Skrupuły – w labiryncie sumienia

Skrupuły – w labiryncie sumienia

Obok wielu pozytywnych fenomenów obserwowanych w wymiarze życia duchowego występują także zjawiska negatywne, obarczone zmaganiem i trudem. Do tych ostatnich należą skrupuły: stan wewnętrznej udręki i niepewności związany z wątpliwościami natury moralnej, które dotyczą własnego postępowania.

W sumieniu człowiek rozpoznaje, w świetle wyznawanego systemu wartości, co winien uczynić. Sumienie może działać uprzedzająco, przyzwalając na podjęcie konkretnego postępowania, albo niczym sygnalizacja świetlna na przejściu dla pieszych ostrzega przed podjęciem jakiegoś czynu. W sumieniu ocenia się także działania już dokonane, zatem osądza ono pouczynkowo sfinalizowane postępowanie. Jest również ważnym elementem rozumnej ludzkiej aktywności, skoro człowiek potrafi przekroczyć swe naturalne uwarunkowania, nie włada nim wyłącznie instynkt regulujący zachowania w świecie przyrody ożywionej. W dzisiejszych czasach niektórzy skłoni są, nieco przesadnie, traktować sumienie jako swoistego wewnętrznego policjanta lub prokuratora, który dociekliwe weryfikuje każdy rodzaj aktywności człowieka. Sumienie stanowi bowiem nieomylną podmiotową „wyrocznię”, wedle której trzeba postępować.

Dla zrozumienia natury skrupułów pomocne może okazać się sięgnięcie do łacińskiego źródłosłowia terminu, jakim nazwano owo problematyczne zjawisko. Scrupulus – dosłownie kamyczek – oznaczał pierwotnie niezwykle drobny odważnik, który przechylał szale tylko najczulszych wag.

Zastosowanie tego słowa w moralnym sensie odnosiło się więc do przesadnej drobiazgowości w roztrząsaniu kwestii dotyczących spraw związanych z funkcjonowaniem sumienia. Można porównać skrupuł do drobnego kamyczka, który dostał się do buta i czyni bolesnym jakiekolwiek przemieszczanie się. Problem polega jednak na tym, że tego kamyczka w bucie nie ma, chociaż obutemu użytkownikowi zdaje się zupełnie coś innego, albo – co czyni kwestię jeszcze bardziej zagmatwaną – nie ma on całkowitej pewności, czy jest lub czy go nie ma. Skrupulant trwa zatem w błędnym przekonaniu, które skutecznie go paraliżuje.

Skrupuły, z punktu widzenia etyki, polegają na obwinianiu się za zło, którego się de facto nie popełniło, lub na nieustannym lęku przed popełnieniem zła. Jak hipochondryk ma przeświadczenie, iż doskwiera mu jakaś dolegliwość, mimo że jest zdrowy, lub obawia się zarażenia chorobą, tak skrupulant żyje w stanie nieustannej obawy, iż splamił lub splami swe sumienie. Skrupuły mogą wdzierać się w ludzkie życie w różnym stopniu. Początkowo osoba może drobiazgowo rozdrapywać własne sumienie, obwiniając się o naganne działanie, gdy w istocie ono nie nastąpiło, by po jakimś czasie uporać się samodzielnie z owym nieprzyjemnym stanem. Podobnie skrupuły mogą mieć charakter krótkotrwały i ustąpić po właściwym wyjaśnieniu lub pouczeniu ze strony drugiej osoby. Oba przypadki można porównać do sytuacji, kiedy człowiek po wyjściu z domu zastanawia się, czy wyłączył żelazko lub zakręcił kurek z gazem. Wątpliwości i natrętne myśli mogą ustąpić po upewnieniu się – czasem kilkakrotnym – że nie ma obawy o pozostawiony dobytek.

Przejściowe skrupuły mogą wynikać z przepracowania, trudności życiowych, podupadającego zdrowia. Bywa jednak, iż skrupuły na trwałe zakorzeniają się w życiu człowieka, stając się trudnym do przezwyciężenia ciężarem, także ze względu na upór samego zainteresowanego, któremu niełatwo jest przyjąć inną perspektywę postrzegania samego siebie niż swoją zniekształconą. W niektórych przypadkach można mieć skrupuły odnośnie do własnych skrupułów, przez co czyni się swoją sytuację jeszcze bardziej kuriozalną.

W życiu skrupulantów dominują lęk i niepewność. Zatracają oni zdolność do praktycznego osądu swego postępowania. Chociaż potrafią trafnie oceniać teoretyczne sytuacje podobne do własnych i udzielać innym dobrych życiowych rad, wobec siebie pozostają bezradni. Paradoksalnie ich problem nie polega na braku wiedzy, wtedy wystarczyłaby zwykła porada. Obcując jednak ze skrupulantem, szybko można się przekonać, iż żadne kolejne racje oraz uzasadnienia nie mają większego znaczenia i nie przynoszą ulgi wobec natarczywych obaw. Skrupulantów cechuje uporczywy irracjonalny stan wątpliwości odnośnie do własnego postępowania, przy czym ich wewnętrznemu uciemiężeniu brak obiektywnych podstaw. Trudności w tym wypadku są innego rodzaju niż we wskazywanym przez moralistów „sumieniu zawikłanym”, gdy człowiek trwa w mylnym przeświadczeniu, iż normy moralne, którym musi zadośćuczynić, kolidują ze sobą i nie można tego stanu jednoznacznie rozstrzygnąć.

Osoba o delikatnym sumieniu jest nieobojętna wobec całej sfery zjawisk, jakie dzieją się w jej życiu; jej wrażliwość może być oznaką świętości. W przypadku penitenta o takim sumieniu spowiedź i uzyskana absolucja przynoszą spokój ducha. Skrupulant zaś będzie drobiazgowo wymieniał własne przewinienia, wyolbrzymiał swoje grzechy lub mnożył je, podczas gdy są one tylko wytworem jego lęku przed domniemaną niedoskonałością. Po wszystkim jeszcze bardziej będzie roztrząsać, czy wyznał wszystko, czy dopełnił należycie warunków sakramentu pojednania, czy spowiednik usłyszał itd.

Skrupulant długie godziny spędza na analizowaniu bez końca własnego zachowania oraz okoliczności konkretnych czynów. Owładnięty swoistą fobią grzechu wyobraża sobie potencjalne i niebyłe sytuacje, szukając wyjaśnień, prześwietlając motywy ewentualnych działań. Zdarza się skrupulantom połykać wielbłąda, a przecedzać komara (por. Mt 23, 24). Skupiając się na błahych sprawach, mogą zaniedbywać ważne obszary swego życia. W literaturze tematu znaleźć można różne koncepcje wyjaśniające powstawanie skrupułów. Autorzy podkreślający intelektualny wymiar skrupułów traktują to zjawisko jako rodzaj natręctwa podszytego lękiem, który uniemożliwia prawidłową ocenę moralną postępowania. Inni odsuwając funkcje intelektualne na plan dalszy, w genezie zjawiska skrupułów uwydatniają rolę zaburzeń emocjonalnych. Zwolennicy psychoanalizy wskazują na niedojrzałość emocjonalną skrupulantów, szczególnie zaś zauważają dominację superego. Podmiot znajduje się w stanie nieustannej presji, a co za tym idzie – niezdecydowania. W tym kluczu perfekcjonizm podkopywany jest przez niskie poczucie własnej wartości. Brak wewnętrznej spójności sprawia, że skrupulanci mają przeświadczenie o swej niewinności, choć jednocześnie czują się winni. Bywa też odwrotnie – postępują źle, ale nie chcą mieć poczucia winy. Wypaczają więc własne sumienie pokrętnymi racjami i drobiazgowymi analizami. Mechanizm zanegowania własnej winy obraca się z czasem przeciw nim. Skrupulanctwo jest w istocie podszyte egoizmem osoby, która chce mieć absolutną pewność własnej nieskazitelności.

Zewnętrzna prawość stanowić może fasadę wewnętrznej nieszczerości i splątania. Jakkolwiek sytuować kwestię przyczyn skrupulanctwa, należy przyjąć, iż czynniki psychiczne odgrywają znaczącą rolę w powstawaniu i utrwaleniu się skrupułów.

Na przekór trudnościom

Skrupulant jest zakładnikiem własnej nadwrażliwości, dlatego kwestia pomocy osobie owładniętej skrupułami stanowi osobne ważkie zagadnienie. W literaturze tematu zaobserwować można dwie zasadnicze strategie postępowania ze skrupulantami. Pierwsza nastawiona jest na radykalną konfrontację z iluzjami, którymi karmi się dana osoba. Surowe oceny i drastyczne reakcje mają zburzyć misterną konstrukcję, jaka utrwaliła się w umyśle skrupulanta. Druga taktyka stawia na łagodniejsze i pełne współczucia traktowanie osoby zmagającej się w swym sumieniu, której zachowanie jest odczytywane przez pryzmat bycia ofiarą dręczącej przypadłości.

Oba podejścia nie muszą się wykluczać. Z pewnością należy zważać na konkretne indywidualne uwarunkowania skrupulanta.

Skrupuły są symptomem wewnętrznego przesilenia dokonującego się w życiu człowieka, które może przytrafić się każdemu. Mało tego, mogą one wiązać się z ważnym etapem rozwoju duchowego. Poddanie się skrupułom może prowadzić do regresu, apatii lub poważnych chorób. Jednocześnie skrupuły są czasem próby, której sprostanie wzmocni człowieka i otworzy przed nim nowe horyzonty. Doświadczenie skrupułów uczy w praktycznym wymiarze pokory i służy wewnętrznemu uporządkowaniu. Owa przypadłość zdarzała się wielu wybitnym świętym – stanowiła dla nich ważny element duchowego oczyszczenia i wzrostu. Warto o tym z nadzieją pamiętać, na wypadek gdyby zjawisko to stało się naszym udziałem lub udziałem naszych bliskich. Rzeczywistość widziana oczami skrupulantów jest bowiem ponura, mroczna i nie do pozazdroszczenia. Tymczasem świat jest lepszy niż wydaje się to skrupulantom, zaś oni sami stanowią ważną część tego lepszego świata, choć nie zawsze mają tego świadomość.

Piotr Aszyk SJ


polecamy:

64372     75035     74057     72396

Chciwość – być jak pszczoła

Chciwość – być jak pszczoła

Chciwość (łac. avaritia) jest jednym z negatywnych przeja­wów zmysłowości. Święty Paweł uważa, że jest ona korzeniem wszelkiego zła (1 Tm 6, 10).

Tomasz z Akwinu porównuje ją do korzenia, które dostarcza sił witalnych drzewu: podob­nie jak korzenie zapewniają pokarm drzewu, tak bogactwo umożliwia zaspokojenie wszelkich grzesznych pragnień. Człowiek, który posiada wiele, czuje się panem sytuacji, uważa, że do niego należy cały świat. Mówi się potocznie, że pieniądz rządzi światem, a kto ma pieniądze, ma władzę. Stwierdzenie to jest w pewnym sensie prawdziwe. Obserwując współczesne rynki, giełdy, biura maklerskie, słucha­jąc polityków i dziennikarzy, można odnieść wrażenie, że świat jest współczesną świątynią, w której sprawuje się kult pieniądza. Już Oscar Wilde twierdził: Dziś młodzi wierzą, że pieniądz to wszystko. Dopiero gdy są starsi, są już tego pewni.

Chciwość oznacza brak wewnętrznej równowagi. Jest szukaniem stabilności w oparciu o dobra ziemskie, jest umi­łowaniem wszystkich rzeczy, jakie są pożądane bez umiaru (To­masz z Akwinu). Istota chciwości nie leży więc w samym posiadaniu, ale w stosunku do niego. Wszelkie dobra ma­terialne mają wartość pozytywną lub są moralnie obojętne. Stają się powodem grzechu jako przedmiot nadmiernego pożądania. Człowiek, który gromadzi coraz więcej, myli środki z celem. To dobra ziemskie mają służyć człowieko­wi, a nie odwrotnie. Pieniądze powinny pomagać w osiąg­nięciu życiowego celu i powołania; nie stanowią natomiast celu życia, nie są najważniejsze. Mają wymiar służebny w drodze do miłości, dzielenia się, a nie egoizmu, który jest bliskim krewnym chciwości. Trafnie ilustruje to dialog młodego małżeństwa. Mąż mówi do żony: Wiesz co, kochanie? Będę ciężko pracował, i któregoś dnia będziemy bogaci. Żona oka­zała się roztropniejsza: Już jesteśmy bogaci, najdroższy. Mamy siebie nawzajem. Być może kiedyś będziemy mieć również pieniądze (A. de Mello).

Giovanni Cucci, pisząc o fenomenologii chciwości, po­równuje zachowanie amatora wina i chciwca. Smakosz z namaszczeniem wlewa wino do kieliszka, przygląda się jego barwie, delektuje bukietem, wreszcie smakuje i wypija. Człowiek chciwy kontempluje butelkę i etykietkę i z tego czerpie przyjemność. Z chciwości nie poznaje smaku ani za­pachu samego wina. Wystarcza mu, że posiada butelkę.

Podobną wymowę ma przypowieść Jezusa o chciwcu, który osiągnął niewyobrażalne plony. Nie mogąc ich po­mieścić, zbudował nowe spichlerze i zgromadził w nich bo­gactwa. Sądził, że zapewnią mu dostatnie życie i spokojną starość. Odtąd jego dewizą stały się słowa: odpoczywaj, jedz, pij i używaj! (Łk 12, 19). Mimo całego sprytu nie wkalkulo­wał w swoją strategię tego, którędy biegną Boże drogi; co więcej, przestał się z Nim liczyć. Sądził, że dzięki pienią­dzom nabędzie nową tożsamość, wzmocni swoją pozycję w społeczeństwie, a tymczasem stracił imię i duszę. Jednej nocy utracił wszystko, co posiadał. Wydaje się, że człowiek ten jest bardzo samotny: nie ma żony, dzieci, przyjaciół. Jest związany wyłącznie ze swoimi dobrami materialnymi. Chciwość wystawiła mu tragiczny rachunek; ma wszystko i nic, wszystko dla ciała, nic dla ducha.

Ewangeliczny bogacz być może uniknąłby klęski, gdy­by żył słowami Pisma. Już Kohelet przestrzegał, że kto ko­cha się w pieniądzach, pieniądzem się nie nasyci; a kto się kocha w zasobach, ten nie ma z nich pożytku (Koh 5, 9). Podobnie uczy Syracydes: Niejeden wzbogacił się mozołem i swoją chciwością, a oto udział jego w nagrodzie: gdy powie: «Znalazłem odpoczynek i teraz mogę żyć z moich dostatków» – nie wie, ile czasu minie, a zostawi je innym i umrze (Syr 11, 18–19). Również psalmi­sta wskazuje na przemijalność wartości gromadzonych na ziemi. Nie ma powodu zazdrościć bogatym ani pragnąć ich pozycji. Życie na ziemi jest krótkie, sława szybko przemija, bogactwo wcześniej czy później przynosi nudę i poczucie bezsensu, a co zostaje? Autor ze współczuciem spogląda na los bogatego (Ps 49, 17–21):

Nie obawiaj się, jeśli ktoś się wzbogaci,
jeżeli wzrośnie zamożność jego domu:
bo kiedy umrze, nic z sobą nie weźmie,
a jego zamożność nie pójdzie za nim.
I chociaż w życiu sobie pochlebia:
«Będą cię sławić, że dobrześ się urządził»,
musi iść do pokolenia swych przodków,
do tych, co na wieki nie zobaczą światła.
Człowiek, co w dostatku żyje, ale się nie zastanawia,
przyrównany jest do bydląt, które giną.

Chciwość angażuje człowieka w jednym kierunku – zdobywania. Już grecki filozof Demokryt stwierdził: Chci­wych ludzi można porównać do pszczół, bowiem tak pracują, jak­by mieli żyć wiecznie. Człowiek chciwy pracuje nieustannie, zawzięcie, nie potrafi nigdy powiedzieć: stop! Żyje w ciągłej obawie, że mu nie wystarczy. Konsekwencje bywają czasami tragiczne: jest niespokojny, zagubiony, tkwi w nieustannych lękach. Jego życie składa się z nerwic, niezdolności oderwa­nia się od pracy, niezdolności do odpoczynku, zaniku wszelkich zainteresowań niezwiązanych z „interesami”, zaburzeń snu, kry­zysu więzi małżeńskich i rodzinnych w ogólności, utraty przy­jaciół. Chciwiec, jak człowiek rozwiązły portretowany jako Don Juan, jest definitywnie sam, ponieważ nie jest zdolny do dzielenia się / współuczestniczenia. Obaj znają dwa rodzaje towarzystwa, oba sprowadzające się do przedmiotów, i stąd czerpią „usługi afek­tywne” (bezpieczeństwo i przyjemność) (G. Cucci). Tragiczne żniwo zbiera bogactwo zwłaszcza wśród ludzi młodych: pociąga za sobą uzależnienia, pustkę wewnętrzną, samo­bójstwa.

 

Stanisław Biel SJ


polecamy:

64372     75035     74057     59334     66288

O mocy, która daje wolność

O mocy, która daje wolność

Joanna Podsadecka: Skoro Bóg ma dar przenikania sumień, to po co spowiedź?

Ks. Jan Kaczkowski: Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie jesteśmy aniołami i potrzebujemy pewne rzeczy usystematyzować, wypowiedzieć, nazwać. Samo nazywanie porządkuje sumienie, sprzyja namysłowi, pomaga w świetle odpowiedzialności spojrzeć na to, co zrobiliśmy, albo co zamierzamy zrobić. Po drugie, nie do przecenienia jest aspekt psychologiczny. Wypowiedzenie tego, co mamy w sobie, daje nam pewność, że skoro to zostało nazwane, nie trafiło w próżnię, ale zostało przez kogoś, a konkretnie: przez Boga, wysłuchane. To są dwa najważniejsze powody istnienia spowiedzi usznej. Chętnie dodam trzeci. Mocno wierzymy, że w sakramencie, w tych słowach: „odpuszczam tobie grzechy” (ale nie ja, Jan Kaczkowski, tylko Bóg, bo ja to robię w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego), w tym niepozornym znaku krzyża i modlitwie mieści się niezwykła moc, która nam daje wolność.

Jaki wpływ na kapłana mają spowiedzi? Czy budują go te historie, kiedy człowiek siebie przekroczył, a dołują te, gdy widzi, że człowiek nie podołał?

Jeżeli jest się spowiednikiem profesjonalnym i dojrzałym, to potrafi się zachowywać dystans. Jest więc radość, gdy się widzi, że człowiek potrafi zadziwić swoją szlachetnością. Jest też ból, kiedy człowiek się poddaje. Najbardziej boli, jeżeli prowadzisz penitenta przez długi czas i już ci się wydaje,  że poderwał się do lotu, lecz zaraz na twoich oczach nie udaje mu się pokonać pierwszej przeszkody i się roztrzaskuje.

Odmówiłeś komuś rozgrzeszenia?

Nigdy nikomu nie odmówiłem rozgrzeszenia. Zdarza się jednak, że z obiektywnych przyczyn przesuwam rozgrzeszenie na dalszy czas.

Gdy mówisz komuś, że przesuwasz je na dalszy czas, to znaczy, że jakich warunków nie spełnił, żeby je uzyskać?

Nie spełnił warunków ważnego i godziwego rozgrzeszenia, czyli albo nie żałował za grzechy, albo nie obiecywał poprawy, albo połączył ze sobą te elementy i trwał w uporze. Kiedy pytam, czy nie żałuje za grzech i pada odpowiedź: „Tak, nie żałuję”, to wtedy – bez względu na to, jakiej wagi jest ten grzech – muszę przesunąć udzielenie rozgrzeszenia.

Nawet jak grzech był lekki?

Nawet jak był lekki.

A trzeba się spowiadać z lekkich grzechów?

Powinno się spowiadać z lekkich grzechów, bo kiedy się z nich nie spowiadamy, to one zalegają w sumieniu i otwierają drogę do grzechów ciężkich.

Co w sytuacji, kiedy ktoś nie uznaje za grzech tego, co według Kościoła jest grzechem?

To trzeba przyjąć skomplikowaną naukę o tym, że sumienie błędne niepokonalnie obowiązuje. Kościół ci mówi, że coś jest grzechem, wszyscy ci mówią, że coś jest grzechem, a ty mówisz w swoim sumieniu i dokładnie tak czujesz: „Nie, to nie jest grzechem”. Jeżeli dochowałaś staranności,  dowiedziałaś się ze wszystkich możliwych źródeł na temat tego grzechu i nadal jesteś święcie przekonana, że to nie jest grzechem, to powinnaś iść za własnym, chociaż błędnym, sumieniem. Bo jeżeli nie, to grzeszysz. Zawsze kiedy łamiemy własne sumienie, grzeszymy.

Grzech musi być świadomy, dobrowolny i dotyczyć materii poważnej. Osąd, co jest materią poważną, a co nie, nastręcza trudności.

Niewątpliwie ważenie grzechów jest problemem. Pamiętam ze studiów profesora historii Kościoła, który z nas, teologów moralnych, kpił: „I co? Będziecie teraz ważyć i mierzyć grzechy?”. W Katechizmie Kościoła katolickiego ten problem jest poruszony. Materia poważna to złamanie przykazania Bożego lub kościelnego w ważnej materii z pełną dobrowolnością i świadomością, że jest to grzechem, w dodatku grzechem ciężkim.

Najtrudniej jest określić dobrowolność.

Jeśli gimnastykujemy własne sumienie, staje się ono coraz sprawniejsze. Mięsień sumienia musi pracować, żeby był silny. Naprawdę jesteśmy w stanie określić, jaki czyn był dobrowolny. Jeżeli kłócę się z rodzicami i strzelę jakąś złośliwością, żeby zabolało, to znaczy, że popełniłem grzech ciężki. Kiedy jednak się pokłóciłem, nawet mi nerwy puściły zupełnie, ale mnie ukłuło sumienie i powiedziało: „Przestań!”, to myślę, że mogę to rozpatrywać jako grzech lekki. A jeśli dodatkowo w tym momencie wycofałem się i przeprosiłem, to tym bardziej. Sumienie to przestrzeń, wokół której ogniskuje się moje myślenie. Bo Pan Bóg mówi do nas w sumieniu.

 

Zapraszamy na stronę dacierade.pl, gdzie jeszcze więcej o ks. Janie i ostatniej z nim rozmowie

 


polecamy:

dasz rade front     73667     72746

Spowiedź generalna – czy ma sens?

Spowiedź generalna – czy ma sens?

Św. Ignacy w Ćwiczeniach Duchowych zaleca dwa rodzaje spowiedzi: regularną (w tamtych czasach co tydzień) oraz generalną, którą odbywa się co roku. Ta druga forma spowiedzi może zawierać coś, czego penitent nie wypowiedział podczas poprzednich spowiedzi, gdyż nie był tego świadomy. Ale Ignacy wyraźnie twierdzi, że kto się regularnie spowiada, nie musi przystępować do spowiedzi generalnej, bo grzechy zostały już odpuszczone.

Ta spowiedź musi być absolutnie dobrowolna i powinna wypływać z potrzeby serca poruszonego większym poznaniem swoich grzechów. Pod tym warunkiem, Ignacy gorąco zachęca do wyznania już odpuszczonych grzechów i tych, które zauważyliśmy np. podczas jakiegoś dnia skupienia, po dłuższych rekolekcjach, po przejściu jakiegoś trudnego doświadczenia, które rzuciło na moje życie nowe światło. Taka spowiedź jest bardziej formą duchowego ćwiczenia dla następujących celów:

  • W ten sposób człowiek wierzący wzmocni i pomnoży owoc odprawionych modlitw, bo dzięki zbliżeniu się do Boga, odosobnieniu od innych, lepszemu poznaniu siebie i Boga odczuje jeszcze większy żal, odniesie większy pożytek. Nie chodzi więc o wystawianie Boga na próbę, aby jeszcze raz odpuścił to, co już odpuszczone. Chodzi o pogłębienie doświadczenia miłosierdzia Boga w tym, co już zostało mi odpuszczone, patrząc na swoje grzechy przez pryzmat rozważanego Słowa Bożego. w nowym i bardziej intensywnym świetle. Chodzi o przeżycie sakramentalnego spotkania z Bogiem w innych okolicznościach i lepszym nastawieniu duchowym.
  • Taka spowiedź pozwala doświadczyć miłosierdzia nie tylko jako jednorazowego aktu, teraz i tutaj, ale przez włączenie własnej przeszłości ponowne uświadomienie sobie Bożej wierności względem mnie w poprzednim roku czy latach.
  • Powierzenie swojej przyszłości z większym i pełniejszym zaufaniem wobec Chrystusa, który stale jest miłosierny, przez stanowcze opowiedzenie się po Jego stronie i odrzucenie grzechu.
  • Spowiedź generalna rodzi również większą gotowość i lepsze usposobienie do przyjęcia Najświętszego Sakramentu. Nie chodzi o usposobienie w sensie zmazania grzechów, uzyskania łaski uświęcającej, lecz o przeżycie tego, że Najświętszy Sakrament jest nam dany również po to, abyśmy trwali w większej łasce, abyśmy się rozwijali, a nie tylko po to, aby unikać grzechów.
  • W Psalmie 17, padają takie słowa: Choćbyś badał moje serce i przyszedł do mnie nocą i doświadczał ogniem, nieprawości we mnie nie znajdziesz. Ale za chwilę Psalmista woła: Okaż przedziwne miłosierdzie Twoje. Strzeż mnie jak źrenicy oka, ukryj mnie w cieniu Twych skrzydeł. Miłosierdzie jest więc czymś więcej niż przebaczeniem grzechów. Psalmista, błagając o miłosierdzie, prosi o Bożą troskę, Opatrzność, wzięcie w opiekę, obronę przed różnorakimi wrogami. Spowiedź generalna może być podobnym aktem powierzenia siebie Bogu z ufnością. Można w niej podejść do tego, co Bóg pokazał mi podczas rekolekcji, do różnego rodzaju „wrogów” i ciemności, które zostały zdemaskowane w moim sercu, do postaw i zachowań, które zostały ujawnione. Warto powierzyć Chrystusowi to, co boli, co uwiera, jako Temu, kto zniósł grzechy świata, kto chce wziąć nasze troski na siebie i uleczyć nasze rany.

 

Dariusz Piórkowski SJ


polecamy:

     74057     72396     

Spowiedź na krawędzi

Spowiedź na krawędzi

Spowiedź na krawędzi. Dlaczego ją tak nazwałem? Bo praca w hospicjum, która jest pracą na wysokim pozio­mie adrenaliny, najdobitniej uświadamia mi, że w czasie spowiedzi ważą się ludzkie losy, trwa wyścig o wieczność. 

przed ołtarzem
Są w życiu momenty przełomowe, kiedy decydujemy się na spowiedź generalną. Zachęcam was do takiej spo­wiedzi. Radziłbym się nie ustawiać w jakiejś kosmicznej kolejce, tylko wcześniej wybrać sobie księdza, u które­go chce się wyspowiadać. Czy zachęcam do uprawiania priestingu? Tak. Niektórzy uprawiają shopping, clubbing, inni churching (szukają kościołów, w których jest dobre duszpasterstwo). Jest wskazane, by dla dobrej spowie­dzi uprawiać priesting, czyli szukać księdza, zasadniczo stałego spowiednika. Jest problem ze stałym spowiedni­kiem, bo za pierwszym razem mi przypasował, był ok. Za drugim razem czułem się po spowiedzi uwznioślony, bo się pilnowałem. Przy trzecim razie, kiedy mam wyznać grzechy, których się wtedy wstydziłem, ksiądz mnie już poznaje. I to jest ten moment dojrzałości duchowej, kie­dy się przed naszym stałym spowiednikiem przełamiemy, przestaniemy obawiać, że on nas będzie oceniał. Potem pójdziemy do niego z kolejną słabością, z której do tej pory nie potrafiliśmy zrezygnować. Świadoma praca nad sobą świadczy o duchowym rozwoju.

Pierwszym momentem, w którym należałoby zachęcać ludzi do spowiedzi generalnej, jest czas przed ślubem. By ten ślub nie był wydmuszką. Ale błagam, by nie spowiadać się po to, żeby ksiądz podpisał kartkę. Jeżeli państwo mają to robić byle jak, to przyjdźcie do mnie, ja wam podpi­szę papiery. A zresztą – ile razy widać, że ludzie sobie sami podpisują, np. ksiądz Kowalski w Pikutkowie. Pa­pier przyjmie wszystko, można go oszukać. Ale własnego sumienia i Pana Boga mówiącego w sumieniu oszukać się nie da. Zatem należałoby wszystkich narzeczonych przy­gotowywać do takiej bardzo głębokiej spowiedzi podsu­mowującej ich życie. Często bywa tak, że to jest spowiedź z okresu od bierzmowania do dwudziestki, dwudziest­ki piątki. Przynajmniej z perspektywy Trójmiasta tak to wygląda, że jest spory odsetek ludzi, którzy przestali się spowiadać jako dzieci, a teraz mamy już dorosłą osobę z całym pękiem dziecięcych i dorosłych grzechów.

Mówię narzeczonym: niekoniecznie musimy mordować się, na przykład, z tą całą teologią małżeństwa. Ona jest mniej więcej znana. Ale musicie się przygotować porządnie do spowiedzi po to, żebyście mieli poczucie gigantycz­nej wolności, kiedy staniecie w drzwiach kościoła, kiedy ksiądz po was wyjdzie. Możecie być nawet w brudnych jeansach, ale będziecie szczęśliwi, że jesteście tylko wy i Pan Bóg. Nie będziecie się przejmować, że ciocia z Wąbrzeźna nie przyjechała.

kiedy jesteśmy na dnie
Drugim momentem, w którym szczególnie polecam spo­wiedź generalną, jest ten, gdy popełniliśmy jakiś ciężki grzech, który nas upodlił. Przypominam sobie, siedzia­łem w wakacje w konfesjonale w Sopocie, i przyszedł do spowiedzi starszy ksiądz. Mówił, że się, mówiąc najde­likatniej, strasznie łajdaczy i nie może w ogóle nad tym zapanować. On był w moralnym dołku, ale też był tak skruszony… Przyjechał na wakacje i kompletnie mu puściły wszelkie moralne hamulce. Twierdził, że ma z tym prob­lem od wielu lat. Naprawdę miał sporo na sumieniu. Ale przyszedł ze szczerym wyznaniem, ze łzami. Zapytałem go, co powinienem mówić, gdy przyjdą do spowiedzi młodzi księża albo w ogóle młodzi ludzie, którzy dali się ponieść tego typu uciechom? I on mnie tak wzruszył… Z ogromną szczerością powiedział: „Mów im, że to jest ułuda. Tylko się wydaje, że na tym można zbudować szczęście”. I to we mnie zapadło. Spowiedź tego zdruzgotanego grzechem kapłana, który jednak miał tyle siły, żeby się podnieść. Łaska Boża jest przeogromna. Wtedy, kiedy popełnimy jakiś potwornie ciężki grzech (nie chcę wyliczać, szanując państwa inteligencję), musimy się zdobyć na taką na­prawdę poważną spowiedź, najlepiej z całego życia, żeby wykorzenić przyczyny tego najpoważniejszego grzechu, które może nawarstwiały się latami.

na łożu śmierci
Ostatni rodzaj spowiedzi na krawędzi, w której często uczestniczę jako spowiednik, to ta na łożu śmierci. Fascy­nujące są, proszę państwa, ludzkie sumienia. Niezwykłe. Niezbadane. Kiedy ludzie są w agonii, zachowując przy­tomność, albo kiedy czują, że śmierć już się zbliża, napraw­dę niczego nie muszą udawać i zasadniczo nie kłamią. Poza sytuacjami naprawdę patologicznymi. Muszę powiedzieć, że fenomen wyparcia, fenomen dobrego samopoczucia mnie zawsze obezwładnia. Czasem mamy tzw. pacjentów z zza, czyli z zespołem zależności alkoholowej. Alkoholi­ków, którzy często byli potworami dla własnych rodzin.

Mam, na przykład, wiedzę od żony takiego alkoholika, która go przywiozła do hospicjum, że to był potwór, że ją katował, że kiedy nie chciał, by miała dzieci, to skakał jej po brzuchu, zmuszał do aborcji, pił, tłukł, sprzedawał gospodarstwo po kawałku. Przychodzę spowiadać tego mężczyznę – robimy to od pierwszego do ostatniego przy­kazania. Mówię: „panie Ryszardzie (oczywiście wymyślam teraz imię), chciałbym, żeby to była porządna spowiedź, czy mogę panu zadawać pytania?”. Muszę mu zapewnić warunki intymności na tyle, na ile się da. Jeżeli może, to wychodzimy z pokoju. Jeżeli nie, to wyjeżdżamy łóżkiem. Kiedy dochodzimy do pytania: „A jak w pana małżeń­stwie?”, on odpowiada: „Świetnie. Pasmo sukcesów”. Py­tam: „Był pan dobrym ojcem i mężem?” „Tak, na pewno. Zawsze byłem z nimi. Nigdy ich nie krzywdziłem”. Nie mogę podać w wątpliwość jego słów. Muszę założyć, że albo wszystko, co złe, wyparł i tak naprawdę jest nieświa­domy, że spowiada się świętokradzko, albo zostawić go Bożemu miłosierdziu. Rozgrzeszyć, kiedy jestem prawie pewien, że on spowiada się świętokradzko, a potem podać mu komunię świętą, oczywiście na jego odpowiedzialność.

Ale bywają też piękne historie. Kiedy ludzie już nie­wiele mogą mówić, wtedy mam prawo odstąpić od tzw. integralności spowiedzi, czyli od pełnej formuły. Na ogół spowiadający się kiwa wtedy głową na tak lub na nie, a ja zadaję konkretne pytania, tłumacząc, dlaczego tak robię. Bywa, że ludzie znajdujący się w tej krańcowej sytuacji początkowo się obawiają. Ale kiedy się przekonują, że chcę dla nich dobra i że Chrystus Pan jest dobry, to się otwierają.

Mówią rzeczy, o których całe życie nie mówili. To jest bar­dzo ryzykowne zachowywanie – najpoważniejsze grzechy trzymać do godziny śmierci, bo możemy nie zdążyć. Albo może nie zdążyć ksiądz. Ale to są niezwykle uwalniające historie.

Najbardziej wzruszają mnie nawróceni komuniści. Nie lubię komunistów typu Konrad Wallenrod. Lubię komu­nistów czerwonych do szpiku kości, a nie tych jak rzod­kiewka – z wierzchu czerwona, a w środku biała. Bo oni zawsze mówią: „ja tam w partii nikim nie byłem, ja tak budowałem system, by się jak najszybciej rozleciał…”. To są oszuści. Oni zawsze twierdzą, że byli jedynie kierowcami czy szeregowymi członkami partii. Cenię tych, którzy mieli odwagę stanąć wobec wyrzeczenia się Pana Boga.

Kiedy jeszcze byłem kapelanem w szpitalu i chodziłem z komunią świętą, to leżący na jednej sali ubek był strasznie ordynarny, krzyczał: „Nie chcę. Spadaj, klecho” albo był jakiś taki dziwny: „Powiem, kiedy będę chciał”. Ale nie byłbym prawdziwym duszpasterzem, gdybym do niego nie zaglądał, nie pukał, trochę go nie zaczepiał, gadał o pogo­dzie. I pewnego dnia on mówi: „Już!”. Ja zaskoczony, a on powtarza: „Już jestem gotowy do spowiedzi”. Tak przygo­towanej głębokiej spowiedzi, jakby to psychologowie po­wiedzieli – z tak ogromnym kontaktem z sobą, nie miałem albo miewam rzadko. On wyznał: „Proszę księdza, byliśmy świętymi krowami, łamaliśmy ludziom kręgosłupy, łama­liśmy ludziom sumienia, rozbijaliśmy się po pijanemu sa­mochodem, byliśmy nie do ruszenia”. Drążyłem temat, bo dla mnie to jest ciekawe antropologicznie. „Jak to się stało, że tak pana sumienie się zdegradowało?” On na to: „Wojna się skończyła, jak miałem 17 lat. Nie skończyłem żadnej szkoły. Poszedłem do milicji, ona dała mi wykształcenie, wyprała mi mózg. Potem wstąpiłem do ub, awansowałem. To był świat, który mnie ukształtował”. Chciałem dociec, jak było z prawością jego sumienia. „A nie czuł pan, że to jest złe, sumienie panu nic nie mówiło?”. Odpowiedział: „Mówiło. Moja matka była prostą kobietą ze wsi, ale zawsze powtarzała, że nie można nikogo krzywdzić. Gdy dorosłem, wyrzuty sumienia zalewałem alkoholem. Opamiętanie przyszło, kiedy (użył liczby mnogiej) zabiliśmy księdza Popiełuszkę. Ale wtedy nie miałem już odwagi się wycofać. Bo wszystko bym stracił. Byłem tak wkorzeniony”. Wielki, wielki gość, że zdobył się na taką szczerość.

Kiedy indziej w hospicjum leżała niegdyś postawiona wysoko w partii kobieta. Gdy przychodziłem, mówiła, że nie chce mieć nic wspólnego z Kościołem. Była niezwy­kle elokwentna i bardzo chciała ze mną rozmawiać na wszystkie tematy poza religijnymi. W pewnym momen­cie powiedziała: „Jak ksiądz będzie naciskał, to ja będę się usztywniała”. Uszanowałem to. Bardzo się zaprzy­jaźniliśmy. Ale jej stan się sukcesywnie pogarszał. Znów wymyślam na poczekaniu imię: „Pani Ewo, mam do pani dwa pytania. Czy zrobiłaby mi pani ten zaszczyt, żebym mógł być na pani pogrzebie? Ona odpowiada, że tak. „Ale proszę mi powiedzieć, czy mam iść przed trumną czy za nią? Ona na to: „Niech mi ksiądz da dwa dni do namysłu”. Po tych dwóch dniach powiedziała, że przed trumną. No to ja: „Pani Ewo, nie jestem pracownikiem Cepelii, nie chcę uczestniczyć w czymś nieprawdziwym. Chciałbym, żeby pani się spróbowała z Panem Bogiem pojednać”. Ona znów poprosiła o dwa dni do namysłu, a potem bardzo prawdzi­wie pojednała się z Panem Bogiem. Co ciekawe, poprosiła, żebym nikomu w hospicjum o tym nie mówił, żeby kapelan (mój zastępca) do niej nie przychodził z komunią, żeby nikt się nie dowiedział o jej nawróceniu. Chciała, żeby to zostało między mną, nią i Panem Bogiem. Została pochowana po katolicku, przyjmowała ode mnie sakramenty, udzieliłem jej namaszczenia chorych. Zachowała prawdziwą duchową klasę, klasę na krawędzi.

I ostatnia rzecz. Proszę pamiętać, że w godzinie śmierci można rozgrzeszać wszystkich ważnie i godziwie. Koś­ciół na godzinę śmierci daje tyle przywilejów, że nawet największym zbrodniarzom, największym grzesznikom, tym, którzy wpadli w karę ekskomuniki z tego czy inne­go powodu, nawet zastrzeżoną papieżowi (czyli związaną z dwoma grzechami: świadomym zniszczeniem postaci eucharystycznej i zdradą tajemnicy spowiedzi), mogą zo­stać odpuszczone grzechy.

Czasem, kiedy moi pacjenci słyszą, że udzielam im tego sakramentu w niebezpieczeństwie śmierci, przeszywa ich strach. Żeby rozładować atmosferę, mówię: „Pani Grażyno, teraz już jest pani tak chroniona, że z kopytami do nieba bez żadnych przystanków”. Czego państwu i sobie życzę.

 

ks. Jan Kaczkowski

 


polecamy:

     72746      73667