Pycha – ostatnia sieć szatana

Pycha – ostatnia sieć szatana

Między jezuitami krąży znany żart: „Pokora to bardzo rzad­ka i bardzo cenna cnota, ale ja na szczęście ją mam!”.

To po­wiedzenie trafnie obrazuje, czym jest pycha. Człowiek po­korny nigdy nie powie o sobie, że taki jest, natomiast pysz­ny publicznie manifestuje swoją „pokorę”. Nieżyjący już mój współbrat zakonny opowiadał o rozmowie ze starszą, bardzo „uduchowioną” zakonnicą. Przyszła do niego po poradę, gdyż jak twierdziła, osiągnęła już „dwunasty sto­pień”, czyli szczyt pokory. Nie wiedziała jednak, co czynić dalej. Po namyśle odpowiedział jej: „Teraz zejdź ze szczytu na dół i rozpocznij wszystko od początku!”.

Termin „pycha” (superbia w języku łacińskim) kryje w sobie pozytywny rdzeń. Pochodzi stąd, że ktoś dąży do spraw sięgających „sopra” – „ponad”, „wyżej” niż to, kim jest (św. To­masz z Akwinu). Dążenie „ponad”, „wyżej” samo w sobie jest pozytywne. Św. Ignacy z Loyoli podobne słowo magis („więcej”) uczynił jednym z filarów swojej duchowości. Ca­łe życie duchowe jest zmierzaniem ponad, wyżej, jest prze­kraczaniem ograniczeń, barier i przeciętności. Bez przekra­czania siebie i zewnętrznych granic nie byłoby wzrostu, lecz stagnacja i regres. Święta Teresa z Ávili napisała: O tak, niech Bóg da, że wzrastanie nigdy nie ustanie; wiecie bowiem: kto nie wzrasta, kurczy się. Wydaje mi się niemożliwym, że miłość mogła­by się zadowolić tym, aby pozostać w tym samym miejscu.

Zdążanie wyżej (zwłaszcza gdy nie szanuje godności i praw innych) może przybierać grzeszne, a czasami wręcz patologiczne formy. Pojawia się pycha. Nie bez powodu Kościół umieścił ją na pierwszym miejscu wśród grzechów głównych. Jest ona bowiem źródłem wszystkich pozosta­łych. Ewagriusz z Pontu opisuje ją w metaforyczny sposób: Pycha jest obrzękiem duszy wypełnionej ropą, jeśli dojrzeje, pęk­nie i sprawi wielki odór. Współczesny człowiek zagubił „hie­rarchię” grzechów. Zwykle za najcięższe uważamy grzechy związane ze sferą seksualną. Zapominamy, że pierwsze przykazanie dotyczy miłości Boga, bliźniego i siebie (por. Mt 22, 34-40), a pycha jest jego zaprzeczeniem. Ojcowie Koś­cioła podkreślają, że każdy grzech kryje w sobie pierwiastek pychy. Uważają ją za królową wad, korzeń drzewa, na którym wyrasta każdy rodzaj złego owocu (G. Cucci). Pisze św. Augu­styn: Staraj się dociec, na czym polega każdy grzech, i zobaczysz, czy potrafisz znaleźć jakiś, który nie mógłby być określony jako pycha. Rozumowanie jest tu takie: każdy grzech, jeśli się nie my­lę, jest wyrazem pogardy wobec Boga, a wszelką postacią pogardy wobec Boga jest pycha. Cóż bowiem jest większym wyrazem pychy niż pogarda Boga? Każdy zatem grzech jest pychą.

Święty Ignacy z Loyoli opisuje działanie szatana jako „zarzucanie łańcuchów, sieci” (Ćwiczenia duchowne, 142). Jest to działanie stopniowe, które systematycznie usidla człowieka, koncentrując na sobie i prowadząc do pychy. Etapami pośrednimi jest pragnienie bogactw, posiadania oraz prestiż, zaszczyty, pozycja społeczna, ludzka chwała.

Pycha jest „ostatnią siecią” szatana. Gdy podprowadzi do niej człowieka, jego „misja” w zasadzie jest zakończona. Może spokojnie zająć się innymi. Panuje dziś powszechne przekonanie, że sukcesem szatana jest przekonanie ludzi, że jest iluzją, wymysłem albo niegroźnym straszakiem. Sądzę, że groźniejsze jest utwierdzenie człowieka w jego perfekcji, superdoskonałości, niezależności, czyli w pysze. Dotyczy to zwłaszcza osób duchownych i dążących do doskonało­ści. Linia dzieląca doskonałość od pychy jest bardzo cienka. Tymczasem pokora jest w stanie pokonać wszystkie „sieci szatana”. Gdy św. Antoni Pustelnik je zobaczył, zapytał z przerażeniem Boga: Któż może ich uniknąć? I usłyszał od­powiedź: Pokora.

Pycha wyraża się przede wszystkim w relacjach. W stosun­ku do Boga prowadzi do Jego negacji i odrzucenia. Człowiek pyszny sam siebie uważa za boga i centrum świata. Sądzi, że jest niezależny i wszechmocny. Źródłem pychy jest narcyzm, zapa­trzenie w siebie, szczycenie się własną pięknością i dosko­nałością.

Pierwsi rodzice (por. Rdz 3, 1nn), chociaż cieszyli się Bożymi dara­mi, przyjaźnią i bliskością samego Stwórcy, zapragnęli być jak On: posiąść tajemnicę dobra i zła, decydować o moral­ności. Ulegli więc pokusie szatana: wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3, 5). Pokusa węża nie oznaczała, że ludz­kość posiadłaby nieskończoną wiedzę podobną do boskiej ani że zakazany owoc był rodzajem afrodyzjaku, który skłonił ludzi do nieznanych im dotąd relacji seksualnych lub cielesnych. Zamiast tego wąż kusił doświadczeniem tego, czego ludzie zawsze pragną: niezależności i wolności (W.C. Kaiser i in.). Adam i Ewa uwie­rzyli szatanowi, że mogą posiąść Bożą prawdę i mądrość, Jego potęgę i nieśmiertelność, zostać bogami. Konsekwencje ich pychy, braku zgody na bycie stworzeniem, pragnienie nieograniczonej suwerenności i dorównywania Stwórcy od­czuwamy do dzisiaj.

Pycha nie jest domeną jedynie człowieka. Zaczyna się już w świecie duchów czystych, aniołów. Właściwie moż­na powiedzieć, że jest ich jedynym i najcięższym grzechem, który doprowadził do ich upadku. Aniołowie są najdosko­nalszymi duchowymi stworzeniami Boga: posiadają rozum i wolę: są stworzeniami osobowymi i nieśmiertelnymi. Przewyższają doskonałością wszystkie stworzenia widzialne. Świadczy o tym blask ich chwały (Katechizm Kościoła Katolickiego, 330). Taki sposób obdarowania aniołów przez Stwórcę winien za­owocować wdzięcznością, miłością i niewzruszonym zaufa­niem. Tymczasem pojawiła się myśl zniekształcająca relację z Nim. „Zbuntowany anioł” odrzucił zaproszenie do relacji miłości i przyjaźni z Trójcą Świętą. Uległ złudnemu poczu­ciu samowystarczalności, niezależności, a nawet więcej, sam równał się ze Stwórcą. Misją anioła jest służba Bogu, tymcza­sem w swojej pysze anioł zrywa relację miłości łączącą go z Bogiem, w sposób nieodwołalny mówi: Nie będę służyć! (Jr 2, 20). Wybiera niezależność, „wolność” i w efekcie śmierć. Z anioła przemienia się w szatana.

Pycha jest wyrazem buntu wobec Boga, który bywa jawny lub (częściej) skrywany. Słusznie zauważa Piet van Breemen: Nasz bunt przeciwko Bogu zawsze maskujemy. Jeste­śmy zbyt przeszkoleni i wytrenowani pod względem religijnym, aby buntować się otwarcie. Zamiast miłości i wdzięczności wobec Stwórcy, któremu wszystko zawdzięczamy, pojawia­ją się żale, pretensje, niezadowolenie, pesymizm, narzeka­nie na Niego, osądzanie Go bądź udzielanie Mu dobrych rad. Słowa, które powinny być linią przewodnią całego ży­cia: Któż jak Bóg?, zostają zastąpione przez inne: Któż jak ja? Narcystyczna kontemplacja siebie prowadzi w efekcie do demonicznej logiki; odrzuca relacje miłości i zaufania Bogu i tworzy świat oparty na egoizmie i antywartościach. Święty Doroteusz z Gazy w Naukach opisuje przykład stopniowej degradacji wynikającej z pychy: Znałem kiedyś człowieka, któ­ry doszedł do godnego pożałowania stanu. Zaczęło się od tego, że kiedy ktoś z braci mówił do niego, on każdym gardził i mawiał: „A któż to taki? Nie ma autorytetu oprócz Zosymasa i jego szko­ły!” Potem i tych zlekceważył i zaczął mówić: „Nikt tylko Ma­kary!” Wkrótce potem już twierdził: „Któż to jest Makary? Tyl­ko Bazyli i Grzegorz!” Wnet i tych zlekceważył, mówiąc: „Któż to Bazyli i któż to Grzegorz? Tylko Piotr i Paweł!” Powiadam mu: „Zaiste, bracie, i tymi jeszcze pogardzisz”. I wierzcie mi, że w krótkim czasie zaczął już mówić: „Któż to jest Piotr i któż to jest Paweł? Nikt, tylko sama Trójca Święta!” Wreszcie wyniósł się i nad Boga samego i tak skończył. Dlatego musimy walczyć, bra­cia, z pierwszym rodzajem pychy, żebyśmy stopniowo nie doszli do pychy ostatecznej.

Człowiek pyszny miesza cele ze środkami. W miejsce Boga i jego chwały stawia swoje własne motywacje, czysto egoistyczne. W sposób zawoalowany próbuje je usprawied­liwiać. Przypomina wówczas Judasza z jego iluzorycznym altruizmem (por. J 12, 4-6). Maskuje własne egoistyczne cele, motywując je wzniosłymi ideałami.

Przypowieść Jezusa o faryzeuszu i celniku (por. Łk 18, 9-14) trafnie punktuje różnice między pychą a pokorą, prawdą o sobie. Modlitwa faryzeusza za fasadą pobożno­ści okazuje się „bezbożna”. Bóg jest jedynie przykrywką dla zadufanego w sobie „ja”. Religia jest mu potrzebna, by się dowartościować, wywyższyć. Ten człowiek o nic Boga nie prosi, niczego od Niego nie oczekuje. Uwypukla osiąg­nięcia, a pomija słabości i błędy. Postępuje jak skrupulatny buchalter, sądząc, że w tym podoba się Bogu, albo że jest wręcz podobny do Boga. Ta postać pychy sprowadza Boga do narzędzia władzy, a religię do ideologii, kanału reklamującego na­szą domniemaną wartość (G. Cucci). Przeciwieństwem faryze­usza jest celnik. Stoi przed Bogiem jak żebrak, zawstydzony i pełen skruchy, gdyż zrozumiał swój grzech. Wie, że grzech czyni go dalekim od Boga. Nie usprawiedliwia się ani nie porównuje z innymi, jak czynił faryzeusz. Nie czuje się lep­szy przez kontrast z innymi. Ma świadomość, że potrzebu­je Boga, Jego miłosierdzia i łaski, by móc żyć inaczej. Jego modlitwa, słowa i postawa świadczą o pokornej miłości.

 

Stanisław Biel SJ


polecamy:

64372     74057     75035     66288     59334

Nie wiem, z czego się spowiadać

Nie wiem, z czego się spowiadać

Czasami penitent, który dawno nie był u spowiedzi, nie wie, z czego ma się spowiadać.
Rzeczywiście nieraz tak bywa, że ktoś nie potrafi zrobić rachunku sumienia albo robi go infantylnie, korzystając z wiedzy wyniesionej z przygotowania do pierwszej spowiedzi.

Może to nie zabrzmi dobrze, ale niektóre pomoce są przygotowane dramatycznie źle. Mam na myśli na przykład książeczkę z 250 pytaniami. Jeśli trafi na nią penitent ze skrupułami, to przez co najmniej dobę nie wyjdę z konfesjonału. Taki człowiek przejdzie ogromną walkę sam ze sobą i wyjdzie z niej duchowo poobijany. Przecież rachunek sumienia to stanięcie przed Bogiem, a nie konfrontacja z toporną buchalterią moralną.

Jestem za tym, żeby propozycja rachunku sumienia była jak najprostsza. Lepiej ewentualnie dopytać spowiednika, jeśli pozostaje jakaś wątpliwość moralna, niż gubić się w setkach pytań mogących dotykać problemów, których nigdy w życiu nie przewidywałem. Widziałem kiedyś formularz rachunku sumienia dla dzieci z pytaniami o bardzo specyficzne zachowania seksualne. Myślę, że dziecku do głowy nie przyjdą pewnego typu działania, więc po co o nie pytać?

Widziałbym w rachunku sumienia konfrontację z tekstem biblijnym, bez mnożenia pytań, lecz z ukazaniem pewnych sfer, o które trzeba zapytać. Rachunek sumienia musi też brać pod uwagę stopień rozwoju duchowego penitenta. Spokojnie można zacząć od dziesięciu przykazań, a w pewnym momencie rozwoju można wziąć Hymn o miłości i się z nim konfrontować. Ktoś inny weźmie sobie ewangeliczne Błogosławieństwa i będzie się z nimi konfrontował na zasadzie pewnego wezwania, planu, do którego ma dostosować życie.

W konfesjonale preferuję „regułę trzech palców”, bo wydaje mi się najbardziej sprawna i łatwa – w różnym wieku, w różnych sytuacjach – do zastosowania: relacja do Boga, do drugiego człowieka i do siebie. Myślę, że w tym się zawierają wszystkie przykazania i podstawowe zobowiązania człowieka w tych relacjach.

Pytania w rachunku sumienia powinny mieć Ojca zdaniem charakter otwarty? Wciąż wielu wiernych myśli w kategoriach ilościowych: „Ile razy popełniłem dany grzech?”.

Przy grzechach śmiertelnych jest obowiązek wyznawania ich liczby i ważnych okoliczności. W innych wypadkach wiele zależy od sytuacji. Jeżeli ktoś nie był u spowiedzi od dwudziestu lat, to siłą rzeczy pytania w rachunku sumienia muszą być dosyć precyzyjne. Ale pamiętajmy, że kreatywność ludzka jest olbrzymia także w czynieniu zła. Więc obok tych formuł zawsze trzeba zadać pytanie, czy jest coś jeszcze, co sumienie wyrzuca penitentowi.

Trzeba to jasno powiedzieć: jeśli jakiegoś pytania nie ma w rachunku sumienia, to nie znaczy, że coś nie jest grzechem. A jeżeli w rachunku sumienia penitent konfrontuje się z czymś, czego nie potrafi ocenić, to dla spokoju sumienia niech o to zapyta spowiednika.

A co jeśli ani spowiednik, ani penitent nie wpadli na coś, o co mogliby jeszcze zapytać, a rzecz dotyczy sprawy wcale niebłahej? Czy wówczas wszystkie grzechy zostają odpuszczone?

Oczywiście, że tak. Wyznanie grzechów jest przede wszystkim sprawą penitenta. Spowiednik nie siedzi w jego głowie. Jest zasada, że mu się wierzy, a druga jest taka, że właściwe pytania mogą czasami pomóc, ale kapłan w związku z tym nie ma obowiązku dopytywać o jeszcze kolejne sprawy. Zakłada, że penitent chce wyznać takie, a nie inne grzechy. I jeżeli na danym etapie sumienie mu mówi, że to jest grzechem, to spowiedź jest ważna i owocna.

Inna sytuacja powstaje, jeśli ktoś zataja jakiś grzech, a inna, kiedy nie ma świadomości moralnej, że coś jest grzechem. A to zdarza się na przykład choćby odnośnie do moralności seksualnej, bardzo różnie przeżywanej. Dzisiaj bardzo często sądzi się – co wynika też z braków w katechezie, formacji chrześcijańskiej – że gorące, serdeczne, a może nawet prawdziwe uczucie usprawiedliwia każdą formę zachowań seksualnych. „Ale ja go/ją kocham” – i to jest usprawiedliwienie. Tutaj nieraz jest duży problem z uznaniem, co grzechem jest albo nie jest. Spokojne wyjaśnienie powinno być dla penitenta pomocne.

Bywają też takie obszary w życiu, na przykład Polaków, na które na skutek różnych wydarzeń historycznych bardzo trudno spojrzeć z punktu widzenia moralnego. Dotyczy to na przykład obowiązków wobec państwa. Dla wielu przez długi czas państwo w ogóle nie było ich własnością, tylko strukturą opresji. I teraz to państwo jest moje, cokolwiek bym o nim myślał, czy jest dobrze, czy źle rządzone, ale ono jest moje, nasze i teraz mam wobec niego pewne obowiązki, mam też obowiązki wobec społeczności lokalnej. Bardzo często są to rzeczy, które nie wchodzą w zakres rozeznawania moralnego penitenta. Po prostu wielu z nas posługuje się rachunkiem sumienia na miarę tego, jaki zna z książeczki przed pierwszym przystąpieniem do spowiedzi. Albo robi to w pośpiechu, tak jak żyje w pośpiechu, przegapiając wiele istotnych spraw.

Jeżeli przypomniałem sobie wydarzenie, które miało miejsce pewien czas temu, ale w międzyczasie przystąpiłem kilkakrotnie do spowiedzi bez wyznawania tego grzechu, co powinienem uczynić?

Warto przy okazji tego pytania dokonać rozgraniczenia. Jeżeli coś niepokoi, to radziłbym, żeby to wyznać spowiednikowi, powiedzieć, że dopiero teraz to sobie uświadomiłem i niepokoi mnie to. To świadectwo mojej pokory, stawienia się przed Bogiem. Uchroni mnie też przed wątpliwościami.

Pamiętajmy, że dla rozumienia grzechu jest ważny moment, kiedy go popełniam. Jeżeli go popełniałem, nie mając świadomości, że jest grzechem, a tę świadomość zyskam dziesięć lat później, to ten czyn w moim rachunku sumienia nie był grzechem. Jeśli dziecko eksperymentalnie pali papierosy, ale dopiero jako osiemnastolatek zyskuje zrozumienie, czym jest palenie, zaczyna się z tego świadomie spowiadać, bo rozumie, że paląc, szkodzi swojemu zdrowiu. Nagle też może się obudzić sumienie: „O, Boże, paliłem już i się z tego nie spowiadałem!”. Dobrze, ale jako dzieciak, kiedy eksperymentowałeś, nie miałeś tej świadomości, więc trudno mówić o takiej wadze grzechu, jaka jest w tej chwili.

A jeśli taka sytuacja dotyczy moich działań jako osoby dorosłej: dopiero z perspektywy czasu widzę zło czy też grzeszność jakiegoś czynu albo cierpienie, którego ktoś przeze mnie doznał?

Mogę próbować przewidzieć, jakie będą efekty moich działań, ale nie zawsze uda mi się właściwie rozeznać sytuację. W postawionym pytaniu nie ma problemu, ponieważ intencje w momencie podejmowania decyzji były dobre: liczyłem na to, że moje postępowanie przyniesie dobro. Mamy więc do czynienia z kwestią błędu czy skutku obiektywnego, który jest ode mnie niezależny i nie podlega ocenie, gdyż nie potrafiłem go wówczas w całości uchwycić.

Kolejnym elementem utrudniającym ocenę sytuacji może być wzburzenie emocjonalne. Po prostu działam pod wpływem emocji. Oto przykład, wcale nadal nierzadki: dziecko denerwuje rodzica, a ten je uderza. To była pierwsza reakcja rodzica, a dopiero po chwili przyszła świadomość, że przekroczył granicę i dokonał czegoś, co nie powinno się zdarzyć. Jak takie zdarzenie ma ocenić rodzic, a jak spowiednik? W chwili czynu trudno mówić tu o pełnej świadomości zła. Aby czyn był grzechem, ma być świadomy i dobrowolny. Gdyby ta osoba mogła spokojnie rozważyć sytuację, nie uderzyłaby dziecka. A może trzeba było jeszcze coś zrobić, żeby ustrzec siebie i swoje dziecko przed tego typu reakcjami? Mówimy o zdarzeniu nagłym, zaskakującym dla rodzica i dla dziecka, a nie o postępowaniu zaplanowanym i zrealizowanym, by zadać ból.

Podobnie jest z kłótnią dwojga bliskich osób – męża i żony. Czy naprawdę mąż lub żona, przychodząc zmęczeni z pracy, podenerwowani czymś w drodze, tylko czekają, aby się wzajemnie poranić, żeby „gryźć” w reakcji na dowolny bodziec? Tutaj zawsze bardzo ważne będą uwarunkowania podmiotowe. Tego jednak nie odkryje kapłan podczas sakramentu pokuty. Sami musimy spróbować to zobaczyć podczas rachunku sumienia.

Osoby wrażliwe mogą wyolbrzymiać tę sytuację i swój ewentualny wkład w kłótnię, a inne mogą ją bagatelizować. Lepiej byłoby się nie tyle obwiniać, ile pytać, czy dało się zareagować inaczej. Dostrzegając, że tak może wyglądać sytuacja, często pytam penitentów: „A może to nie jest problem tylko tej jednej sytuacji, tylko na przykład przemęczenia? Może trzeba pomyśleć – choćby w trosce o realizację piątego przykazania w aspekcie szacunku dla siebie – o chwili odpoczynku, bo reagujesz nieadekwatnie i ranisz swoich bliskich?”.

Czy rachunek sumienia lepiej robić w konfrontacji z jakimś tekstem, czy raczej zaufać własnemu wyczuciu?

Nie musimy robić rachunku sumienia z tekstem. Musi być w nim natomiast pewna struktura, na której się oprę. Choćby wspomniana zasada trzech palców. Jeśli ktoś potrafi się spowiadać na podstawie przykazania miłości i ma wyrobiony sposób stosowania prawa miłości, to wspaniale. Jeżeli ktoś to potrafi zrobić na podstawie Ośmiu Błogosławieństw, też nie ma problemu.

Tylko wtedy czasami pojawia się lęk, że im bardziej coś subiektywne czy im mniej tych pomocy z zewnątrz w postaci pytań, tym więcej rzeczy może mi umknąć i ukryć się przed moim sumieniem.

Dekalog jest tak obszerny, że jeżeli się go dobrze przemyśli, to przygotowanie do spowiedzi będzie w zupełności wystarczające. Ale – i to jest problem ludzi dzisiaj – na rachunek sumienia potrzeba czasu. Co do pytań, które dotyczą każdego możliwego grzechu w życiu – bo i takie karkołomne wyliczenia się zdarzają – to myślę, że żaden moralista nie jest aż tak kreatywny, by wszystko wyliczyć, wszelkie możliwe sposoby zgrzeszenia. Nie trzeba się też gubić w tropieniu grzechów wręcz wyimaginowanych albo dowiadywaniu się o grzechach, których miało się szczęście nie poznać i nie popełnić.

Rachunek sumienia zawsze będzie przeprowadzany pod wypływem jakiejś formacji religijnej. Wiadomo, że jak ona się będzie pogłębiać, czyli jeżeli będę bliżej w relacji z Bogiem, to ten rachunek będzie coraz bardziej subtelny. Praktyka czy rodzaj działania duchowego nie może być oderwany od całości mojego życia. Jeżeli nie modlę się czy nie korzystam z sakramentów lub uczestniczę w nich rzadko, to siłą rzeczy mój rachunek sumienia będzie stawaniem przed Kimś obcym, przed Kimś, kogo słabo znam. Bóg będzie mi daleki, więc rachunek sumienia upodobni się do składania przez podatnika rozliczenia w urzędzie skarbowym. Nie będzie w tym bliskości i życzliwości, które są tak ważne w wierze.

 

Jordan Śliwiński OFMCap, Olaf Pietek


polecamy:

72396

Wsłuchiwanie się w szept Boga

Wsłuchiwanie się w szept Boga

Rachunek sumienia to czas modlitwy. Jego zupełny brak lub robienie go niestaranne, bez systematycznego wysiłku pracy na sobą, całkowicie nas spłyca i spra­wia, że stajemy się niewrażliwi na delikatne, a zarazem zdecydowane działanie Chrystusa, mieszkającego w na­szych sercach.

Z drugiej strony pusta refleksja nad sobą, ograniczająca się wyłącznie do analizy psychologicznej lub niezdrowa introspekcja nie poszerza horyzontów, a wręcz przeciwnie, rodzi realne niebezpieczeństwo za­grzebania się w sobie.

Rachunek sumienia staje się modlitwą i jest duchowo skuteczny tylko wtedy, gdy stanowi kontynuację modlitwy osobistej. Bez czynnika modlitwy rachunek sumienia upływa na jałowym rozmyślaniu nad sobą, a jego celem staje się osobiste doskonalenie, coś, co podsyca ambicje człowieka. W modlitwie Bóg Ojciec objawia nam swą wolę i to w taki sposób, jaki On uważa za najlepszy. Uczy nas widzieć wszystko w Chrystusie. Mówi o tym św. Paweł: Bóg zechciał oznajmić, jak wielkie jest bogactwo chwały tej tajemnicy pośród pogan (Kol 1, 27). Modląc się doświadczamy na różne sposoby (co często trudno jest zwerbalizować) tego odsłaniania się Tajemnicy Ojca w Chrystusie. Duch Jezusa zmartwychwstałego czyni nas zdolnymi do odczuwania i zrozumienia Jego wezwania, abyśmy dzięki temu upodobnili się do Tego, który nam się objawia.

Modlitwa, jeśli nie jest odpowiedzią na wezwanie Chrystusa, staje się czymś pustym. Pełne szacunku i uległości otwarcie się wobec Pana, bez pokusy moralizowania i osądzania siebie, postawa „posłuszeństwa w wierze”, o czym wspomina św. Paweł (Rz 16, 26), to wszystko, o co chodzi w codziennym rachunku sumienia, aby praktykując go, móc wyczuć i zidentyfikować osobiste zaproszenie Pana, który nas pociąga ku sobie i wzywa, by nie ulegać subtelnym podszeptom i sugestiom, które są Mu przeciwne. Bez takiej postawy wobec Boga codzienna praktyka rachunku sumienia spłyca się i zamiera. Bez wsłuchiwania się w głos Ojca, który objawia nam swą wolę i wskazuje drogi, którymi mamy kroczyć – drogi tak różne Jego dróg (Iz 55, 8-9) – rachunek sumienia przeradza się w praktykę ubiega­nia się o osobistą doskonałość, o perfekcjonizm lub co gorsza, jest okazją do pójścia własnymi naznaczonymi egoizmem drogami. Bez modlitwy rachunek sumienia jest czymś ubogim, co nie oddaje tego wspaniałego do­świadczenia, przez które Pan zaprasza nas nieustannie do udzielenia Mu odpowiedzi, porządkując własne życie. Z drugiej strony prawdą jest też i to, że modlitwa kontemplacyjna uprawiana bez systematycznego rachunku sumienia wyobcowuje z życia i staje się czymś sztucznym. Czas formalnej modlitwy może stać się bowiem w codzienności okresem „arcyświętym”, nietykalnym, lecz zupełnie wyizolowanym z reszty życia, w którym być może brakuje już czasu na jakąkolwiek refleksję. Prawdziwa modlitwa winna prowadzić do odnajdywania Boga we wszystkich rzeczach na każdej płaszczyźnie re­alnego życia.

Codzienny rachunek sumienia pozwala nam pełniej i bardziej realnie widzieć Boga, to, jak On nas prowadzi i odczytywać Jego plany w szarzyźnie dnia codziennego, tak abyśmy mogli odnajdywać Boga we wszystkim i wszędzie, nie tylko w czasie wydzielonym specjalnie na modlitwę.

George A. Aschenbrennen SJ


polecamy:

74057

Krótka pomoc w rachunku sumienia

Krótka pomoc w rachunku sumienia

Staraj się przygotowywać do spowiedzi w miarę możliwości regularnie i często, w atmosferze modlitwy. Mogą Ci w tym pomóc te pytania:

Nie będziesz miał bogów innych oprócz Mnie (Pwt 5, 7), Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem (Mt 22, 37).

Czy staram się kochać Pana tak, jak mówi Biblia?
Czy jest On na pierwszym miejscu w moim życiu, czy mam w życiu odpowiednią hierarchię wartości?
Czy staram się odrzucić wszystko, co staje między mną a Nim, wszystko, co przeszkadza mi w relacji z Nim: pieniądze, przyjemności, przesądy lub władzę?
Czy słucham z wiarą Słowa Bożego?
Czy jestem wytrwały na modlitwie? Czy nie rezygnuję z niej bez powodu?

Nie będziesz brał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy (Pwt 5,11)

Czy szanuję imię Boże?
Czy nie nadużywam odwoływania się do Boga, aby Go obrazić lub posłużyć się Nim w dyskusjach, kłótniach, zamiast Mu służyć?
Czy błogosławię Boga we wszystkim, co robię?
Czy jestem posłuszny Jego woli co do mnie i czy w pełni Mu ufam?
Czy z pokorą i ufnością pozwalam się prowadzić pasterzom Kościoła?
Czy staram się pogłębiać i wzbogacać moje życie w wierze?

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił (por. Pwt 5, 12−15)

Czy umieszczam niedzielę w centrum tygodnia i czy świętuję inne dni poświęcone Panu?
Czy z wiarą i zaangażowaniem uczestniczę w liturgii, i czy staram się, by przynosiła ona owoce w moim życiu?
Czy w dzień świąteczny wykonuję gesty miłości w stosunku do potrzebujących?

Czcij swego ojca i swoją matkę (Pwt 5,16)

Czy kocham i szanuję tych, którzy dali mi życie?
Czy staram się ich zrozumieć, pomagać im, zwłaszcza w ich słabościach i ograniczeniach?

Nie będziesz zabijał (Pwt 5, 17)

Czy staram się szanować i walczyć o życie na wszystkich jego etapach (od poczęcia do naturalnej śmierci) i we wszystkich jego aspektach?
Czy robię wszystko, na co mnie stać, dla dobra innych?
Czy nie skrzywdziłem kogoś z wyraźną intencją zrobienia tego?
Czy jestem gotowy do pomocy, zwłaszcza biedniejszym i słabszym?
Czy kocham siebie samego i potrafię zaakceptować własne ograniczenia?

Nie będziesz cudzołożył (Pwt 5, 18), Nie będziesz pożądał żony swojego bliźniego (Pwt 5, 21)

Czy dbam o czystość myśli i uczynków?
Czy staram się kochać bezinteresownie, bez kierowania się pokusą posiadania i zazdrości?
Czy szanuję zawsze i we wszystkim godność osoby ludzkiej?
Czy traktuję moje ciało i ciało innych jak świątynię Ducha Świętego?

Nie będziesz kradł (Pwt 5, 19), Nie będziesz pragnął […] żadnej rzeczy, która należy do twojego bliźniego (Pwt 5, 21)

Czy szanuję dobra otrzymane od Boga?
Jestem uczciwy w pracy i w relacjach z innymi?
Czy szanuję owoce cudzej pracy?
Czy nie zazdroszczę?
Czy liczę się ze szczęściem innych, a może myślę wyłącznie o własnym?

Jako świadek nie będziesz mówił przeciw bliźniemu twemu kłamstwa (Pwt 5, 20)

Czy jestem szczery w moim słowie i czynie? Czy zawsze mówię prawdę?
Czy staram się ufać innym i postępuję tak, aby zasłużyć na zaufanie?
Czy staram się podążać za Jezusem, być taki, jak On: pokorny, ubogi i czysty?

Czy z wiarą spotykam się z Panem w sakramentach?
Czy szukam Go w drugim człowieku, w służbie ubogim?
Czy żywię nadzieję na życie wieczne, patrząc na rzeczywistość w świetle wiary, w świetle Boga?
Czy zawsze ufam Jego obietnicom?


polecamy:

71231     72396     74057

Obmycie duszy

Obmycie duszy

Żal za grzechy wyraża się w odkryciu zmarnowanych szans i negatywnych konsekwencji aktów, które na etapie pokusy jawiły się jako dobro, a okazały się niszczące, destrukcyjne, raniące i zabójcze dla życia osobistego, społecznego i religijnego.

Autentyczny żal z powodu wystąpienia negatywnych konsekwencji własnych grzechów (zerwanie dobrych życiodajnych relacji z Bogiem, z innymi i z sobą samym) wyzwala przeżycie, które terapeuci określają terminem katharsis. Już sam żal wyrażony często w łzach, które obmywają ludzką duszę, jest procesem duchowego uleczenia i odrodzenia. Rozpoczyna bowiem proces radykalnej przemiany myślenia, zmiany mentalności (metanoia) i prowadzi do podjęcia decyzji nawrócenia.

ks. Romuald Jaworski


polecamy:

74057

Obawa nowych upadków

Obawa nowych upadków

Choć szczerze postanawiamy, by już nie grzeszyć, doświadczenie przeszłości oraz obecna świadomość każą się nam obawiać nowych upadków

Jest oczywiste, że wyznanie grzechów musi się łączyć ze szczerym postanowieniem niepopełniania ich w przyszłości. Gdyby zabrakło tego usposobienia duszy, w rzeczywistości nie można by mówić o skrusze: skrucha bowiem dotyczy zła moralnego jako takiego, gdyby zatem człowiek nie opowiedział  się przeciw potencjalnemu złu moralnemu, nie okazałby odrazy dla zła, czyli nie okazałby skruchy. Tak jednak jak skrucha powinna wypływać przede wszystkim z żalu za to, że obraziło się Boga, tak postanowienie niepopełniania grzechów musi się opierać na Bożej łasce, której Chrystus nie odmawia nigdy człowiekowi, czyniącemu wszystko, co w jego mocy, aby postępować uczciwie.

Gdybyśmy chcieli oprzeć postanowienie niegrzeszenia wyłącznie lub w głównej mierze na własnych siłach, powołując się na swą rzekomą samowystarczalność lub kierując się swoistym chrześcijańskim stoicyzmem czy odradzającym się znów pelagianizmem, odrzucilibyśmy tę prawdę o człowieku, od której rozpoczęliśmy nasze rozważania, tak jakbyśmy mówili Bogu – bardziej lub mniej świadomie – że już Go nie potrzebujemy. Warto tu też przypomnieć, że czym innym jest szczere postanowienie, a czym innym osąd rozumu dotyczący przyszłości: jest bowiem możliwe, że choć szczerze postanawiamy, by już nie grzeszyć, doświadczenie przeszłości oraz obecna świadomość każą się nam obawiać nowych upadków; to jednak nie przekreśla autentyczności postanowienia, jeśli tylko z lękiem tym łączy się wola, wspomagana modlitwą, by uczynić wszystko, co możliwe, w celu uniknięcia grzechu.

 

Jan Paweł II, Przesłanie Papieża do uczestników kursu zorganizowanego przez Penitencjarię Apostolską, „L’Osservatore Romano” (wyd. pol.), 6/1996


polecamy:

74057