzechu w naszym życiu. Pismo Święte przedstawia proces upadku, który jest naszym prawdziwym dramatem. Pokazuje, jak tracimy to, co najpiękniejsze, za cenę kosztowania czegoś, co w rzeczywistości niesie śmierć.

W każdym słowie Boga spełnia się obietnica Jezusa, który zapewnił, że pośle nam swojego Ducha. On pouczy świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie (por. J 16,8). On nas wszystkiego nauczy i przypomni, co zostało nam objawione (por. J 14,26). On doprowadzi nas do całej prawdy (por. J 16,13). Duch prawdy działa nieustannie w słowie Bożym. Jeśli się na nie otworzymy, Duch Boży pomoże nam rozpoznawać złość grzechu i pouczy, jak zachowywać się w pokusie. Nauka Objawienia o pokusie i złu jest nam potrzebna zwłaszcza dzisiaj, gdy w świecie nasila się proces lekkomyślnego „kosztowania” grzechu, bawienia się grzechem. Pokazywany jest on jako coś atrakcyjnego i fascynującego. Przemilcza się natomiast prawdę, że każdy grzech niesie z sobą cierpienie i śmierć. Potrafi zrujnować życie, jak było w przypadku pierwszych ludzi. Co więcej, zakosztowane zło potrafi się szybko rozprzestrzeniać. Jest wręcz namiętnie „zjadane”.

Pokusa, by podzielić się grzechem, rodzi się prawie automatycznie, w tym samym momencie, gdy go kosztujemy. Grzech zniewala. Potrafi rodzić wewnętrzny przymus przenoszenia na innych własnych zranień, spowodowanych grzechem osobistym. Każdy grzech staje się złem publicznym. Popełniony, rozpoczyna swój niszczycielski marsz. Najpierw uderza w grzesznika, potem w drugie osoby. Osobisty upadek ojca, matki, kapłana, dyrektora może stać się początkiem rozpadu rodziny, kościelnej wspólnoty, firmy.

Do rozeznania na modlitwie
Nasze upadki nie są dziełem przypadku. Każdy grzech kryje w sobie historię kuszenia. Słowo Boże nakłania mnie, abym rozeznał moje drogi gubienia się. Co stoi najczęściej u początku moich grzechów? Jakie sytuacje, relacje, zachowania rodzą we mnie pragnienie „kosztowania” zła? Jakim grzechem jestem najczęściej obarczany przez innych? Jaki grzech osobisty przenoszę na drugie osoby?

Krzysztof Wons SDS, Przewodnik po stanach pokusy, Kraków 2018


Polecamy:

               

Ludwik Wiśniewski OP – Sakramenty dla niesakramentalnych

Ludwik Wiśniewski OP – Sakramenty dla niesakramentalnych

W moim nie tak krótkim życiu kilkakrotnie siedziałem i płakałem razem z niesakramentalnymi małżonkami i rodzicami, że nie mogą oni ze swoimi dziećmi przystąpić do komunii świętej. Był to dla tych ludzi prawdziwy i bolesny dramat.

Rozwiązanie, jakie proponuje się niesakramentalnym małżonkom – ludziom w sile wieku, wychowującym dorastające dzieci – białe małżeństwo, ma, w moim odczuciu, coś niesmacznego i trąci formalizmem. Nie jestem przeciwny takiemu rozwiązaniu, ale do takiej decyzji trzeba dorosnąć, a dorasta się zazwyczaj latami.
Propozycje, jakie pojawiły się podczas ostatniego Synodu i po nim, łącznie z propozycjami kardynała Kaspera, też nie zadowalają – pachną jurydyzmem i jakąś dziwną biurokracją. Trzeba – jak mniemam – gruntownie przeanalizować istotę sakramentu pokuty, łącznie z przeanalizowaniem praktyki tego sakramentu w ciągu wieków. Chyba także trzeba przeanalizować nauczanie Kościoła dotyczące uczestnictwa we mszy świętej i miejsca w niej komunii świętej. Nie prowadziłem niestety badań w tym zakresie, mogę jedynie podzielić się swoim duszpasterskim doświadczeniem i wnioskami, jakie z tego doświadczenia wynikają.

Kiedy byłem młodym księdzem, wiodłem w konfesjonale niekończące się dyskusje. Penitenta, który wyznawał swoje grzechy, a zazwyczaj chodziło o grzechy de sexto, pytałem: „czy uważa to za grzech i czy żałuje?”. Bardzo często padała odpowiedź: „hmmm… proszę księdza, właściwie to nie”. No i wtedy rozpoczynało się przekonywanie, że to grzech, za który trzeba żałować, i że trzeba mieć silne postanowienie poprawy. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że jestem ciasnym formalistą, i wtedy powiedziałem sobie: Ludwik, zostawże coś do zrobienia Panu Bogu i nie bądź taki mądry.

Po takim osobistym „nawróceniu” penitentowi oświadczałem: „Kościół to uważa za grzech i bardzo cię proszę, abyś to przemyślał”. I mówiłem dalej: „a teraz chodzi o to, abyś całym sercem zapragnął żyć w łączności z Panem Bogiem i był gotów do spełnienia tego, czego zażąda od ciebie Pan Bóg. Pamiętaj, czasem Pan Bóg żąda od człowieka pewnej ofiary”.

W ten sposób cały mój wysiłek, jako spowiednika, zmierzał do tego, aby penitent włożył swoje życie w „ręce Pana Boga”, i to bezwarunkowo. Destylowanie, czy już jest wystarczający żal za grzechy albo czy już jest wystarczające postanowienie poprawy, wydawało mi się niebezpieczne, bo zatrzymywało człowieka na sobie i nie pozwalało wybiec ku Panu Bogu. Najważniejszą sprawą jest, aby człowiek – mocny czy słaby, mądry czy głupi – rzucił się w ramiona Pana Boga. Uprzywilejowanym miejscem, gdzie to się dokonuje, tak sądzę, jest sakrament spowiedzi.
Nieco inaczej wygląda sprawa spowiedzi ludzi zniewolonych jakimś nałogiem. Nałóg onanizmu jest stosunkowo lekkim przypadkiem, bywają poważniejsze nałogi. Penitent czuje się zagubiony, bezsilny, niezdolny do uporządkowania swego życia i niezdolny do poprawy, nic nie może ani sobie, ani spowiednikowi przyobiecać, a przychodzi do spowiedzi z nadzieją uzyskania Bożej pomocy. Czasem bywa nawet tak, że poraniony człowiek zdaje się nie odróżniać dobra od zła, wie jednak, że jest chory, i prosi Boga o uzdrowienie.

Czy można odmówić rozgrzeszenia takiemu człowiekowi? W moim przekonaniu nie można. Przecież nie można czekać z rozgrzeszeniem do momentu, aż penitent sam uporządkuje swoje życie, i wtedy, upewniwszy się, że ma mocne postanowienie poprawy, pośpieszyć z rozgrzeszeniem. Spowiedź jest sakramentem leczącym, dającym Bożą łaskę, Bożą moc ludziom chorym. Czy Kościół dysponujący z ustanowienia Chrystusa takim „lekarstwem” może tego lekarstwa odmówić chorym? Chyba nie może. A chory człowiek, otrzymawszy rozgrzeszenie, ma z kolei prawo przystąpić do komunii świętej, aby jeszcze mocniej zjednoczyć się z Panem Bogiem.

A teraz problem ewentualnego rozgrzeszenia i komunii świętej dla osób żyjących w niesakramentalnym małżeństwie. Oczywiście spowiednik, który w konfesjonale zasiada w imieniu Kościoła, nie może na własną rękę rozgrzeszać, wbrew nauczaniu Kościoła. Wolno mu jednak szukać rozwiązania trudnych problemów i wolno mu Kościołowi podpowiadać, a już na pewno wolno mu pytać. Dlatego pytam: czy nie można by osobę żyjącą w niesakramentalnym związku potraktować tak, jak traktuje się osobę uwikłaną w nałogi, z których sama nie jest w stanie się podnieść, ale szczerze szuka pomocy u Pana Boga i szczerze pragnie żyć w łączności z Panem Bogiem? Staje oto przed konfesjonałem człowiek żyjący w związku niesakramentalnym. Nie kwestionuje on świętości sakramentalnego małżeństwa, nie kwestionuje nierozerwalności tego sakramentu. Staje przed konfesjonałem jako grzesznik. Nie bagatelizuje grzechów, wie, że żyje w grzechu. Był czas, że nie zdawał sobie sprawy z wagi życia w łasce uświęcającej. Dzisiaj jest inaczej – tęskni za Bogiem. Nie usprawiedliwia swego postępowania. Ubolewa, że słabość, głupota, niedojrzałość, namiętność oderwały go od Pana Boga. Szczerze wyznaje swoje grzechy, ale czuje się bezradny i bezsilny, aby swoje życie definitywnie uporządkować. Nie widzi na razie możliwości podjęcia – wspólnie z cywilnym małżonkiem – decyzji na białe małżeństwo. Rzuca się niejako w ramiona Pana Boga, prosząc o pomoc i ufając, że Pan Bóg da mu siłę i pomoże mu rozwikłać jego osobisty trudny, dramatyczny problem.

Więc pytam, nie wiem, ale pytam: dlaczego Kościół miałby w tym wypadku nie śpieszyć z pomocą, dlaczego miałby odmówić „mocy z góry” i czekać, aż sam człowiek uporządkuje swoje życie, i dopiero wtedy zgodzić się – jakby w nagrodę – na wylanie Bożej łaski. Więc pytam, czy taką osobę można odesłać z konfesjonału bez rozgrzeszenia i powiedzieć „radź sobie sam”, skoro wierzymy, że sakrament pokuty przynosi łaskę uzdrawiającą. Więc pytam, czy są racjonalne, ludzkie i chrześcijańskie powody, aby proszącemu człowiekowi nie udzielić tego „niebieskiego lekarstwa”? I wreszcie stawiam pytanie „samozwańczym stróżom ortodoksji” – gdzie tu jest profanacja sakramentu pokuty, gdzie tu jest profanacja sakramentu Eucharystii, gdzie tu jest niszczenie Kościoła i chrześcijańskiej religii, która jest religią miłości i miłosierdzia. Pan Terlikowski ogłasza, że dopuszczenie do komunii niesakramentalnych to „totalna destrukcja katolickiej moralności i zastąpienie jej niemoralnością świata”. Przez całe wieki nadgorliwi teologowie budowali „płoty” w obronie „katolickiej, ortodoksyjnej moralności”, która często była moralnością bez miłości. Proszę bardzo, i dzisiaj możemy sobie pobudować nowe „płoty” oddzielające grzeszników od Kościoła, ale – ostatni już raz pytam – czy to będzie jeszcze chrześcijaństwo, religia miłości i miłosierdzia, czy już sekta?

W 1991 roku duszpasterzowałem w Sankt Petersburgu i zdecydowałem się na przywiezienie na Światowy Dzień Młodzieży w Częstochowie młodych Rosjan. Zgłosiło się trzy tysiące, ostatecznie przywiozłem około dwóch tysięcy gości. Przez kilka miesięcy trwały przygotowania i jedynym miejscem, gdzie te tysiące młodzieży mogły się spotkać, był kościół M. B. z Lourdes przy Kowieńskim Pereułku. Nie spodobało się to naszym starszym parafiankom i przyszły do mnie z wyrzutem, jak mogłem do świętego miejsca – kościoła – zaprosić nieochrzczonych pogan. Później, kiedy te nasze panie nabrały do mnie zaufania, a może nawet pokochały, o mnie za tę swoją reakcję przepraszały. Kiedy czytam i słucham wypowiedzi naszych gorliwych katolików, którzy kategorycznie odmawiają prawa do sakramentów osobom rozwiedzionym, to przypomina mi się ta historia z Petersburga.

A może trzeba podzielić się darem, jaki otrzymaliśmy od Chrystusa, z ludźmi, którzy pobłądzili? Trzeba na koniec jeszcze coś dopowiedzieć. Przy takim postawieniu sprawy mogą oczywiście zdarzyć się nadużycia, może ktoś przyjść do konfesjonału nie z pragnienia Bożej łaski, ale np. z pragnienia przypodobania się teściowej. I dlatego, gdyby Kościół zdecydował się na dopuszczenie osób, o których mowa, do sakramentów, trzeba by, aby przynajmniej na jakiś czas – dla uniknięcia nadużyć – wyznaczono w diecezjach specjalnych spowiedników, umiejących rozpoznać intencje takich niecodziennych penitentów. Jednakże nie widzę potrzeby powoływania specjalnych trybunałów i przeprowadzania specjalnych akcji – wyjaśniających, pokutnych itp. Im prościej, tym lepiej. Powtarzam, rozgrzeszenie nie jest zwolnieniem człowieka z jego zobowiązań, przeciwnie, jest pośpieszeniem mu z pomocą, aby swoje zobowiązania wobec Boga był zdolny należycie wypełnić.

I wreszcie chciałbym prosić, aby zaprzestano posługiwać się argumentem, że dopuszczenie niesakramentalnych do sakramentów będzie „furtką” i niejako zachętą dla części osób, aby nie zawierać sakramentalnego małżeństwa. Dla infantylnych ludzi wszystko może być „furtką” i nie ma na to rady. Ale my tutaj zastanawiamy się nad problemami dorosłych i dojrzałych.

 

Ludwik Wiśniewski OP, Nigdy nie układaj się ze złem, Kraków 2018


Polecamy:

                                   

Czy zawsze warto iść do spowiedzi? Rozmowa z Grzegorzem Kramerem SJ i Piotrem Żyłką

Czy zawsze warto iść do spowiedzi? Rozmowa z Grzegorzem Kramerem SJ i Piotrem Żyłką

Grzegorz Kramer SJ i Piotr Żyłka w rozmowie z Łukaszem Wojtusikiem. O tym, czy zawsze warto chodzić do spowiedzi i co jest w niej najważniejsze

 

ŁUKASZ WOJTUSIK: Wolisz sam spowiadać czy się spowiadać?

GRZEGORZ KRAMER SJ: Lubię się spowiadać, to trudne doświadczenie, ale odświeża rela­cję z Bogiem. Trudno to opisać, ale im dalej od ostatniej spowie­dzi, tym staję się słabszy. Gdy przychodzę się wyspowiadać po jakimś czasie, czuję później siłę.

ŁUKASZ: A spowiadać lubisz?

GRZEGORZ: Jasne, choć są momenty, w których – pewnie jak każdy ksiądz – doświadczam zmęczenia i frustracji. Konfesjonał to miejsce, w którym spotykam konkretnego człowieka, mogę mu prosto w oczy powiedzieć, że Bóg jest dobry.

ŁUKASZ: Po co się chodzi do obcego człowieka mówić mu o tym, co się złego w życiu robiło?

PIOTR ŻYŁKA: Kościół katolicki przyjął taką formę spowiedzi – to najprostsza odpowiedź.

ŁUKASZ: I rozumiem, że lubisz chodzić do obcego człowieka opowiadać mu o swoich słabościach?

PIOTR: Różnie bywa. Jakiś czas temu miałem długi okres bez spowie­dzi. Co ciekawe, nie był to mój heretycki wymysł. Posłuchałem porady zaufanego duchownego, który powiedział mi, że je­śli mam taki moment w swoim życiu duchowym, gdy poważnie zastanawiam się nad tym, czym jest grzech, nad relacją między grzechem a sakramentami i nad tym, jak to wszystko na mnie i moją relację z Panem Bogiem, to może być pożytecz­ne, jeśli przestanę na jakiś czas chodzić do spowiedzi i świadomie postaram się z tym wszystkim zmierzyć. Czasem się zastana­wiam, co jest gorsze – niechodzenie do spowiedzi czy chodzenie do niej bez wiary, bez refleksji, jak do automatu?

ŁUKASZ: Ciekawa argumentacja.

PIOTR: Żeby była jasność. Ja nie zachęcam do niechodzenia do spowie­dzi. Zachęcam, żeby to robić świadomie.

GRZEGORZ: Redaktor katolickiego portalu bez spowiedzi?

PIOTR: A zalecił mi to katolicki ksiądz.

GRZEGORZ: Nie zapytam o nazwisko.

PIOTR: A ja nie powiem (uśmiech). Chyba nie potrafię powiedzieć, że lu­bię spowiedź. Ale wiem, że jest mi bardzo potrzebna. Lata mi zajęło zrozumienie tego, że ona Panu Bogu nie jest do niczego przydatna. To ja jej potrzebuję, a nie On. Czeka na moment, w którym złapię się za głowę i uświadomię sobie, w jakie bagno się znowu wpakowałem i że sam nie dam rady z niego wyjść, że potrzebuję Jego pomocy.

ŁUKASZ: Wielu ludzi, którzy tkwią w takim bagnie, powinno jednak iść raczej do psychologa niż do spowiedzi.

GRZEGORZ: Jedno nie wyklucza drugiego. Jeśli coś mnie naprawdę zniewa­la, ogranicza moją wolność, człowieczeństwo, psycholog może okazać się dobrym rozwiązaniem. My wierzymy jeszcze, że Pan Bóg wybaczył nam już wieki temu w momencie śmierci Jezusa na krzyżu, ale wciąż potrzebujemy bardzo konkretnego momentu, w którym usłyszymy, że nam odpuszcza grzechy, stąd też mię­dzy innymi spowiedź. Psycholog i spowiednik mogą się uzupeł­niać, pomagać sobie wzajemnie.

ŁUKASZ: Spowiedź w rękach księdza to poważne narzędzie władzy.

GRZEGORZ: Ogromnej władzy. Po obu stronach zresztą. Władza księdza, któ­ry może odpuścić grzechy albo je zatrzymać, ale też władza czło­wieka, który się spowiada, który sam sobie musi odpuścić winy. Czasem w trakcie rozmowy okazuje się, że nie potrafi tego zro­bić, bo tak bardzo kogoś zranił, i moja formułka o odpuszczeniu grzechów na nic mu się w tym momencie życia nie zda. Niekie­dy trzeba więcej czasu.

ŁUKASZ: Chodziło mi o jeszcze inny rodzaj władzy. Ludzie opowiadają ci o swo­ich słabościach w cztery oczy. A potem podczas mszy widzisz ich wszystkich i sumę ich słabości. Wiesz, że często oszukują się w ro­dzinach i że mógłbyś to zmienić.

GRZEGORZ: Wierz albo nie, ale takiego ciężaru nie niosę. Wiem, że można mieć tego typu obawy, że powiem coś księdzu, a on się wygada. Część ludzi żyje w przekonaniu, że jak nagrzeszyli, to teraz się będą przed księdzem chować, bo on widzi ich grzechy. Ale ja nie mam z tym problemu, ponieważ ich grzechów nie widzę. Nie za­glądam ludziom w dusze i nie mówię o ich grzechach innym.

ŁUKASZ: A gdy ktoś ci mówi, że jest wykorzystywany?

GRZEGORZ: Rzadko, ale zdarzają się sytuacje, kiedy wiesz, że ktoś doznaje prze­mocy. Spowiada się i twierdzi, że poza spowiedzią nie chce pomocy. I to jest bardzo trudne. Wiesz, że ktoś cierpi i nie możesz nic zrobić.

ŁUKASZ: Nie możesz złamać tajemnicy spowiedzi dla wyższego celu, wyższej konieczności?

GRZEGORZ: Zawsze wtedy pytam, czy mogę pomóc. Bardzo rzadko się zda­rza, że ktoś chce ode mnie pomocy poza konfesjonałem. Wtedy nie możesz nic zrobić. Jesteś związany tajemnicą, mimo że ludz­kie historie, jak ludzie, do ciebie wracają. Staram się z tego wy­ciągać pozytywną naukę.

ŁUKASZ: Jaką?

GRZEGORZ: Wiedza o człowieku w grzechu, bo o takiej sytuacji mówimy, daje mi siłę. Przecież ktoś przyszedł do mnie, opowiada o najtrudniej­szych sprawach swojego prywatnego życia, musi mieć niesamo­witą odwagę, żeby to zrobić. Dzięki rozmowie staram się pokazać mu, że nie musi już tego ciężaru nieść sam, próbuję pokazać, że mogę mu ulżyć.

ŁUKASZ: Piotrek, znasz wielu księży, możesz przebierać w spowiednikach. Idziesz na chybił trafił czy masz swoich ludzi od spowiedzi?

PIOTR: Nie mam jednego stałego spowiednika, kierownika ducho­wego, do którego zawsze idę. Kiedyś miałem, ale go przenieśli z Krakowa (uśmiech). Ale jest kilku franciszkanów i dominika­nów, o których wiem, że mogę do nich pójść bez obaw. U nich mogę liczyć na coś więcej niż tylko odklepanie formułki. Trak­tują penitentów poważnie. Spowiedź jest rozmową, uważnym wysłuchaniem, jakąś podpowiedzią, radą. Dlatego staram się do nich wracać. Oni znają mnie, moją historię, wiedzą, z czym się zmagam, wiedzą, z jakimi słabościami walczę i co się powtarza w moich spowiedziach. Podpowiadają mi, co zrobić. Nie dostaję u nich pokut z czapy. Polecam taki sposób: nie chodzić na chybił trafił, ale do kogoś, kogo znamy i kto nas zna. Sakrament działa, niezależnie od księdza, do którego trafisz, z tą samą mocą. Cza­sem może łatwiej z tego samego grzechu wyspowiadać się za każdym razem innej osobie. Tylko że to jednak pójście trochę na łatwiznę. Jestem przekonany, że dobrze jest wyznawać te same grzechy tej samej osobie.

ŁUKASZ: Historie twoich spowiedzi to historie dobrych spowiedników?

PIOTR: Pewnie, że nie tylko. Miałem kilka spowiedzi, o których wolałbym zapomnieć. W okresie dojrzewania mocno zmagałem się z Ko­ściołem. Nie wiedziałem, czy chcę być jego częścią. I doświadczy­łem wtedy kilku spowiedzi, po których po prostu przestawałem chodzić do kościoła. Myślałem wtedy, że skoro Kościół tak przyj­muje grzesznika, to z taką instytucją nie chcę mieć nic wspólnego.

ŁUKASZ: Zamiast zrozumienia – wkurzenie?

PIOTR: Szczerze? Zaliczyłem klika spotkań w konfesjonałach z księżmi, którzy byli po prostu chamscy. Oczywiście wierzę, że Pan Bóg sobie poradzi i przebije się z łaską nawet przez największego ba­rana, ale z konfesjonału można wyjść bardzo poharatanym. Je­śli Kościół ma być szpitalem, to niestety ci księża raczej dobijali ciężko chorego, niż opatrywali rany. Mam sporo znajomych, któ­rzy też nie mieli szczęścia ze spowiednikami. Idą do spowiedzi przed chrztem, ślubem i trafiają na księży, którzy ich dobijają, a nawet poniżają. Albo ktoś zbiera się po kilku latach, długo wal­czy ze sobą, przepracowuje coś na serio, w końcu przychodzi do szczerej spowiedzi, klęka w konfesjonale, liczy na nowe otwar­cie swojej relacji z Kościołem i z Bogiem i zostaje totalnie olany. Po drugiej stronie kratki słychać tylko – dwie zdrowaśki, prze­czytaj fragment z Pisma Świętego i chwała Ojcu i Synowi, i Du­chowi Świętemu, mam cię gdzieś. Myślę, że Kościół gubi w ten sposób wielu ludzi, którzy wykonali ciężką duchową pracę. Za­miast wyciągnąć do nich rękę, dobijamy ich lub lekceważymy.

ŁUKASZ: Z czego to wynika? Z braku wrażliwości, wykształcenia? A może księ­ża mają przeładowany grafik w konfesjonale?

GRZEGORZ: Wszystko naraz. Ale przede wszystkim – jakim jesteś człowie­kiem, takim i spowiednikiem. Mało wrażliwi, wręcz grubiańscy księża mają przy kratce konfesjonału spore problemy z okaza­niem zrozumienia, i co za tym idzie, miłosierdzia. Łaska buduje na naturze – powtórzę za św. Tomaszem. I jeszcze jeden ważny czynnik: łatwiej jest księżom, którzy sami doświadczyli grze­chu i przebaczenia. Jeśli Pan Bóg mi wybaczył i sam sobie wybaczyłem dzięki niemu, potrafię współczuć z innymi. Wtedy nawet jeśli na co dzień jestem trudnym człowiekiem, wchodząc do kon­fesjonału, potrafię być dobry, potrafię słuchać.

PIOTR: Arcybiskup Grzegorz Ryś wielokrotnie powtarza, że dopóki nie wyrżniesz na pysk, nie doświadczysz upadku, grzechu i nie do­wiesz się, czym jest wybaczenie, nie wychodź do ludzi, bo zrobisz im krzywdę. Do konfesjonału trafiają ludzie, którzy chcą miło­sierdzia; jeśli po drugiej stronie kratki jest ktoś, kto go nie do­świadczył, może być dramat.

GRZEGORZ: Posługujemy się sloganem: doświadczyć swojego grzechu, ale nie chodzi tu o świadomość, że złamałem któreś z przykazań czy w moim przypadku również śluby zakonne; chodzi o poczucie, że dla mnie grzech, który się wydarzył, w który wszedłem, jest naprawdę trudnym przeżyciem. Czuję się źle w relacji z Bogiem, grzech mnie upadla i wtedy idę do spowiedzi! Powtórzę, to kwe­stia doświadczenia, a nie wiedzy. Nie chodzi o to, żebyśmy z każ­dą pierdołką biegli do konfesjonału.

ŁUKASZ: Post od spowiedzi może być wskazany?

GRZEGORZ: Tak, jeśli podchodzimy do sprawy świadomie, dojrzale. Przyda­rzają mi się grzechy dnia codziennego, a jednak świadomie prze­dłużam moment kolejnej spowiedzi, by trochę się pomęczyć ze sprawą, przemyśleć błędy. Nie można działać jak dziecko, któ­re przez trzy dni chodzi w białych ubrankach, a potem znów się brudzi, mimo że ojciec prosił, by nie wchodzić w błoto. W sakra­mencie spowiedzi nie chodzi o magię, ale o spotkanie z Bogiem. A żeby doszło do spotkania, muszę za Nim zatęsknić. Inaczej się nie spotkamy. Można pochodzić trochę w brudnych ciuchach.

ŁUKASZ: A jeśli regularnie chodzę do kościoła, przestrzegam przykazań, pro­wadzę raczej spokojne, zrównoważone życie, to po co mi spowiedź? Po co Panu Bogu głowę zawracać, skoro wydaje mi się, że nie grzeszę.

GRZEGORZ: Dotykamy dwóch kwestii. Po pierwsze, wracamy do osoby sta­łego spowiednika; dobrze mieć kogoś, kto byłby stałym odnie­sieniem, on łatwiej zauważy, gdzie wypieramy coś z pamięci. Zna dynamikę naszego duchowego rozwoju, z nim ustalamy często­tliwość spowiedzi. Po drugie, mając dużą samoświadomość du­chową, sami umawiamy się ze sobą, że do konfesjonału idziemy na przykład raz na dwa miesiące. Dobry spowiednik zrozumie naszą motywację, chęć zmagania się z sobą na dłuższym odcin­ku. Ważne, by dobrze przemyśleć i uargumentować wybór, któ­rego dokonujemy. Idziemy do spowiedzi nie dlatego, że mamy to gdzieś, tylko stajemy rzadziej przy kratkach konfesjonału, po­nieważ nam to służy, widzimy owoce zmagania się z sobą.

PIOTR: Mamy spore problemy z sensownym podejściem do spowiedzi po obu stronach konfesjonału. Na katechezach kształtuje się w mło­dych ludziach poczucie, że spowiedź to kara za niedotrzymanie umowy. Nie przestrzegałeś praw, złamałeś zasady, teraz będziesz musiał za to odpokutować, przeprosić i ponieść konsekwencje. W takim nauczaniu umyka najważniejsza kwestia – mówimy przecież o prawdziwej i niezwykłej relacji – człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Przychodzimy do Kogoś, Kto nas kocha i chce nam pomóc, nie chce nas gnębić. Spójrzmy na historię mo­jego patrona, św. Piotra. Zauważyłem w jego relacji z Jezusem dwa ważne momenty świetnie pasujące do tematu, którym się zajmu­jemy. Pierwszy wtedy, gdy Jezus pyta uczniów, kim dla nich jest, a Piotr wyrywa się, mówiąc, że On jest Mesjaszem. Jezus cieszy się z takiej odpowiedzi, ale chwilę później dodaje, że będzie musiał zginąć na krzyżu. Wzburzony tymi słowami Piotr protestuje. Piotr wierzy po swojemu, egoistycznie, chce Mesjasza dowódcy i poli­tycznego wyzwoliciela. Jeszcze nie rozumie, że Bóg jest zupełnie inny od jego wyobrażeń. Jezus reaguje ostro i beszta Piotra słowa­mi: „Zejdź Mi z oczu, szatanie!”. Mądrzy ludzie siedzący w tłuma­czeniach Biblii mówią, że tam tak naprawdę jest: „Pójdź za Mnie, szatanie!”. Jezus nie udaje, że wszystko jest OK. Ale nie mówi: „Chłopie, ty nic nie rozumiesz. Zejdź Mi z oczu!”. Mówi do Piotra: „Idź za Mnie!” Co to znaczy? Jezus go nie potępia. On mu skła­da obietnicę! Będę szedł przed tobą, nie rób już nic po swojemu, skończ ze swoim egoizmem. Ranisz ludzi, ponieważ niby wiesz najlepiej, myślisz kategoriami, które nie są moimi kategoriami.

ŁUKASZ: I jak się to przekłada na spowiedź?

PIOTR: Przychodzę do Niego, klękam i mówię: „Panie Boże, znowu pró­bowałem robić po swojemu i dupa blada z tego wyszła, porani­łem i siebie, i innych”. A On mnie nie opieprza, tylko zdaje się mówić: „Ok, oddaj Mi to, z czym przychodzisz, chodź za Mnie, ruszajmy razem, Ja prowadzę. Zaufaj Mi, tak będzie lepiej”.

ŁUKASZ: A drugi moment relacji Piotra z Jezusem, który jest dla ciebie ważny w kontekście spowiedzi?

PIOTR: Rozmowa już po zmartwychwstaniu. Piotr zawalił na całej linii, zdradził Jezusa i mimo to On chce, by Piotr za Nim poszedł, że­by spróbowali jeszcze raz, chce odbudować więzi, pyta o miłość. Spowiedź może być takim zbliżeniem, wzajemną chęcią odno­wienia relacji. W tym fragmencie Jezus pyta trzy razy Piotra, czy ten Go kocha. Tu nie chodzi o upokorzenie, tylko o podniesienie. Nie ma takiego upadku, z którego nie można się podnieść w re­lacji z Bogiem. Problem w tym, że najczęściej nie rozumiemy, że w spowiedzi mamy do czynienia z czułą relacją. Bóg naprawdę nie czeka, żebyśmy przed Nim padali ze strachu na kolana. On pewnie nie może wytrzymać, tak bardzo chce, żebyśmy do Nie­go wrócili, przyszli do Niego. Chce nam pomóc, ale nie zrobi tego na siłę, sami musimy tego chcieć. To istota spowiedzi, nie błagaj­my o wybaczenie, po prostu idźmy się spotkać z kimś, komu na nas na maksa zależy.

GRZEGORZ: Mądrze mówisz (uśmiech). Siedząc w konfesjonale, pytam cza­sem ludzi, po co przyszli do spowiedzi, dziewięćdziesiąt dziewięć procent opowiada mi wtedy o tym, że grzeszyli, żałują, że pro­szą o zadośćuczynienie. Mówią w sposób wyuczony, bazując na tekstach wykutych na blachę przed Pierwszą Komunią Świętą. A kiedy im mówisz, że chodzi jednak o coś innego, siejesz nie­pewność. Napięcie rośnie, ponieważ zadaję pytania spoza formu­łek spowiedzi. Często czuję wtedy zdziwienie po drugiej stronie konfesjonału, o co tu chodzi, przecież przyszedłem się tylko grzecznie wyspowiadać. W spowiedzi widać często brak głęb­szej refleksji, prawdziwego zrozumienia sakramentu. Wydaje się, że ludzie boją się nie tylko spowiednika, ale także Boga. Bo prze­cież trzeba chodzić do spowiedzi, żeby nie iść do piekła!

PIOTR: Rozmawialiśmy ostatnio w Deonie o tym, że zabiliśmy istotę sa­kramentu spowiedzi i jeszcze kilku innych ważnych przestrzeni skrajnym formalizmem. Koleżanka opowiedziała historię ze ślubu, na którym niedawno była. Młodzi ludzie mieszkali ze so­bą przed ślubem. Wiadomo, z punktu widzenia Kościoła to coś, z czego należy się wyspowiadać. I wiecie, co im ksiądz powiedział w konfesjonale? Że da im rozgrzeszenie, tylko niech jakoś już wytrzymają te kilka nocy bez seksu. Żadnego pogłębienia, jakiś obłęd. Czy to ma cokolwiek wspólnego z nawróceniem? Czy ten ksiądz im jakoś w tym pomógł? Nie, najważniejsze, żeby forma­lizm się zgadzał. Jeśli do tego dodamy karteczki i podpisy, które trzeba zdobywać, to ja się ludziom nie dziwię, że się z tego śmie­ją i mówią, że to jest parodia. Topimy się w schematach, jesteśmy za bardzo skoncentrowani na biurokracji i formalnościach.

ŁUKASZ: Mój syn przed Pierwszą Komunią Świętą najbardziej bał się spowiedzi, przerażał go fakt, że może zapomnieć formułki, a przecież bez for­mułki spowiedź jest nieważna.

GRZEGORZ: Mówisz to księdzu, który rozpoczął właśnie z dziećmi przygoto­wania do Pierwszej Komunii Świętej! (uśmiech). Zastanawiam się, jak to gryźć, programu nie mogę zlekceważyć, lecz mogę zmienić akcenty. Chodzi przecież o relacyjność, chcemy nauczyć dziec­ko, że można w każdym sakramencie odkrywać nie tylko Bo­ga, ale także człowieka. Staram się pokazywać, że formuła jest tylko narzędziem, drugorzędną sprawą w całym tym spotkaniu. Muszę się jednak liczyć z rodzicami, którzy na forach interne­towych psioczą na stary niereformowalny Kościół, ale w swojej parafii chcą formułek i tradycji.

ŁUKASZ: Jak godzić wodę z ogniem?

GRZEGORZ: Nie ma łatwych rozwiązań, rozumiem przywiązanie rodziców do formuł, których ich nauczono. Stały się częścią ich katolickiego wychowania. Kilka razy spowiadałem dzieciaki świeżo po Pierw­szej Komunii Świętej i przyznaję ci rację, bardzo trudno je nauczyć normalnego, niesformalizowanego mówienia. Z drugiej stro­ny czasami rodzice domagają się, by tradycja spowiedzi zgodnej z formułką była zachowana. Bez formułki się nie liczy. W naszej wierze czasem trudno wyjść ze stereotypowego myślenia, spróbo­wać inaczej. Tego też trzeba się nauczyć. Moim zadaniem jest go­dzić jakoś te potrzeby, szukać złotego środka. Spowiadam dzieci, które czasami zacinają się na formułce i nie potrafią tego przesko­czyć. Próbuję wtedy upraszczać, mówię na przykład: „Powiedz, co cię ostatnio zabolało, z czym ci jest źle”. Po drugiej stronie konfe­sjonału słyszę wtedy: „Nie. Muszę to powiedzieć tak, jak trzeba”.

ŁUKASZ: Dzieci potrzebują jasnych wskazań, reguł, których mogą się trzymać?

GRZEGORZ: Takie jest moje doświadczenie w tym zakresie. Sugerując dziecku, „powiedz, jak czujesz”, sprawiam, że jego kontakt z obcą jednak osobą jest jeszcze trudniejszy. Trzeba łączyć dynamikę rozwoju dziecka i jego zapał z pewnymi regułami. Inna sprawa, że kształ­ceni w Kościele na regułkach dorośli mają podstawowe proble­my z rozumieniem katechizmu.

PIOTR: Pełna zgoda. Dorzućmy jeszcze jeden aspekt. Jesteśmy katechi­zowani w sposób zupełnie niedostosowany do wieku i rozwoju duchowego. Jakbyśmy całe życie byli dziećmi. Wykuć formuł­ki, zapamiętać, przestrzegać. Nie zadawać zbędnych pytań. A lu­dzie dorastają, pracują, zakładają rodziny, mierzą się z poważnymi problemami i rozterkami. Kościół zbyt często nie ma dla nich od­powiedzi. Dorosły człowiek słyszy z ambony to samo co dziec­ko w szkole na katechezie. Formułki, zasady, przestrzegać, nie dyskutować. To ma tak naprawdę mało wspólnego z chrześcijań­stwem. Benedykt XVI wielokrotnie zwracał uwagę, że to ogrom­ny błąd, i przypominał, że istoty chrześcijaństwa nie stanowi idea, doktryna czy system wartości, tylko relacja z żywym Bogiem.

ŁUKASZ: W modlitwie Ojcze nasz nie ma mowy o prawnych i formalnych uwa­runkowaniach wiary.

PIOTR: Co więcej, o grzechach jest mowa dopiero na samym końcu. Wcześniej jest rozmowa z Ojcem, uwielbienie, podziękowanie, prośba o opiekę. To też pokazuje, co jest najważniejsze w relacji z Nim. A my wszystko postawiliśmy na głowie.

 

Fragment książki “Łobuzy. Grzesznicy mile widziani”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2018


Polecamy:

               

Część pokuty spowiednik może wziąć na siebie

Część pokuty spowiednik może wziąć na siebie

“Mogę dać lżejszą pokutę, a resztę dźwigać samemu. Pozostawić to w tajemnicy albo przedstawić wiernemu, aby nie czuł się osamotniony i wiedział, że Kościół mu towarzyszy” – o różnych wymiarach spowiedzi i problemach mówi abp. Wojciech Polak, Prymas Polski.

***

Marek Zając: Zastanawialiśmy się trochę wcześniej nad lekcją, która dla Kościoła w Polsce płynie z sytuacji Irlandii. W 2015 roku większość Irlandczyków opowiedziała się w referendum za wprowadzeniem małżeństw jednopłciowych. Krótko potem, podczas uroczystości Bożego Ciała, kardynał Nycz mówił, że wyniki głosowania w kraju tak mocno katolickim jeszcze trzydzieści lat temu, są ostrzeżeniem dla Europy. Zaraz jednak zaznaczył: “Bracia i siostry, bądźmy pokorni i powiedzmy, że są ostrzeżeniem także dla naszej ojczyzny”.

Abp Wojciech Polak: Nie mam złudzeń: gdyby w Polsce większość obywateli popierała np. adopcję dzieci przez pary homoseksualne, nie pomogłyby żadne płomienne kazania ani protesty Kościoła. Dlatego nie w kontaktach z politykami czy ustawach, ale w ludziach musimy pokładać nadzieję. Rację miał święty Tomasz z Akwinu, że przy pomocy prawa ani skutecznie nie zakażemy wszelkiego zła, ani nie przekonamy do czynienia całkowitego dobra. Powtarzam: trzeba kształtować sumienia.

Katolik, świecki czy duchowny, nigdy nie będzie cieszył się z niechrześcijańskiego ustawodawstwa. Ale prawdziwą porażką jest chwila, gdy konkretny człowiek, samodzielnie i świadomie, odwraca się od Ewangelii i nauczania Kościoła. Taki dramat trudno wyczytać z artykułów publicystycznych czy statystyk; czasem rozgrywa się w konfesjonale, a jedynym jego świadkiem staje się kapłan.

Kiedy wykładałem klerykom spowiednictwo, zawsze mówiłem, że Bóg ustrzegł mnie przed niezwykle trudną sytuacją. Otóż nigdy nie spowiadałem kobiety, która dokonałaby aborcji, i upierała się, że miała do tego prawo. Pewnie zapytałbym, po co w takim razie mi w ogóle o tym mówi, ale sam nie wiem… Dotychczas zawsze spowiadałem kobiety, które odczuwały głęboką skruchę i widziałem, że zdążyły, zanim jeszcze uklękły u kratek konfesjonału, odpokutować już tamten grzech w trójnasób.

A co powiedziałby Ksiądz Prymas ludziom skrzywdzonym podczas spowiedzi — przez niedelikatne słowa, zlekceważenie, obcesowe traktowanie przez spowiednika?

Na początek bym ich szczerze przeprosił. Przeprosił w imieniu Kościoła. Sam się spowiadam i miałem w życiu różne, czasem lepsze, czasem gorsze doświadczenia. Jednak dzięki łasce Boga potrafiłem sobie z tym poradzić. Ale rozumiem, że u niektórych mogło zostać nadszarpnięte zaufanie. Zasklepili się w bólu, przestali się spowiadać, może nawet chodzić do kościoła. Dlatego potem poprosiłbym, aby mimo poczucia krzywdy spróbowali wrócić. Przede wszystkim do samego Boga, a potem do tego daru, jaki Pan pozostawił nam przez posługę drugiego człowieka, czyli spowiednika. Chciałbym, aby uwierzyli, że złe doświadczenia nie muszą się powtórzyć; by nie rezygnowali. Powrót może być trudny, zwłaszcza po wielu latach, ale warto prosić o Bożą łaskę.

A wszystkich nadal się spowiadających proszę o wyrozumiałość. Czasem po prostu zbyt dużo oczekujemy, np. stojąc w kolejce, gdzie czeka kilkunastu penitentów przed nami i kilkunastu za nami. Chcemy być skrupulatnie wysłuchani, a tu w grę wchodzą przyziemne, ludzkie sprawy; ksiądz jest zmęczony, rozproszony, zdenerwowany. Spieszy się, bo chce, żeby ze spowiedzi mogło skorzystać jak najwięcej osób. Proszę, abyśmy sami też dbali o sprzyjające okoliczności do odbycia spowiedzi. Nie przychodźmy tuż przed mszą świętą, bo ksiądz musi zaraz iść odprawić liturgię; w miarę możliwości nie spowiadajmy się też w trakcie mszy. I najważniejsze: nie zapominajmy, że spowiadamy się nie księdzu, ale Bogu. To nie ksiądz odpuszcza grzechy, ale sam Pan Bóg.

Z kolei kapłanów proszę, aby idąc do konfesjonału, a także po spowiedzi — modlili się za penitentów. I żeby nie dawali pokuty ponad ludzkie siły. Zresztą część pokuty spowiednik może wziąć na siebie, żeby ulżyć bliźniemu, który przed chwilą i tak zdobył się już na niełatwy wysiłek wyznania grzechów.

Naprawdę?

Tak, mogę penitentowi dać lżejszą pokutę, a resztę dźwigać samemu. To pozostawia się w tajemnicy albo przedstawia się wiernemu w tym celu, aby nie czuł się osamotniony. Żeby wiedział, że Kościół mu towarzyszy i wspiera w jego nawróceniu. To także dobra zachęta do powrotu do konfesjonału.

Nigdy się z tym nie spotkałem… A jak sztuki spowiadania uczy się kleryków?

Na kilku poziomach. Przede wszystkim przez dobrą posługę spowiedników w seminarium, najlepszą nauką jest odpowiedni przykład. Klerycy powinni mieć możliwość dobrowolnego wyboru, u kogo będą się spowiadać. Wśród proponowanych spowiedników są ojcowie duchowni i wychowawcy z seminarium, jak i kapłani przychodzący z zewnątrz, np. proboszczowie czy zakonnicy, którzy wnoszą ze sobą nieco inną perspektywę życia konsekrowanego. Stały, wybrany spowiednik ma troszczyć się o życie duchowe kleryka; mając z nim kontakt przez dłuższy czas, widzi, jak jego podopieczny walczy z trudnościami, rozwija się w cnotach i dojrzewa do kapłaństwa. Ponadto spowiednictwo jest studiowane z różnorakich perspektyw. Wiedza z poszczególnych przedmiotów układa się jak puzzle. Sakrament pokuty i pojednania kle­ ryk zgłębia np. z perspektywy biblistyki, dogmatyki, etyki itd. No i wreszcie ćwiczenia praktyczne.

Na czym polegają?

Po wykładach teoretycznych o historii sakramentu, jego warunkach czy przebiegu odbywa się tzw. sucha spowiedź. Każdy z kleryków w obecności kolegów z roku siada w konfesjonale, a wykładowca zaczyna się głośno spowiadać z różnych wymyślonych grzechów. Chodzi o naukę kontaktu z penitentem; ocenia się, jak kleryk prowadzi dialog, na co zwraca uwagę, czy pouczenie i pokuta są adekwatne do wyznawanych win. Czasem ćwiczy się trudne sytuacje, związane np. z odmową udzielenia rozgrzeszenia. Potem wszystko omawia się i analizuje w grupie.

Znajomy franciszkanin opowiadał mi, że na zajęciach w jego seminarium było śmiechu co niemiara, ponieważ klerycy spowiadali się klerykom i wymyślali najdziksze grzechy.

Zawsze ostrzegam kleryków, że na zajęciach zbyt często koncentrują się na sytuacjach nadzwyczajnych i skomplikowanych, a powinni przygotować się głównie na – rzekłbym – szarą codzienność. Będą np. musieli wykazać dużo cierpliwości wobec staruszki, która ciągle spowiada się z tych samych grzechów, ale bez przerwy ma wyrzuty sumienia, że czegoś zapomniała. Ksiądz musi uspokoić penitentkę, żeby się przestała zadręczać, a zarazem nie czuła się zlekceważona. Bywa, że trudny duszpastersko przypadek mobilizuje księdza do mądrego rozeznania, wzniesienia się na duszpasterskie szczyty – trudno bronić się przed rutyną, gdy spowiedź przebiega bez większych problemów. A przecież każdy człowiek, bez względu na to, z czym przyszedł do konfesjonału, powinien zawsze czuć się potraktowany z szacunkiem i uwagą.

Mimo najlepszych ćwiczeń w seminarium debiut w roli spowiednika dla dwudziestokilkuletniego księdza i tak musi być nie lada przeżyciem.

Cóż powiedzieć, to skok na bardzo głęboką wodę. Dlatego tak istotne jest, żeby stała formacja kapłanów już po seminarium obejmowała także analizę ich doświadczeń z konfesjonału. Oczywiście nie chodzi o to, żeby księża dzielili się tym, jakie konkretnie usłyszeli grzechy. Natomiast zwłaszcza młodzi kapłani powinni mieć okazję do rozmowy o dylematach, które rodzą się w konfesjonale, i ewentualnie otrzymać wsparcie psychologiczne. Poza tym nowe czasy niosą nowe grzechy, uzależnienia czy uwikłania, dlatego kapłani powinni być na bieżąco, nieustannie się dokształcać. Dobry spowiednik musi dużo czytać, korzystać z różnych warsztatów i konsultacji. U nas Rada Archidiecezjalnego Studium Pastoralnego proponuje, aby w ramach stałej formacji nie zapominać o posłudze w konfesjonale i często powracać do tych kwestii podczas kursów dla pierwszych dziesięciu roczników po święceniach.

Od jednego z księży usłyszałem, że niektórzy penitenci są wręcz podekscytowani faktem, że wyznają grzechy wyjątkowe i niespotykane. Tymczasem spowiednik myśli sobie: no tak, to już piąty dziś taki przypadek…

Spowiedź przeżywamy bardzo mocno, chyba żaden inny sakrament nie wymaga aż tak osobistego zaangażowania, przełamania się i wysiłku. Chrzest święty z reguły przyjmujemy jako nieświadome niczego dzieci. Komunia to wprawdzie kluczowy akt wiary, spotkanie z Chrystusem eucharystycznym, ale człowiek nie musi nic mówić, wszystko rozgrywa się w naszych myślach i sercu. Sakrament bierzmowania, pomijając okres przygotowań, z czym zresztą też bywa różnie – ogranicza się do wyjścia z ławki, a potem trzeba odpowiedzieć biskupowi: “Amen”. Ale przed konfesjonałem nie da się uklęknąć i oświadczyć: “Niech mnie ksiądz przepyta”. Tu wszystko jest w naszych rękach.

A skoro rozmawiamy o przyszłości naszego Kościoła, powie­ działbym tak: przyszłość ta rozstrzyga się nie na salach sejmo­ wych, nie w studiach telewizyjnych, ale każdego dnia w setkach konfesjonałów. Przyszłość zależy od tego, czy człowiek trafi na mądrego i miłosiernego spowiednika, czy na chłodnego urzędnika. Od tego, czy katecheta w szkole będzie pracował z zaangażowaniem, czy jedynie odtwarzał materiał z podręcznika. Od tego, co w kancelariach parafialnych słyszą ludzie, którzy chcą ochrzcić dziecko, wziąć ślub albo przychodzą w żałobie, żeby pochować zmarłą matkę.

Przychodzą młodzi, którzy żyją w związku niesakramentalnym, rzadko pojawiają się na mszy, ale chcą ochrzcić dziecko. Niektórzy księża mówią: nie jesteśmy supermarketem, ludziom trzeba stawiać wymagania. Inni twierdzą, że nie wolno gasić knotka o nikłym płomyku i bez problemu udzielą chrztu.

Popatrzmy na papieża Franciszka, który w Bazylice św. Piotra ochrzcił dziecko urodzone w związku niesakramentalnym. Opowiadał też o kobiecie, która zaszła w ciążę z mężczyzną żonatym, o czym ona jednak nie wiedziała. On odszedł, mimo to ona nie chciała usunąć dziecka, ale potem nie mogła doprosić się o chrzest. Dodzwoniła się do Franciszka, który stwierdził krótko: sam udzieli sakramentu, jeżeli żaden ksiądz nie stanie na wysokości zadania.

Te gesty papieża w Polsce przyjęto dość chłodno. Podkreślano, że chrzest nie jest czymś, co należy się automatycznie; że nie wolno drastycznie obniżać wymagań i ryzykować świętokradztwa.

Każde spotkanie z proszącym o chrzest jest okazją, aby pokazać oblicze Jezusa kochającego i miłosiernego. Jednocześnie nie wolno bagatelizować pytania, kto temu dziecku pomoże wzrastać w wierze, bo chrzest nie jest obrzędem magicznym, ale wprowadzeniem we wspólnotę Kościoła. Dziś zdecydowana większość księży nie odmówi ochrzczenia dziecka ze związku niesakramentalnego. Natomiast główna batalia toczy się o chrzestnych, bo to oni mają być świadkami wiary. Moim zdaniem warto namawiać ludzi, aby do ich roli wybierali katolików świadomych i praktykujących. Faktycznie byłoby coś niepokojącego w chrzcie, podczas którego ani rodziców, ani chrzestnych nie łączy z Kościołem żadna więź. Na przykład na Wyspach Brytyjskich zmiany zaszły tak daleko, że w księgach parafialnych nie wymienia się już chrzestnych, tylko sponsora pierwszego i sponsora drugiego.

Naprawdę?

Sam widziałem. Ten zapis jest niestety wyrazem pewnej mentalności. Potem Polacy wracają do kraju i oczekują, że będą obsłużeni identycznie jak na Wyspach.

To dla Kościoła fundamentalny problem: powoli pęka łańcuch, dzięki któremu wiarę przekazywano z pokolenia na pokolenie.

Obserwujemy niebezpieczne przerzucanie odpowiedzialności za wychowanie w wierze z rodziców i krewnych na księży, zakonnice i katechetów. To przynosi fatalne skutki, bo trudno zastąpić, zwłaszcza na masową skalę, unikalny charakter chrześcijańskiego dojrzewania w rodzinnym domu, zwłaszcza kilkupokoleniowym. Sami duchowni przyczynili się nieco do zaistnienia tego problemu, bo przez długie lata skupiali się w duszpasterstwie na dzieciach i młodzieży, pomijając dorosłych i rodziny. W Gnieźnie jedną z największych parafii kierował ksiądz, który już dawno ostrzegał: “Nam się coś pomieszało. Pan Jezus nie uczył dzieci. On dzieci błogosławił, a nauczał dorosłych”. Idąc tym tropem, tak ustawił całe duszpasterstwo, że przed pierwszą komunią koncentrował się na przygotowaniu nie dzieci, ale ich rodziców. Kiedyś arcybiskup Muszyński na spotkanie dziekanów zaprosił ojca i matkę z parafii wspomnianego księdza. Do dziś pamiętam świadectwo tamtego mężczyzny: “Proszę księży, nie oszukujmy się. Na początku pomyślałem: czego ksiądz w ogóle ode mnie chce. Ma wziąć moje dziecko i przygotować, a mnie zostawić w świętym spokoju. To jego zadanie. Ale nie miałem wyjścia i dziś chcę podziękować nawet nie za wiedzę, ale za to, że musiałem pół godziny w tygodniu spędzić z moim dzieckiem. Dopiero teraz zrozumiałem, że jestem odpowiedzialny za jego pełne wychowanie, również religijne”.

Tyle że dziś mamy nowe, jeszcze poważniejsze problemy. Niektórzy np. zalecają, aby dziecko przyjmowało pierwszą komunię razem z rodzicami. To bardzo prosty, ale piękny gest, który porusza serca, zbliża rodzinę i umacnia wiarę. Jednak tak szybko rośnie liczba związków niesakramentalnych, że dla wielu dzieci stało się to trudne. Bo jak – koledzy i koleżanki idą do ołtarza i przyjmują Eucharystię razem z rodzicami, a ja nie… I zamiast wspaniałego przeżycia może nastąpić upokorzenie. Liczę jednak na wrażliwość samych rodziców, którzy staną na wysokości zadania i mimo wszystko będą towarzyszyć dziecku, rozbudzając w nim głód Eucharystii, chociaż sami tego głodu nie mogą zaspokoić. To ważne, żeby zawsze szukać bliskości Boga, bez względu na życiowe okoliczności.

***

 

Wojciech Polak (ur. 1964) – arcybiskup metropolita gnieźnieński, prymas Polski. Doktor teologii moralnej. Były członek Papieskiej Rady ds. Duszpasterstwa Migrantów i Podróżujących. Koordynował prace nad przesłaniem pojednania do narodów polskiego i rosyjskiego oraz polskiego i ukraińskiego

Marek Zając (ur. 1979) – niezależny publicysta, były dziennikarz, konsultant ds. mediów. Sekretarz Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej przy Premierze RP


Polecamy:

               

Sumienie – krótka instrukcja obsługi

Sumienie – krótka instrukcja obsługi

 

Jak pamiętamy z katechizmu, pierwszym warunkiem dobrej spowiedzi jest rachunek sumienia. Sumienia, czyli czego? Czym jest owo sumienie, z którym mamy się jakoś obrachować? Na pewno nie zdziwi was fakt, że gdy zacząłem się nad tym zastanawiać, od razu zajrzałem do św. Tomasza z Akwinu. W końcu jest moim współbratem, dominikaninem, a ponadto wielkim teologiem i tak się składa, że pracuję w dominikańskim Instytucie Tomistycznym – a zatem zajrzałem.

Rozum, nie emocje!
Święty Tomasz mówi tak: sumienie to nic inne­go jak zastosowanie naszej wiedzy do konkret­nego czynu. Inaczej, sumienie to umiejętność świadomego działania z odwołaniem do dostępnej nam wiedzy. I tu św. Tomasz idzie o krok dalej: skoro bowiem wiedza łączy się z rozumem, to sumienie jest umiejętnością rozumnego działania, zgodnego z własnym rozpoznaniem rzeczywistości. Jeżeli działam w zgodzie z tym, co rozpoznaję, to pozostaję w harmonii ze swoim sumieniem. Kiedy zaś działam wbrew temu, co rozpoznaję, to sprzeciwiam się własnemu sumieniu, czyli działam źle.

Jednocześnie ten właśnie rozum może stanowić dla nas pewien problem, gdyż sumienie kojarzy nam się raczej z wyczuciem czy też odczuciem. „Ja tak czuję, tak to odczuwam” – mówimy nieraz, mając na myśli własne przekonanie, jednak nie w dosłownym tego słowa znaczeniu – jestem o czymś przekonany i wiem, dlaczego tak postępuję. Myślimy raczej: tak mi się wydaje, tak mi się widzi.

Trzeba to mocno podkreślić: sumienie nie jest emocją – poczuciem winy lub satysfakcji ani też takim czy innym „widzimisię”. Sumienie to wiedza, jaką dysponuję, przyłożona do działania, które podejmuję. Prosty przykład: ktoś był chory i nie poszedł w niedzielę do kościoła, a teraz odczuwa niepokój, coś go uwiera, bo jest inaczej niż w jego odczuciu być powinno – przecież on zawsze chodził w niedzielę na mszę świętą. Postanawia więc: na wszelki wypadek uznam to za grzech i wyznam na spowiedzi. Nie! Jeżeli nie mogłeś być w kościele, to nie mogłeś, i koniec. Nie ma tu mowy o grzechu, taka jest rzeczywistość, nawet jeśli ktoś się z tego powodu źle czuje.

Czasami wydaje nam się, że coś jest grze­chem, podczas gdy nim nie jest – tak nam się tylko wydaje. Bywa też często odwrotnie: wy­daje nam się, że coś grzechem nie jest, i… też tak nam się tylko wydaje. I w jednym, i w drugim przypadku to właśnie emocje mogą nam przeszkadzać w rozpoznaniu, co jest grzechem, a co nim nie jest. A rozum doskonale to wie. Wiemy na przykład, że nie wolno zabijać, ale emocje podpowiadają: „To jest jeszcze taka młoda dziewczyna, ma tylko szesnaście lat, całe życie ma mieć zmarnowane przez dziecko?! Jak ona sobie poradzi, przecież najpierw powinna przynajmniej zdać maturę, biedactwo!”. Biedna jest? No to „dołóżmy” jej jeszcze – uwolnijmy ją od zła, zabijając jej dziecko! Rozum mówi jasno: zabijanie jest złem, ale jakaś silna emocja, na przykład współczucie, demontuje nam rozum, przestajemy myśleć. Zagłuszamy emocjami nie tylko sumienie, lecz także zdrowy rozsądek.

Ignorantia… nocet
Zauważcie, że podkreślenie roli rozumu dla naszego sumienia jest również wezwaniem do tego, byśmy byli stale otwarci na jego rozwijanie – poprzez poszerzanie i pogłębianie naszej wiedzy. Nie można traktować swojego rozumu w sposób nonszalancki: „Niczego więcej wiedzieć nie muszę. Swoje wiem i koniec – to mi wystarczy”. To tak, jak gdyby ktoś, wsiadając do samochodu, powiedział: „Mam kluczyki, umiem prowadzić samochód, wiem, gdzie są właściwe pedały i dźwignia zmiany biegów, to mi wystarczy. Nieważne, na jakie paliwo jeździ – w ogóle mnie to nie interesuje”. Na własnej skórze przekonałem się, że taka wiedza może się jednak przydać, kiedy wlałem benzynę do diesla… Ojciec Przeor wybaczył, ale wstydu się człowiek najadł co niemiara.

Tak się kończy, kiedy ktoś sobie powtarza: „To mnie nie interesuje. Jestem, jaki jestem, i już się nie zmienię”. Taki rozum można porównać do zawekowanego słoika, do którego nic już nie da się dołożyć, bo wszystko zostało starannie wyjałowione i szczelnie zamknięte. To znaczy: działam zgodnie z tą wiedzą, którą mam, i za nic w świecie nie chcę jej poszerzać. Inny przykład: gdybyście byli nauczycielami matematyki, a jakiś uczeń (lub jego rodzic) oświadczyłby, że cztery podstawowe działania algebraiczne zupełnie mu do szczęścia wystarczą i że nie będzie więcej rozwiązywał równań, to pomyślelibyście, że ten człowiek jest po prostu głupi – nie pojmuje prostej prawdy: że lepiej jest wiedzieć więcej niż mniej. My bardzo często tak właśnie podchodzimy do własnego sumienia. Powtarzamy sobie, że aby działać rozumnie, wystarczy nam to minimum wiedzy, które już mamy, że już nic więcej w głowie nam się nie zmieści i na tym zamierzamy poprzestać.

Tymczasem kształtowanie i stałe doskonale­nie swojego sumienia, jako głównego kryterium postępowania, ma dla nas znaczenie fundamentalne. Święty Tomasz tak bardzo szanuje sumienie, że mówi: „Nawet jeżeli jest ono w błędzie, sprzeciwić mu się byłoby rzeczą złą”. Po czym daje przykład, który nawet dziś szokuje. Otóż, jeżeli ktoś byłby głęboko przekonany, że wiara w Chrystusa jest czymś złym, a jednak próbowałby to swoje przekonanie pogwałcić i w Chrystusa uwierzyć, uczyniłby źle. Uwaga, św. Tomasz nie mówi o kazusie: „Wszystko, co wiem do tej pory, mówi mi, że wierzyć w Chrystusa jest źle, ale ja teraz rozpoznaję, że to jest dobre”. Chodzi o sytuację, kiedy ktoś wiary w Chrystusa nie rozpoznaje jako dobra, nawet jeżeli się bardzo stara, bo przeszkadza mu w tym jakaś nieprzekraczalna bariera.

Sumienie jest zawsze zastosowaniem mojej własnej – nie jakiejkolwiek, nie czyjejś – wie­dzy do mojego działania. To umiejętność, która pozwala mi funkcjonować w harmonii z moim rozpoznaniem rzeczywistości. Jednocześnie moje sumienie powinno być otwarte – tak jak umysł i każda inna władza w człowieku. Ja go nie ograniczam, tylko kształtuję – szukam, sprawdzam i pogłębiam, bo im większa, głębsza i pewniejsza będzie moja wiedza, tym mądrzejsze i lepsze będzie moje działanie. Oczywiście, o ile będzie z tą wiedzą zgodne.

Nie samym chlebem…
Jaka jest możliwie największa wiedza, kto ma taką wiedzę? Bóg. Czytamy w Ewangelii opis postu i kuszenia Pana Jezusa na pustyni (Łk 4,1–13). Święty Łukasz pisze, że Jezus był kuszony trzykrotnie, diabeł przystępuje do Niego z trzema propozycjami. Zamień kamienie w chleb! – od tego zaczyna. A co na to Pan Jezus? – Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek. Jezus odpowiada Słowem Bożym – to Jego oręż, kryterium Jego działania. Kolejna propozycja szatana: Dam Ci potęgę i wspaniałości całego świata, bo mnie są poddane – jeżeli upadniesz i oddasz mi pokłon. A Pan Jezus na to: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. I w końcu: Rzuć się w dół, z narożnika portyku świątyni, a zobaczysz, że nic Ci się nie stanie! Aniołowie będą Cię nosić i w ogóle, będzie świetnie. I odpowiedź ostateczna: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Za każdym razem Chrystus ripostuje Słowem Bożym. Ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież nie Jego „własne sumienie”, skoro opiera się na autorytecie zewnętrznym. Czyżby nie miał swojego zdania? Czyż nie mógłby mówić własnymi słowami? Ano właśnie – w przypadku Jezusa „własne słowo” to Słowo Boże!

Także my jesteśmy do tego zaproszeni, bo to również nasza droga – droga ekspansji, pogłę­biania sumienia. To wcale nie jest proste, bo nie zawsze łatwo uznać słowa Pana Boga za własne i spojrzeć na siebie Jego oczami. Ale do tego jesteśmy zaproszeni, żeby starać się być blisko Niego, przyjmować to, co do nas mówi, rozumieć Jego słowa coraz głębiej i jak najpełniej. A wówczas to, co Pan Bóg wie i co mi przekazuje, będzie stopniowo stawało się również moją wiedzą i kryterium mojego działania. Wtedy i ja na podszepty złego odpowiem słowem Bożym, bo to już nie będzie dla mnie zewnętrzny autorytet, który tłamsi moje sumienie. To będzie głos mojego sumienia, które otworzyło się na Tego, który wie najwięcej, który wie najlepiej, jaka jest prawda i co jest dla mnie dobre.

Egzamin świadomości
Mamy zrobić rachunek sumienia… Trzeba przyznać, że niezbyt dokładnie przetłumaczy­liśmy to łacińskie examen conscientiae, które oznacza „badanie sumienia”, swoisty „egzamin”. To nie tyle wyliczanka, przygotowanie listy grzechów i rozliczenie, ile egzamin świa­domości – mamy swoje sumienie zweryfikować, sprawdzić, co ono wie i jak działa – czy czasem nie zaniedbuje okazji do tego, by swoją wiedzę poszerzyć. To rachunek sumienia, do jakiego jesteśmy wezwani, jeżeli chcemy przygotować się do sakramentalnego pojednania z Bogiem – w duchu pokuty. Do tego potrzebne jest roz­poznanie i nazwanie własnych grzechów. Bez rzetelnego egzaminu sumienia nie będziemy wiedzieli, co jest naszym grzechem, co nim nie jest, a co za tym idzie, nie będziemy wiedzieli, czego mamy żałować ani w czym się poprawić. Ta weryfikacja jest nam potrzebna do tego, byśmy mogli przeanalizować swoje życie i oddać Bogu – przepraszając za złe rzeczy i prosząc o dobre.

Bez trudu można dziś znaleźć rozmaite pomoce w rachunku sumienia – kiedy wpiszecie takie hasło w internetową wyszukiwarkę, wyświetlą się setki stron. Ja jednak bardzo zachęcam do tego, by nie szukać daleko i powrócić do korzeni: powtarzajmy sobie kodeks postępowania, który pozostawił nam sam Pan Bóg – doskonale nam znany Dekalog.

Ostatnio, w rozmowie z kimś, wspominałem postać mojego Dziadka. Zdarzyło mi się podpatrzeć i podsłuchać go z samego rana, kiedy nocowałem z nim w jednym pokoju podczas wakacji. Pierwszy raz w dzieciństwie, a potem już jako człowiek dorosły. Im Dziadek był starszy, tym wcześniej się budził i tym dłużej się ubierał. A zapinając guziki koszuli, mamrotał: „Pierwsze, nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną; drugie, nie będziesz wzywał imienia Pana Boga swego nadaremno, trzecie…”. I tak go pamiętam: zapinającego koszulę, wciągającego spodnie i powtarzającego ten Dekalog codziennie, przez całe lata – zawsze z rana, a potem drugi raz wieczorem.

Dekalog to podstawowe kryterium sumie­nia, najważniejszy punkt odniesienia. Dla nas, chrześcijan, Pan Jezus oświetlił go jeszcze Ewangelią. Szczególnie jasno widać to w pią­tym rozdziale św. Mateusza, w Kazaniu na Górze. Egzamin sumienia dobrze jest robić razem z Nim.

Paweł Krupa, Spowiedź jak na dłoni. Rzecz o dobrej spowiedzi, Kraków 2018


Polecamy:

               

Uwolnij się! 3 płaszczyzny dobrej spowiedzi

Uwolnij się! 3 płaszczyzny dobrej spowiedzi

Sakramentu pokuty i pojednania to sakrament, który nie tylko jest pojednaniem z Bogiem, lecz także z samym sobą i z drugim człowiekiem. Dobrze przeżyty sakrament spowiedzi jest w stanie uporać się z wieloletnimi grzechami oraz przyzwyczajeniami, które sprawiają, że pozostajemy jakby na uwięzi, nie mogąc w pełni rozkoszować się darem wolności.

Pierwsza płaszczyzna to zgoda na przyjęcie przebaczenia od Boga. Ten etap dla wielu osób jest bardzo trudny, ponieważ zakłada całkowitą szczerość i otwartość. Człowiek, który przychodzi do spowiednika z zamiarem utajenia grzechu, sprowadza na siebie gniew Boży i przez to Jezus nie udziela takiej osobie łask w sposób wyższy. Spowiednik jest posłannikiem Boga, który w konfesjonale przyjmuje wyznanie grzechów od danej osoby. Podobnie jak lekarz, przed którym będziemy skrywać prawdziwą chorobę, a opowiadać o czymś mało znaczącym, nie postawi dobrej diagnozy prowadzącej do pokonania choroby. Spowiednik nie jest jasnowidzem i posługuje się tym, co jest mu podane w spowiedzi. Jeżeli człowiek szczerze rozpoczyna spowiedź, powinien pamiętać, że grzechy i słabości wyznaje samemu Jezusowi, który i tak je wszystkie zna. Chrystus jest nieograniczoną miłością, która pragnie obficie się wlewać do ludzkiego serca, ale potrzebuje sygnału od człowieka, który jej pragnie. Na tym etapie potrzeba ufności w to, że spowiednik nie jest tam po to, by osądzić czy potępić lub ocenić stan penitenta. Istnieje pewnego rodzaju łaska dla tego, który słucha spowiedzi: wszystko, co zostaje wyznane na spowiedzi, potem zostaje „pogrzebane”, dlatego nikt nie bywa przytłoczony tym, co usłyszał, ponieważ to wszystko płonie w ogniu Bożej miłości.

Otwartość rodzi pokorę, gdyż to pycha utrzymuje w ciemności. Brak chęci, by przyznać się najpierw przed sobą, a potem także przed Bogiem do popełnionego zła, powoduje pycha w człowieku. Jest ona bardzo silnie rozbudowana, ponieważ to narzędzie diabła, który posługuje się nią, by utrzymać człowieka w stanie grzechu. Pycha nie pozwala wniknąć w głębię własnej nędzy i uznać, że na tym etapie już sami nie poradzimy sobie z problemem, że potrzeba Bożej interwencji, by Jego mocą powrócić do życia. Pycha jest dobrą maską dla człowieka, który tworzy na zewnątrz dobry wizerunek, podczas gdy wewnątrz wszystko potrzebuje uleczenia. Pokora odsłania przed człowiekiem prawdę, pozwala mu ujrzeć siebie w takim stanie, jaki obecnie przeżywa, pozwala zobaczyć wszystkie zmagania, porażki, wysiłki i wreszcie pozwala uznać: jestem człowiekiem grzesznym, ale niesamowicie przez Boga kochanym. Ta nędza i brak niczego nie ujmują człowiekowi, którego powołaniem jest dążenie do świętości. Pycha prowadzi także do stawiania granic Bożemu miłosierdziu, które jest nieskończone, ponieważ człowiek sam osądza, że jego grzech jest tak potężny, iż Bóg na pewno mu go nie odpuści. To bardzo zwodnicze działanie szatana, który podobnie jak w przypadku Judasza najpierw nakłonił jego serce do zdrady Jezusa i sprzedanie Go za trzydzieści srebrników, a po dokonanej zdradzie utwierdził w tym, że nie może już liczyć na przebaczenie Chrystusa. Judasz powiesił się, bo nie zawierzył Bożej dobroci (Mt 27,3–10). Zupełnie inaczej postąpił Piotr, który również trzykrotnie wyparł się Jezusa, ale zapłakał nad swoim grzechem i powrócił do Pana, prosząc o przebaczenie.

Zgoda na przyjęcie przebaczenia od Boga zakłada również posłuszeństwo, przez które Bóg może hojnie rozświetlać drogi penitenta. Gdy jednak brakuje posłuszeństwa, ani spowiednik, ani Bóg nie dokona zmiany w człowieku, który z uporem stoi przy swoich racjach i nie zamierza zmienić postępowania. Przyjęcie tego, co przez usta kapłana mówi w tym sakramencie Jezus, wymaga ogromnego zaufania i pozwolenia na to, by dać się poprowadzić. Bóg nigdy nie pragnie unieszczęśliwiać człowieka, ale chce prowadzić go do pełni szczęścia, odbierając czasem jakieś namiastki, do których człowiek mocno się przywiązał. Spojrzenie Pana ma o wiele szerszą perspektywę, potrafi osądzać i oceniać stan człowieka najtrafniej. Jednakże czasem potrzebna jest decyzja, by zostawić to, co prowadzi do grzechu, by przerwać drogę ku zatraceniu. Posłuszeństwo Bogu nie jest odbieraniem wolności, ale pozwoleniem, by Ktoś mądrzejszy i większy zaczął prowadzić nas w życiu za rękę. Sam Jezus zaprasza:
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych (Mt 11,28–29).

To potwierdzenie tego, że Bogu zależy na każdym człowieku i że jego ciężary są dla Pana do uniesienia. Jezus staje się też nauczycielem pokory. Sam uniżył się aż po śmierć krzyżową, wyzbywając się wszelkich godności.

Druga płaszczyzna to przebaczenie sobie samemu własnych słabości i uznanie w sobie dziecka Bożego, którego godność otrzymaliśmy podczas chrztu. Mało kto wspomina swój chrzest, bo zwykle przyjmuje się go za czasów niemowlęcych, jednak tam raz na zawsze została odciśnięta pieczęć w sercu człowieka i raz na zawsze została mu udzielona łaska przybrania za syna lub córkę Boga. Miłość Boga do człowieka przerasta nawet nasze ziemskie rozumienie miłości doskonałej do swoich dzieci:
Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach (Iz 49,15–16).

Człowiek, który doświadcza porażek, boryka się ze słabością i z grzechem w swoim życiu, powoli zaczyna jednak siebie potępiać. Patrzy na siebie oczyma, które raczej sądzą, niż potrafią usprawiedliwić. Perykopa opisująca powrót syna marnotrawnego jest tutaj dobrą ilustracją do walki wewnętrznej, jaką prowadzi syn, gdy wreszcie doświadcza tego, że jego decyzje zaprowadziły go na skraj upadku. Lęka się powrotu, mimo że jego ojciec każdego dnia go wyczekuje. Lęka się, mimo że ojciec nie zadaje żadnych pytań, ale w swoich oczach syn jest już nikim.

Powiedział też: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: «Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada». Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: «Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: ‘Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników’». Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem». Lecz ojciec rzekł do swoich sług: «Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się». I zaczęli się bawić. (Łk 15,11–24)

Konfrontacja z własnym grzechem może prowadzić do podważenia swojego synostwa, uznania siebie za niewolnika grzechu, który nie powinien nawet prosić o przyjęcie i szacunek. Przebaczenie sobie otwiera drogę do zależności od Boga, który jest dawcą życia. Spójrzmy jeszcze na jedną postać z Nowego Testamentu, która pokonała tę barierę lęku przed własną grzesznością. To wspomniany już św. Piotr, obdarowany przez Jezusa szczególnym poznaniem tajemnic Bożych, jadający z Mistrzem wieczerze zaproszony do tego, by stawał się fundamentem Kościoła, zapytany przez służącą, czy jest uczniem Jezusa, zaprzeczył. Jednak „wspomniał Piotr na słowo Jezusa, który mu powiedział: «Zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz». Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał” (Mt 26,75). Te łzy, które są wylewane z żalu nad własnym grzechem, sprawiają, że Piotr powraca jeszcze raz do wody chrztu. Każdy grzech jest zaparciem się Boga, wyborem diabła, który tylko czeka, by wzbudzić w człowieku takie poczucie winy, aby ten lękał się nawet wołać o pomoc. Człowiek czasem tak wierzy szatanowi, że przez wiele lat pozostaje w ukryciu ze swoim grzechem, lękając się zawierzenia Bożemu miłosierdziu. Bóg jest zawsze obrońcą człowieka, szatan jest zaś oskarżycielem, któremu chodzi o to, by człowieka doprowadzić do potępienia wiecznego. Nie ma większego zwycięstwa nad złem niż to, gdy ktoś przychodzi do sakramentu pokuty, szczerze wyznaje grzechy i płacze nad złem, jakie wyrządził. Rana jest głęboko zadana, przede wszystkim duszy tego człowieka, potem Kościołowi i Bogu, ale Bóg potrafi ją opatrywać najcenniejszymi olejkami, jak czynił z pewnym pobitym, o którym opowiada przypowieść o miłosiernym Samarytaninie:
Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: «Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał». Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?” On odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „Idź, i ty czyń podobnie! (Łk 10,30–37).

Tak samo czyni Jezus, nie obawiając się ofiarować tego, co ma najcenniejszego, by przywrócić człowieka skruszonego do pełni sił i życia. By na nowo obdarować go nadzieją, radością, pokojem i miłością.

Trzecia płaszczyzna polega na przebaczeniu tym wszystkim ludziom, którzy zadali nam ból. Na tym etapie pojawia się pokusa, by uczynić z siebie ofiarę, która zostaje przez środowisko, w jakim żyje, poraniona – czy to fizycznie, czy też psychicznie. Grzech drugiego człowieka, który jest skierowany przeciwko konkretniej osobie, może w niej powodować odsuwanie myśli o tym, że ten człowiek sam potrzebuje pomocy. Często widać to na przykładach rodzin, w których od wielu pokoleń pojawiają się spory, nienawiść, poniżanie. Trudno spoglądać na osobę, która rani, z miłością.

Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień (Mt 6,14–15).

Czasem dużo szybciej usprawiedliwiamy własne błędy i zaniedbania, ale na błędy bliskich patrzymy już zupełnie inaczej. Jezus nałożył jednak na swoich uczniów obowiązek przebaczania. Gdy Piotr zapytał Go: „Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?”, Jezus mu odrzekł: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” (Mt 18,21–22). Chrystus tłumaczy też swoje zobowiązanie uczniów do nieustannego przebaczania przypowieścią o nielitościwym dłużniku, w której wyraźnie podkreśla, że królestwo Boże jest wtedy, kiedy pojawia się między ludźmi przebaczenie:
Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: «Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam». Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: «Oddaj, coś winien!». Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: «Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie». On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego, widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: «Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?». I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu (Mt 18,23–35).

Jezus gani postawę sługi, który sam prosił o darowanie długu, ale temu, który jemu był winny zdecydowanie mniejszą kwotę, nie chce darować. Podobnie jak z pieniędzmi dzieje się z grzechami. Człowiek, który przychodzi na świat, obciążony jest grzechem pierwotnym, przerastającym wagą wszystkie inne grzechy popełnione potem w trakcie życia. Dlatego grzech pierwotny musi pokonać woda chrztu świętego.

Zatem nawet największe przewinienie między ludźmi jest znacznie mniejsze niż ten grzech, który został nam odebrany w momencie chrztu. Płynie z tych rozważań prosty wniosek – że nie może otrzymać przebaczenia win ten, kto sam pielęgnuje w sercu urazę do swego brata i nie chce mu z serca darować.

Połączenie tych trzech płaszczyzn pozwala na owocne przyjęcie odpuszczenia win i uzyskanie stanu łaski uświęcającej. Każdy człowiek ma skłonność do popełniania grzechów, ale ma także dostęp do miłosiernego Jezusa, który czeka, by ktoś usłyszał Jego głos i rozpoczął życie w Jego świetle.

Teresa Borkowska OPs, Paweł Pawlikowski OP, Zanurzeni w chrzest święty, WAM, Kraków 2018


Polecamy: