Sześć etapów kuszenia demonicznego

Sześć etapów kuszenia demonicznego

„Zbudowałem drabinę, po której można się wznosić do nieba. Niech każdy więc zobaczy, na którym stopniu się znajduje” – pisał Jan Klimak, jeden z najbardziej popularnych wschodnich autorów ascetycznych, żyjący na Synaju w VII wieku.

W sławnym dziele pt. Drabina do nieba wykazywał, że duchowe życie człowieka składa się z wielu etapów, wiodących do jedności z Bogiem. Nawiązując do wizji Jakuba, który widział aniołów wstępujących i zstępujących do nieba, a także do trzydziestu ukrytych lat życia Jezusa, Klimak opisał drogę rozwoju, wznoszącą się przez trzydzieści stopni „duchowej drabiny”.

Dzieło zasadniczo wynika z wewnętrznego doświadczenia samego autora. Przez pół wieku on sam wiódł życie pustelnicze, wypełnione ascezą i modlitwą, u stóp synajskiej góry, na której kiedyś Mojżesz spotkał się z Bogiem. Potem był przełożonym w Klasztorze Płonącego Krzewu na Synaju (dziś to klasztor św. Katarzyny). W swym dziele zawarł też całą tradycję Ojców Pustyni, dla których duchowa walka była centralnym punktem życia. (…)

Sześć etapów kuszenia
Świadomy niebezpieczeństwa działania demonów Klimak analizował mechanizm pokusy. Starał się wyróżnić etapy, przez które zła myśl przenika do serca i je opanowuje. Usiłował też określić, co prowadzi do grzechu i jakie zmiany psychologiczne następują po podjęciu dobrowolnej zgody na zło. W rozdziale piętnastym Drabiny wyliczył i omówił sześć etapów pokusy (por. 15, 73).

Najpierw pojawia się „napaść” (prosbole) demonów. Jan Klimak określa ją jako „pierwsze pojawienie się w sercu prostej myśli lub obrazu, które przenikają do serca”. Jest to rodzaj „zaczepki” demonów, ich podszepty, podpowiedzi. Złe duchy poddają sugestię, podsuwają obrazy. Te podszepty nie są jeszcze równoważne ze złym działaniem. Same w sobie, jak pisze Klimak, są „bezgrzeszne”, bo dotykają jedynie powierzchni serca. Nie można ich też zupełnie uniknąć. Można natomiast i trzeba się im przeciwstawiać i natychmiast je odsuwać, bez względu na to, czy wydają się niebezpieczne, czy nie. Ważne jest, by odciąć się od nich w punkcie wyjścia, w początkowym stadium. Jan Klimak dodaje: „Kto od razu przeciwstawi się napaści, za jednym uderzeniem ucina wszystko inne, co po niej następuje”.

Drugim momentem jest „obcowanie” (syndiasmos) z obrazem pochodzącym z napaści, wchodzenie w rozmowę z podsuniętą myślą czy obrazem. Na tym etapie pojawia się wybór: czynić albo nie czynić. W grę wchodzi już nasza odpowiedzialność moralna, chociaż nie jest jeszcze ona tak poważna jak w przypadku „przyzwolenia”. Wejście w tę dyskusję z pokusą jest niebezpieczne, oznacza bowiem, że dajemy się wciągnąć w zasadzki zła. Demony zaś, jak sugeruje Klimak, pragną, by podjąć z nimi ten kontakt i nigdy same tej rozmowy nie kończą.

Przełomowym etapem na drodze do zła staje się „przyzwolenie” (synkatathesis), czyli zgoda na zakazany czyn, zasugerowany przez myśl. Jest to zwrócenie się ku pokusie, która przestaje być jedynie możliwością, zostaje bowiem przyjęta i w pewien sposób już zaakceptowana. Wewnętrzna zgoda na zakazane myśli i czyny stanowi już wyraz poddania się pokusie. Stąd niekiedy przyzwolenie to utożsamia się z grzechem, a brak przyzwolenia oznacza wytrwanie w dobru. Dlatego Klimak pisze, że „początek czystości polega na tym, by nie dać przyzwolenia myślom” (15, 4).

Po dobrowolnym przyzwoleniu następuje „wzięcie w niewolę” (aichmalosia). Klimak nazywa to „wymuszonym i mimowolnym zgwałceniem serca”. Gdy człowiek wejdzie w rozmowę z pokusą i wyrazi już pewną zgodę na nią, staje się bardziej bezwolny. Jego wolna wola zostaje osłabiona, a serce „odciągnięte”, ale jeszcze nie w sposób nieodwołalny. W dalszym ciągu toczy się bowiem wewnętrzna walka. Rodzą się już jednak pewne namiętności, które prowadzą prosto do uwikłania się w pokusę.

Dalej Klimak wymienia „zapasy” i „walkę” (pale), jakie towarzyszą przyzwoleniu, poprzedzają je lub następują tuż po nim. Ten moment kuszenia synajski autor określa jako „starcie z przeciwnikiem, w którym są jeszcze równe siły i w którym dusza, w zależności od wyboru, jakiego dokona swą wolą, odniesie zwycięstwo lub poniesie klęskę”. Wynik walki zależny jest od czyjejś skłonności, duchowej kondycji i zachowania się w czasie pokusy. Napaści mogą bowiem nas pokonać albo też przynieść wieniec zwycięstwa.

Wreszcie pojawia się „namiętność” (páthos). Nie jest to akt grzechu, ale specyficzny stan, jaki wynika z serii określonych przyzwoleń i upadków. W ten sposób powstaje złe przyzwyczajenie, które z czasem staje się jakby drugą naturą. Jest to namiętność pojęta w węższym znaczeniu, bowiem generalnie namiętności same w sobie, jak uważa Klimak, nie są złe, mogą towarzyszyć także cnotom i można ich użyć nawet do walki z innymi namiętnościami. Wszystko zależy od tego, jak i na co są skierowane. W tym jednak przypadku namiętność jest wyliczana jako szóste stadium pokusy i pojmowana w sensie negatywnym jako nawyk do złego postępowania, przywiązanie się do zła, jako choroba duszy (páthos).

Autor Drabiny z wymienionych sześciu stopni przenikania złej myśli do serca ludzkiego nie tworzy jednak dokładnego systemu. Postępuje tak nie dlatego, że brakowało mu dostatecznego rozeznania w tej sprawie. Raczej chciał pokazać, że nie ma ustalonej jedynej drogi pokusy, chociaż można wyróżnić w niej pewne powtarzające się i typowe elementy. Klasyfikacja Klimaka została jednak przyjęta w literaturze ascetycznej, nawet jeśli wprowadzono do niej pewne modyfikacje. Jeden z późniejszych autorów synajskich, Filoteusz, wyliczał podobne stopnie pokusy: „Najpierw następują podszepty, później przystąpienie do nich, potem zgoda, zniewolenie, wreszcie namiętność powstająca z przyzwyczajenia i ciągłości. Na tym właśnie polega zwycięstwo wroga w walce z nami. Tak właśnie określają to święci Ojcowie”.

ks. Józef Naumowicz


                                        

Czy to na pewno jest grzech śmiertelny?

Czy to na pewno jest grzech śmiertelny?

Niejeden grzesznik stylizuje swą niepokonalną złą skłonność do „rangi” grzechu śmiertelnego. Długo i szeroko można by rozwodzić się nad tą otchłanią ludzkiego przeżywania zła. Tego grzechu, jak i w ogóle żadnego, nie da się wymierzyć miarą łokciową. Wielcy teologowie i mistrzowie życia duchowego spieszą tak strapionemu z pomocą, oferując mu wiele reguł mądrościowych dla rozeznania się w rzekomym ślepym zaułku.

Wymieńmy cztery z naczelnych wskazań. Wszystkie mają na uwadze integralność ludzkiej osoby.

Jeżeli chrześcijanin szczerze może sobie powiedzieć, że jego życie – mimo trudności i porażek – w całości zmierza do przodu, w kierunku większej prawości sumienia i większego uwrażliwienia w odniesieniu do bliźniego, wtedy w wypadku wątpliwości, czy miał miejsce grzech ciężki, może i powinien rozstrzygać na swoją korzyść.

Podobnie brzmi kolejna ważna reguła mądrościowa: kto po swym grzechu zawsze i natychmiast żałuje Mysterium iniquitatis i odnawia swe postanowienie poprawy, może z ufnością interpretować swój stan pozytywnie – ciężkie przewinienie nie miało miejsca, albowiem grzech śmiertelny jest fundamentalną opcją przeciwko przyjaźni z Bogiem, stanowi zmianę kierunku marszruty. Wręcz nie do pomyślenia jest sytuacja, by po grzechu ciężkim człowiek natychmiast mógł wzbudzić żal i znów nakierować swój wzrok ku autentycznej odnowie życia.

Kiedy w grę wchodzą trudności głównie na jednym odcinku życia, może i przy wielokrotnym niepowodzeniu, podczas gdy całość chrześcijańskiej egzystencji rozwija się we właściwym kierunku, mamy znów pod ręką dość wyraźną wskazówkę, że nie może być mowy o ciężkim grzechu. Mając bowiem na oku całościowy obraz człowieka, odwrócenie się od Boga musiałoby, niemal z konieczności, uzewnętrznić się na wielu obszarach życia etycznego.

I wreszcie: dla chrześcijanina ważniejsze jest jednak, aby tu i teraz zapewnić sobie Bożą przyjaźń, niż zadręczać się swą przeszłością. Zarówno żalem przepojone przyjęcie sakramentu pojednania, jak i całkiem szczególnie częstsze przyjmowanie Komunii świętej jest dla chrześcijanina, który siebie bierze poważnie, pocieszającym zapewnieniem, że może żyć w przyjaźni z Bogiem.

Zamknijmy te luźne uwagi pewnym beztroskim zdarzeniem, jakie z literacką maestrią referuje Henryk Sienkiewicz. Grzech może nawet sycić poczucie wyjątkowości człowieka. Młoda dziewczyna postanawia zaskoczyć nieznanego i sędziwego spowiednika wyznaniem oryginalnego grzechu:

„Wyznałam w końcu, po całej litanii innych grzechów, że jestem ogromnie dumna. Ale staruszek nie dosłyszał widocznie dokładnie, albowiem otoczył dłonią ucho i zapytał: «Jaka jesteś?». «Dumna» – odrzekłam nie bez poczucia pewnej wewnętrznej dumy, albowiem wydawało mi się, że byle kto nie może mieć takiego grzechu. «Aha! Dumna! No, proszę! A z czegóżeś ty, moje dziecko, taka dumna?». Milczałam, albowiem nie mogłam znaleźć na razie odpowiedzi. «Czy może ty pochodzisz z jakiego historycznego rodu?». «Nie, wcale nie. Ot, szlachcianka jestem, jak każda inna, ale żeby tam ród mój miał być aż historyczny, to wcale nie». «Aha! To może ty jesteś bardzo utalentowana albo uczona?». «I… Artystką nie jestem, a co do uczoności, skończyłam pensję […]». «No! Już wiem: musisz być bardzo bogata?». «Nie, ojcze. Tata ma wioseczkę, ale i trochę długów […]». «Cóż wreszcie? Bo… mnie to tam nie obchodzi i niedowidzę, ale jeśli nie to i nie drugie, to chyba musisz być bardzo urodziwa?». «Tak sobie… niczego! Brzydka może nie jestem, ale gdzie mi tam do piękności…». […] No to uspokójże się, moje dziecko, bo ty jesteś głupia, nie dumna, a to wcale nie jest grzech…». I oto – kończy bohaterka – w jaki sposób straciłam raz na zawsze moją dumę”.

Ks. Alfons J. Skowronek


Polecamy:

                              

Gniew – wino demonów

Gniew – wino demonów

W nawiązaniu do słów z Księgi Powtórzonego Prawa (por. Pwt 32, 33) Ewagriusz uznaje gniew za „wino smoków”, czyli demonów. Gniew jest szczególną ich właściwością (por. O praktyce, 6). Kto ulega gniewowi, naśladuje złe duchy. W Objaśnieniach do Księgi Przysłów mnich z Pontu pisze, że jak picie wina skłania do nieumiarkowania, tak gniew jest „rzeczą nieznającą miary”. Rausz przyćmiewa powoli rozum i osłabia wolę, a wzmaga emocje, tak podobnie skutkuje gniew.

Ewagriusz opisuje niepozorny przejaw gniewu opanowującego pustelnika. Oto demon gniewu „udaje, że niektórzy rodzice, przyjaciele albo krewni są dręczeni przez niegodziwców. Rozbudza popędliwość u anachorety, aby krzyczał bądź czynił coś złego przeciwko tym, którzy ukazują się w myśli” (O różnych rodzajach złych myśli, 16). Niezależnie od przyczyny gniewu – czy pochodzi z wnętrza człowieka, czy z zewnętrznej inspiracji – do jego powstania przyczynia się uleganie negatywnym myślom mającym podstawę w rzeczywistości albo i nie. U źródeł znacznej części naszych gniewów stoi imaginacja krzywdy wyrządzonej nam samym czy naszym bliskim. Jesteśmy w stanie puścić płazem jakieś uchybienie bliźniego, jeśli nie skupiamy się na nim, natomiast jego rozpamiętywanie wcześniej czy później doprowadzi uczucia do wrzenia.

Odwołując się do starożytnej myśli etycznej, Ewagriusz określa gniew jako „żądzę odwetu” żywioną przez duszę, skądinąd łagodną, która – jak czytamy w Objaśnieniach do Księgi Psalmów – „ponad miarę pragnie zemsty” . W tej klasycznej definicji zakłada się, że chęć odpłaty za zło jest w jakiejś mierze naturalna człowiekowi. Naturalne są jednak również łagodność i wewnętrzny spokój, które utrzymują tego rodzaju chęci pod kontrolą rozumu i woli. Gniew – jako wada, a nie chwilowe uczucie – burzy ów naturalny porządek rzeczy, przekraczając pewną miarę. Sposób jej przekraczania to osobny temat. Każdy, kto uległ nadmiernemu gniewowi, na ogół jest w stanie określić, na czym polegało jej przekroczenie. Może był nim zbędny wybuch emocji, może wściekły wyraz twarzy, nerwowa gestykulacja, rozpalone wściekłością myśli, a może raniące słowo czy jakiś czyn.

Od wzburzenia ku łagodności

Jakie skutki wywołuje gniew? „Gniew jest szaleńczą namiętnością i tych, którzy już posiadają poznanie, łatwo psuje. Czyni duszę dzikim zwierzęciem i sprawia, że cofa się ona przed wszelkim spotkaniem. […] Woda jest poruszana przez pęd wiatrów, a gwałtownikiem wstrząsają nierozumne myśli. […] Podnosząca się mgła zaciemnia słońce, a myśl o mściwości – samotny umysł. […] Oczy gwałtownika są zaniepokojone i nabiegłe krwią i pozostają zwiastunami wzburzonego serca. Oblicze zaś cierpliwego jest spokojne, a oczy przyjaźnie patrzą przed siebie” (O ośmiu duchach zła, 9).

Ewagriusz nie mówi wiele o przejawach zewnętrznych gniewu, ale o jego wewnętrznej postaci. Permanentny gniew, przechodzący w stałą irytację, urazy i pretensje, niszczy duchowo, izoluje, pozbawia pokoju i jasności myślenia. Swój gniew w jakiś sposób człowiek ma zapisany na twarzy.

Często Ewagriusz podkreśla, że gniew, jak i inne namiętności, uniemożliwia „czystą modlitwę”. Bóg unika „serca pamiętającego krzywdę” jak uczciwy człowiek „gospody o złej sławie” (O ośmiu duchach zła, 10). Podejmując krytykę gniewu, Ewagriusz wskazuje na postawę przeciwną i środki pomocne w walce z nim. Praktykowanie łagodności, cierpliwości i męstwa staje się najlepszym remedium na takie wzburzenie. „Wzburzoną popędliwość uspokaja śpiewanie psalmów, cierpliwość i miłosierdzie” (O praktyce, 15). Pisarz radzi czytelnikowi: „Oddal myśli gniewne od twojej duszy, a zapalczywość niech nie mieszka w twym sercu, a nie doznasz zamętu w czasie modlitwy” (O praktyce, 10). Pozostaje czujność nad myślami, by nie zalęgła się w nich trwała złość. Modlitwa łagodzi serce.

„W tym ujawnia się prawość człowieka łagodnego, że zgodnie z miłością okazuje bratu wielkoduszność i walczy przeciw złej myśli. […] Jeżeli posiadasz fundament mocno utwierdzony w miłości, raczej ku niej zwróć swą uwagę niż ku temu, kto ci wymierza cios” (Traktat dla Eulogiusza, 10).

Nasza waleczność znajduje w złu odpowiedniego przeciwnika, a nigdy – w bliźnim. Nie żałuje się okazanej cierpliwości, gdy tymczasem okazana niecierpliwość oskarża sumienie.

Leon Niescior OMI


Polecamy:

                         

Pożądanie. Kiedy jest złe, a kiedy staje się cnotą

Pożądanie. Kiedy jest złe, a kiedy staje się cnotą

Katarzyna Szkarpetowska: Co to znaczy pożądać?

Ks. Jan Kaczkowski: Przekraczać w myślach przykazanie czystości i wierności małżeńskiej. To dziewiąte przykazanie łączy się z przykazaniem szóstym i to nie tylko kształtem cyferki, ale także treścią merytoryczną.

W kontekście przykazania, o którym mówimy, pożądanie ma wydźwięk negatywny. Ale jeśli zmienimy „obiekt pożądania” z „żony bliźniego swego” na „swoją żonę”, to pożądanie chyba przestaje być czymś złym?

Wtedy staje się nawet cnotą. W średniowieczu wiele kontrowersji wiązało się z tym, czy współżycie w małżeństwie jest dobre. Pewne koncepcje głosiły, że Pan Bóg dopuszcza współżycie tylko po to, by ród ludzki się rozwijał, podczas gdy św. Tomasz powiedział temu wyraźne: „nie!”. Współżycie w małżeństwie nie jest grzechem. Jest ono dobrym uczynkiem, a nawet czynem zasługującym.

Im lepiej współżyjemy w małżeństwie, tym bardziej zasługujemy na niebo?

Oczywiście!

Czy jeżeli prawdziwie kochamy, to będziemy pożądać tego, czego Bóg zakazuje?

Myślę, że to jest poza naszą dobrą lub złą wolą.

Wiara może być hamulcem, który pomaga radzić sobie z pożądaniem?

Wolałbym, by wiara była napędem.

Pomaga radzić sobie z pożądaniem?

Nie wiem.

Dlaczego Ksiądz nie wie?

Bo staram się nie pożądać.

Potrafi Ksiądz cieszyć się z „małych rzeczy”, drobiazgów dnia codziennego?

Kiedy jestem tak chory, to nie są dla mnie drobiazgi. To są wydarzenia.

„…ani żadnej rzeczy, która jego jest” to kontynuacja przykazania, które rozpoczyna się od słów: „nie pożądaj…”. Czy my dzisiaj „obrastamy” w rzeczy, koncentrujemy się bardziej na tym, by mieć niż być?

Tak sądzę. Nawet my, którzy uważamy się za przyzwoitych, siedzimy gdzieś, patrzymy na coś ładnego i mamy taką pokusę: a może by tak skubnąć?

W Księdze Koheleta napisane jest, że wszystko to marność nad marnościami. Skoro tak, to dlaczego nam ta „marność” smakuje?

Przecież kiedy sięgamy po coś, co jest obiektem naszego pożądania, to nie wydaje nam się wcale, że to jest marność, tylko widzimy w tym ogromną wartość.

O co w życiu zabiegać nie warto?

O długie życie, o zaszczyty, o pozycję… Ważny jest odpowiedni dystans i odpowiednia perspektywa.

„…która jego jest”. Dlaczego to, co należy do innych, bardzo często wydaje nam się atrakcyjniejsze od tego, co jest naszą własnością? Dlaczego pożądamy tego, co cudze, a swego nie doceniamy?

Ogródek sąsiada będzie zawsze bardziej zielony… Dlaczego tak jest? To po prostu najbardziej podły z grzechów, czyli zazdrość. Zazdrość, która niczego nam nie daje, a jeszcze bardziej wprowadza nas w niepokój.

Czy zamiast koncentrować się na tym, co mają inni, nie lepiej skupić się na tym, co nasze – co osiągnęliśmy i co jeszcze osiągnąć możemy?

I pomnożyć, i rozdać – zdecydowanie!

Jak dojść do takiego właściwego myślenia?

Trzeba sobie uświadomić, gdzie jestem, kim jestem, jaki jest sens mojego życia, a potem spróbować zmusić się (bo to często nie jest proste) do tego, by ewentualny nadmiar, który mam, a nawet niedomiar, rozdać innym ludziom w sposób wolny i niekrępujący mnie.

Inni dostaną to, co rozdamy. A co my dostaniemy w zamian?

Podzielimy się z tymi, którzy potrzebują… Będziemy wolni od tych rzeczy.

W życiu, we wszystkim ważna jest równowaga. Co służy zachowaniu równowagi pomiędzy „być” a „mieć”?

My doskonale czujemy, kiedy zachowujemy równowagę, a kiedy jesteśmy kompletnie wystrzeleni w kosmos. Utrzymaniu równowagi służy stan łaski uświęcającej, szukanie dobrej harmonii (nie myślę tu o buddyzmie), sklejenie z sobą i niedemonizowanie żadnej ze sfer – ani psychicznej, ani duchowej.


Polecamy:

75860     dasz rade front     73667     72746     71755     74674     75615-1

Boska uczta i grzeszne obżarstwo. Jak to połączyć?

Boska uczta i grzeszne obżarstwo. Jak to połączyć?

Biblia potępia brak umiaru, obżarstwo i pijaństwo; nie neguje natomiast samego ucztowania. Wspólne biesiadowanie jest czynnością również relacyjną, duchową.

Wyraża bliskość, wspólnotę, bezwarunkową akceptację i przyjęcie. Wzbudza atmosferę zaufania, intymności, pokoju. Jezus nie stronił od ludzi i zabaw; często spotykał się przy stole z elitą religijną, ale również z biednymi, celnikami, grzesznikami i ludźmi z marginesu; co więcej, można powiedzieć, że był to Jego ulubiony sposób przebywania z ludźmi. Współcześni nazwą Go żarłokiem i pijakiem, przyjacielem celników i grzeszników (por. Mt 11, 19). Odpierając zarzuty, Jezus powie: Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy będą pościć (Mt 9, 15). Post, który jest synonimem smutku, traci sens w obliczu bliskości Jezusa. Wraz z Jego przyjściem rozpoczął się czas zbawienia i radości. Jednak zbawienie nie jest jeszcze udziałem każdego człowieka. Wciąż panuje grzech, zło i śmierć. Asceza straci swój sens, dopiero gdy zostaną one pokonane ostatecznie, czyli w niebie. Nic więc dziwnego, że życie w wiecznej radości z Bogiem Biblia obrazuje wspaniałą ucztą: Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win (Iz 25, 6). Antycypacją uczty wiecznej była dla Izraela liturgia.

Do rytuału świątyni jerozolimskiej należała tak zwana „ofiara biesiadna” („pokoju”), która poza wymiarem kultowym miała charakter wspólnotowego posiłku z mięsa ofiary (por. Kpł 7, 11-21). Dla chrześcijan podobne znaczenie ma Eucharystia. Pierwsi wyznawcy spotykali się w domach, aby wspólnie w Dniu Słońca „łamać chleb”, czyli przeżywać na nowo misterium śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Spotkania kończyły się ucztami miłości agape, podczas których przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca (Dz 2, 46). W okresie prześladowań gromadzili się z kolei w katakumbach, by nad grobami męczenników sprawować ucztę eucharystyczną, łącząc się ze świętującymi ją w niebie. W niektórych regionach (np. w Ameryce Łacińskiej) do dzisiaj pozostał zwyczaj radosnego biesiadowania na cmentarzach.

Brak umiarkowania w jedzeniu i piciu prowadzi do obsesji. Przesadny nacisk kładziony na duchowy wymiar spożywania posiłków sprawia, że zaczyna się już mówić o „kulcie jedzenia” czy „duchowości kuchennej” albo wręcz o religii. W rzeczywistości obsesja na punkcie żywienia staje się swoistym symptomem narcyzmu, egocentryzmu, bałwochwalstwa (J. Petry-Mroczkowska). Clive Staples Lewis w Listach starego diabła do młodego wskazuje na ignorancję dotyczącą problemu obżarstwa. Stary diabeł Krętacz poucza młodego Piołuna: Lekceważenie, z jakim wyrażałeś się w twym ostatnim liście o obżarstwie jako o sposobie zdobywania dusz, jest świadectwem twojej ignorancji. Jednym z wielkich osiągnięć ostatniego stulecia jest takie znieczulenie ludzkiego sumienia na tym punkcie, że obecnie, jak Europa długa i szeroka, trudno by ci było usłyszeć kazanie piętnujące obżarstwo lub znaleźć sumienie nim zaniepokojone.

Nadmiar jedzenia prowadzi do otyłości. W starożytnym Rzymie wraz z pokarmami przyjmowano środki wymiotne, aby uwolnić się od nadmiernego tycia. W historii mody były trendy, które preferowały osoby tęgie, czasem wręcz otyłe. Wystarczy wspomnieć kobiety malowane przez Rubensa czy barokowe aniołki. Również dziś w niektórych kulturach, zwłaszcza Wschodu, bardziej cenione są kobiety o obfitych kształtach. Szczupła sylwetka jest oznaką biedy. Na Zachodzie mamy do czynienia z pewnym dualizmem. Z jednej strony propaguje się model sylwetki szczupłej i zgrabnej, pięknie opalonej, czasami wręcz wychudzonej (kobiety) albo muskularnej (mężczyźni). Niemal wszystkie kolorowe czasopisma prześcigają się w ofercie diet i programów treningowych oraz promują piękne, wiecznie młode ciała. W kulturze obsesyjnie oddającej cześć ludziom sławnym niewiele jest poważniejszych grzechów od bycia otyłym (G. Tomlin). Z drugiej strony proponuje się coraz więcej form konsumpcji, które są coraz bardziej wyrafinowane. Interesujące, że na pierwszym miejscu wśród reklamowanych towarów są produkty żywnościowe, a na drugim środki, które mają zwalczać negatywne skutki ich spożywania. Do tego dochodzi „zdrowa dieta”, która często przybiera wymiary ideologii. Jak grzyby po deszczu powstają nowe ośrodki duchowości i domy rekolekcyjne, które bardziej skupiają się na promowaniu zdrowego stylu życia niż na wartościach duchowych. Czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że cel uświęca środki.

Otyłość jako skutek obżarstwa jest dramatem wielu współczesnych ludzi. W krajach wysoko rozwiniętych niemal połowa mieszkańców jest otyła. W Europie na nadwagę cierpi z górą połowa obywatelek między trzydziestym piątym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. A w roku 2006 liczba ludzi z nadwagą (jeden miliard) przekroczyła liczbę głodnych i niedożywionych (osiemset milionów). Konsekwencją otyłości bywają kompleksy i urazy psychiczne. Leczenie otyłości obciąża systemy ochrony zdrowia, czyli wszystkich obywateli.

Bardziej subtelnym odcieniem nieumiarkowania w konsumpcji jest smakoszostwo. Osiągnęliśmy ten sukces głównie przez ześrodkowanie wszystkich naszych wysiłków na obżarstwie Smakoszostwa, nie zaś na obżarstwie pochodzącym z Nadmiaru (C. S. Lewis). W Listach starego diabła do młodego jako przykład służy starsza dama, która z powodu swojej wybredności

(i cynizmu) jest postrachem pań domu i służących: Zawsze odwraca się od tego, co jej podano, aby z delikatnym westchnieniem powiedzieć: „Ależ błagam… wszystko, czego mi potrzeba, to filiżanka herbaty, słaba, ale nie za słaba, i naprawdę malutki kawałek kruchej grzanki. W dalszym ciągu stary diabeł instruuje młodego: Ponieważ to, czego żąda, jest mniejsze i mniej kosztowne od tego, co jej podano, nigdy nie uzna za obżarstwo swej stanowczej chęci otrzymania tego, czego pragnie, chociażby to było bardzo kłopotliwe dla innych. W chwili prawdziwego folgowania swemu apetytowi wierzy, że praktykuje umiarkowanie […] Samo nieumiarkowanie w jedzeniu jest o wiele mniej cenne niż smakoszostwo. Jego główne zastosowanie jest czymś w rodzaju przygotowania artyleryjskiego do ataku na czystość.

Smakoszostwo, wykwintność, sublimacja smaków mają nie tylko wymiar konsumpcyjny, ale stanowią formę ucieczki od życia i braku akceptacji codzienności, zwłaszcza jej monotonii. Są ponadto wyrazem snobizmu i pychy. W Polsce szlacheckiej wykwintne uczty były wyrazem statusu społecznego. Dzisiaj cechują szczególnie tzw. nowobogackich; ludzi, którzy szybko się dorobili (nie zawsze w uczciwy sposób) i manifestują swój status najdroższymi towarami. Sądzą, że zaimponują innym ceną spożywanych towarów, i gardzą uboższymi, choć często sami byli nimi w przeszłości.

Stanisław Biel SJ


Polecamy:

64372     73061     73153     75730

Adwentowy rachunek sumienia

Adwentowy rachunek sumienia

Adwent to czas powrotu i nawracania się do Boga. Jak powinien wyglądać rachunek sumienia w tym okresie? Jak się przygotować do spowiedzi i dlaczego znowu musimy się spowiadać?

Jam jest Alfa i Omego, mówi Pan Bóg, Który jest, Który był i Który przychodzi, Wszechmogący (Ap 1, 8).

Po co się nawracać w Adwencie? Dlaczego zrównywać góry i wypełniać doliny? Jest kilka powodów.

Pierwszy powód
Pan ciągle jest i działa dla naszego dobra. Zarówno w swoim ziemskim życiu jak i teraz Pan przychodzi w tym samym celu: dać ludziom Jego pokój, to znaczy, uwolnić nas od sprzeczności, „pozszywać” nasze rozdarcia, aby powoli zmniejszał się rozdźwięk między tym, co deklarujemy, a tym, co rzeczywiście czynimy. To właśnie te sprzeczności budzą w nas niepokój. Natomiast pokój to wewnętrzna harmonia i jedność, dzięki której mogę swobodnie i z radością czynić dobro.

Drugi powód
Św. Ignacy Loyola w kontemplacji wieńczącej „Ćwiczenia Duchowe” przedstawia wizję Boga, który „pragnie dać mi siebie, ile tylko może” (ĆD 234) i bez ustanku „działa i pracuje dla mnie we wszystkich rzeczach stworzonych na obliczu ziemi. Znaczy to, że postępuje jak ktoś pracujący” (ĆD 236). To niesamowite, że Bóg trudzi się dla mnie.

Trzeci powód
Każdy człowiek pragnie pokoju, radości i wolności, ale o własnych siłach nie może tych darów zdobyć.

Czwarty powód
Ciągle musimy zawracać i szukać od nowa właściwej drogi, bo oddalamy się od Źródła.

Pisze o tym angielski poeta George Herbert w wierszu „Zatrudnienie”:

„Człek to nie gwiazda, lecz węgiel, łup żywy
Śmiertelnego płomienia:
Trzeba weń dmuchać, pobudzać przypływy
Słabnącego pragnienia
Inaczej duszę zdławi popiół siwy”.

Nasz zapał i miłość szybko stygną. Każda modlitwa, każda Eucharystia, każde rekolekcje, każda spowiedź, to dmuchanie w żarzący się w nas węgiel. To wiatr Ducha, który wówczas przyjmujemy. Jeśli go zabraknie, węgiel gaśnie. Nie ma czym żyć. Nie ma czego dawać, wszak nikt z nas nie jest źródłem miłości.

Proponuję pomoc do modlitwy i dobrego przygotowania do przedświątecznej spowiedzi, by ogień znów mocniej w nas zapłonął. Najlepiej będzie, jeśli poświęci się na to ćwiczenie dłuższą chwilę ciszy. A skoro Bóg jest i działa, to działa zawsze: w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Trzeba wracać do przeszłości, żyć nadzieją, ale najważniejsze dzieje się teraz. „Teraz” Bóg jest „najbardziej”.

Bóg, który był
Czy dostrzegam, że Bóg pierwszy mnie obdarował? Jaki rys Boga bardziej przeważa w mojej wierze? Czy jest to Ktoś, kto najpierw daje, a może Ktoś, kto ciągle czegoś oczekuje i żąda?

Co myślę o moim własnym chrzcie? Czy dziękuję za dar wiary, który otrzymałem także za pośrednictwem wspólnoty Kościoła, rodziny, parafii, przyjaciół? Jak to wydarzenie z przeszłości wpływa dzisiaj na moje życie? Czy w wierze widzę sposób życia, drogę, czy tylko przekonanie, że „Bóg istnieje”?

Czy to, że stałem się dzieckiem Ojca i świętym, dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, ma jakieś znaczenie dla mojego życia? Czy moja nowa tożsamość wpływa na co dzień na moje wybory, postawy i czyny? A może pozostała tylko na metryce chrztu?

Czy mam świadomość, że stałem się również uczniem Chrystusa, a więc kimś, kto stale się uczy i może popełniać błędy? Czy chcę się uczyć, być prowadzonym i korygowanym?

Czy mam świadomość, że Chrystus mnie kształtuje, bym z Nim współpracował i był Jego rękami, nogami, uszami i oczami w świecie, w szkole, małżeństwie, rodzinie, parafii, w pracy?

Czy zdaję sobie sprawę, że Duch Święty działa w Kościele i wewnątrz mnie, nieustannie chce mnie oczyszczać, wzmacniać, dodawać odwagi? Czy gotów jestem tę pomoc przyjąć z pokorą dziecka?

Czy Ewangelię traktuję na serio, a może wybieram sobie tylko to, co mi pasuje, albo wydaje się łatwiejsze, bo bardziej ufam swoim siłom i możliwościom niż mocy Boga? A może się już poddałem i dlatego nie wierzę, że rzeczy niemożliwe mogą stać się możliwe? Czy wiem, że Bóg nigdy nie wymaga ode mnie czegokolwiek, jeśli najpierw mnie do tego nie uzdolni? Czy dostrzegam tę pomoc i czy ją przyjmuję?

Bóg, który jest
Jakie uczucia wywołuje we mnie myśl, że w Bogu żyję, poruszam się i jestem?

Czy praktyki religijne są dla mnie źródłem światła, pokarmu, siły, by móc żyć Ewangelią? A może tylko są niechętnie spełnianym obowiązkiem?

Czy rozumiem, że wiara bez codziennego pokarmu i światła modlitwy powoli umiera? Jakie są moje najczęstsze wymówki, by się nie modlić: brak czasu, praca, nieumiejętność, zmęczenie? Co robię, by było inaczej?

Czy i jak się modlę? Czy zdaję sobie sprawę, przed kim staję? Czy modlitwa daje mi pokój, radość, siłę? A może nie, bo upieram się przy raz nauczonej formie modlitwy, która być może już nie jest dla mnie? Czy szukam innych form? Czy chcę iść do przodu na drodze modlitwy?

Co dzieje się podczas mojej modlitwy? Czy nie opuszczam jej roztargniony? Czy nie ulegam pokusie niewiary, nie tyle negując istnienie Boga, co zajmując swoją uwagę mnóstwem innych pilnych spraw i gdy kończę modlitwę nawet nie wiem, że się modliłem?

Czy przychodzę do kościoła, bo mi kazali, czy dlatego, że sam chcę, wybrałem, pokochałem?

Jak przeżywam niedzielną (codzienną) Eucharystię? Czy jestem na niej obecny nie tylko ciałem, ale i duchem? Na czym skupia się moja uwaga? Czy wychodzę z niej pokrzepiony, zachęcony do dobrych czynów?

Czy nie oddzielam wiary od czynów? Czy nie sprowadzam jej tylko do kultu i praktyk religijnych? Czy jestem żywym Kościołem także poza murami kościołów?

Czy rozumiem, że jakość mojej wiary i modlitwy sprawdza się dopiero w relacjach z bliźnimi?

Czy mam świadomość, że Boga i bliźniego kocham lub obrażam tym samym i jednym sercem? Czy dostrzegam Chrystusa przychodzącego w bliźnich? Czy wierzę, że przez nich Bóg do mnie przemawia? Jak wygląda moja gotowość do poświęcenia swojego czasu, energii, oczekiwań dla dobra drugiego? Czy rozumiem, że miłość do bliźniego często będzie nieodwzajemniona?

Czy noszę w sobie Jezusową definicję bliźniego, a więc nie tylko tego, kto jest mi bliski, lecz także tego, kto jest w jakiejkolwiek potrzebie i nagle pojawia się na mojej drodze?

Bóg, który przychodzi
Czy pociesza mnie fakt, że należę już do wspólnoty wybranych, oczekujących na Pana? Czy czekam na przyjście Pana? Czy pragnę się z Nim spotkać? Jak czuwam w mojej codzienności?

Czy jestem człowiekiem nadziei? Czy zwykle oczekuję dobra, pozytywnych rozwiązań, czy raczej kieruje mną obawa i z góry zakładam najczarniejszy scenariusz wydarzeń?

A może uważam, że już niewiele „da się” zrobić w moim życiu? Czy nie zniechęcam się zbyt szybko w obliczu trudności?

Co się dzieje we mnie, gdy pomyślę, że kiedyś (dziś) będę musiał odejść z tego świata?

Gdyby dano mi szansę powrotu do przeszłości, to co bym w zmienił w moim życiu i dlaczego? Czego żałuję? A czego bym nie zmieniał, bo jestem z tego zadowolony i zrobiłbym to powtórnie?

Czy wierzę w życie wieczne? Nie w jakąkolwiek formę istnienia po śmierci, ale bycie sobą w relacji z Bogiem i innymi świętymi?

Czy nie zachowuję się tak, jakbym na ziemi miał żyć wiecznie? Czy nie absolutyzuję jakiegokolwiek stworzenia, oddając mu całą swoją wolność, siły i zaangażowanie?

Czy mam świadomość, że w ten sposób odbieram sobie nagrodę na tej ziemi, bo nie pragnę już niczego więcej?

Czy zdaję sobie sprawę, że odpowiadam też za zbawienie innych? Czy zależy mi, by moi bliscy i moi „dalecy” zostali zbawieni?

Czy odkrywam w sobie tęsknoty, których nie da się zaspokoić? Co z nimi robię?

Na jakiego Pana czekam? Na takiego, którego należy się bać, czy na tego, który za mnie umarł i zmartwychwstał i tęskni za mną?

 

Dariusz Piórkowski SJ


Polecamy:

74752     75730     71331     74057