Skrucha. Otwórz oczy, bo widzisz coraz słabiej

Skrucha. Otwórz oczy, bo widzisz coraz słabiej

Kościół zawsze podkreślał, że w nawróceniu charakterystyczne są trzy aspekty: skrucha, wyznanie grzechów oraz zadośćuczynienie, czyli to, co większość ludzi nazywa dzisiaj pokutą. Przybierają one różne formy zależnie od tego, czy penitent przystępuje indywidualnie do sakramentu pojednania, czy też uczestniczy we wspólnotowym celebrowaniu.

Jednym z najważniejszych tekstów Nowego Testamentu na temat natury skruchy jest przypowieść o synu marnotrawnym. Zasadnicze jej przesłanie zostało wyrażone poprzez porównanie wrażliwego serca młodszego brata z kamiennym sercem starszego. Nie jest to jednak jedyna prawda, jaką Jezus ukazał nam w tej przypowieści. Dla wielu bowiem osób jej głównym bohaterem nie jest syn – rozrzutnie wydający pieniądze, lecz ojciec – rozrzutnie rozdający swą miłość. Tragedia ojca polegała na tym, że obaj synowie – oczywiście każdy na swój sposób – byli ślepi na ogrom jego miłości, mimo iż mieszkali z nim tak długo pod jednym dachem. Istotnie, grzech jest swego rodzaju ślepotą. Przypowieść ta wzywa nas zatem do otwarcia oczu i przyjęcia miłości Niebieskiego Ojca, od którego odsuwamy się, kiedy grzeszymy. Zauważmy, że źródłem naszych grzechów jest w dużej mierze zamknięcie się na dobroć Boga.

W przypowieści o synu marnotrawnym lub – jak chcą niektórzy – o dobrym ojcu Jezus ukazał nam prawdziwe oblicze Boga. Niestety, bardzo często zdarza się, że chrześcijanie posługują się przez całe życie fałszywymi obrazami Boga, nie zastanawiając się w ogóle nad ich wiarygodnością. Sądzimy na przykład, że ofiarowujemy swą skruchę Bogu Jezusa Chrystusa, gdy tymczasem w wielu wypadkach wyrażamy ją komuś innemu. Czyż nie brak ludzi, którzy wyobrażają sobie, że ich Bóg jest policjantem, dyktatorem bądź surowym sędzią? Takie wyobrażenia odnoszą się być może do bożków pogańskich, lecz nie mają nic wspólnego z objawionym nam przez Jezusa Ojcem Niebieskim. Prawdopodobnie znamy na pamięć wszystkie właściwe definicje Boga i bez zająknięcia potrafimy powtórzyć pięć warunków dobrej spowiedzi. W głębi serca jednak nosimy w sobie lęk przed Bogiem policjantem. Lęk ów stanowi bardzo często prawdziwy motyw naszych słów i czynów. Bez względu na przyczyny powstawania takich fałszywych obrazów Boga musimy sobie uświadomić, że są one poważną przeszkodą w życiu modlitwy i oddzielają nas od Boga Nowego Testamentu.

Ludzie niekiedy pytają o sens i istotę nawrócenia, lecz nie jest to jedyna wątpliwość, jaka może powstać w związku z sakramentem pojednania. Jeżeli na przykład popełniamy stale te same grzechy, trudno uwierzyć w szczerość swoich dobrych postanowień. Niezmiernie ważną sprawą jest także rozpoznanie własnych wyobrażeń o Bogu oraz więzi z Nim. Niektórzy ludzie nie myślą prawie wcale o konieczności odnowy życia i dlatego twierdzą, że nie mają żadnych problemów w tej dziedzinie. Ich życiem rządzi rutyna, a oni sami traktują Boga dość powierzchownie. Ludzie tacy nie potrafią dostrzec prawdziwej wartości sakramentu pojednania, który pozostaje dla nich jedynie martwą literą.

Konflikt pomiędzy łaską a grzechem odzwierciedla w gruncie rzeczy zmagania światłości z ciemnością. Jednym z przejawów owej ciemności jest także nasza ślepota – nie widzimy bowiem rzeczywistej dobroci Boga i nie umiemy obiektywnie spojrzeć na siebie ani na swoje grzechy. Powróćmy ponownie do przypowieści o synu marnotrawnym. Zauważyliśmy już, że obaj bracia znali swego ojca przez tak wiele lat, a mimo to żaden z nich nie poznał naprawdę jego dobroci. Nie zdawali oni sobie w ogóle sprawy z własnej niewdzięczności i grzeszności. W taki właśnie sposób powstaje mechanizm błędnego koła – im bardziej zamykamy oczy na prawdziwe oblicze Boga, tym mniej jesteśmy świadomi prawdy o swej grzesznej kondycji.

Obserwacja ta prowadzi nas do osobliwego paradoksu życia duchowego: żaden człowiek nie jest tak mocno przekonany o własnej grzeszności jak święty. Paradoks ten wiele nam mówi o istocie nawrócenia. Przybliżając się do Boga, poznajemy coraz głębiej Jego dobroć, a wówczas – w blasku Jego chwały – odkrywamy ciemności zamieszkujące naszą duszę. Święci nie są bynajmniej oszustami. Przeciwnie, to oni właśnie dostrzegają wyraźnie prawdę o Bogu i ludzkiej naturze. Wzrastaniu w Bożej miłości towarzyszy nieodmiennie postawa skruchy.

Dzięki łasce sakramentu pojednania otrzymujemy nie tylko odpuszczenie grzechów i umocnienie woli, lecz także siłę do pokonania własnej ciemności. Sakrament ten prowadzi nas zatem ku światłu oraz objawionemu przez Jezusa Ojcu. Nie wystarczy znać katechizm czy Nowy Testament bądź recytować z pamięci warunki dobrej spowiedzi. Nie wystarczy również wiedzieć, że Bóg jest miłością. Wiedza ta musi bowiem przeniknąć z głowy do serca i sięgnąć ku najgłębszym zakamarkom duszy, oczyszczając stopniowo wszystkie nasze pragnienia i przemieniając nas samych zgodnie z zamysłem Boga. Z całą pewnością żaden człowiek nie potrafi dokonać tego wyłącznie o własnych siłach. Możemy natomiast uczynić to, czerpiąc moc z sakramentu pojednania.

Raymond Moloney SJ


Polecamy:

59334     66288     74083     75053     71755     75730

Zrozumieć grzech nieczystości – wykorzystywanie przez seks

Zrozumieć grzech nieczystości – wykorzystywanie przez seks

Wykorzystywanie innych poprzez seks dokonuje się na różnych etapach, jednak na każdym z nich przynosi katastrofalne skutki.

Problem wykorzystywania innych w celach erotycznych czy hedonistycznych wiąże się z jedną z najstarszych ponoć profesji świata. Przykładem są domy publiczne w starożytnym Efezie. Zachowany tam do dzisiaj kompleks zabudowań o tej funkcji pochodzi z IV wieku. Zdobiony bogatymi i pięknymi mozaikami, składa się z pokoi i salonów zgrupowanych wokół podwórza. „Pracujące” w nim inteligentne, wykształcone i urodziwe kobiety, chociaż wykorzystywane przez mężczyzn, cieszyły się szczególnymi przywilejami, nieznanymi zwykłym rzymskim kobietom; posiadały własne nieruchomości, miały możliwość udziału w życiu publicznym (w demonstracjach czy wyborach!), a także prawo wyboru klientów. Wspominam o Efezie, gdyż podczas zwiedzania tego starożytnego miasta Maryi i Jana Apostoła uderzyło mnie, że właśnie tam powstały pierwsze na świecie reklamy domów publicznych – zachowane do dziś w bardzo dobrym stanie reliefy ukazują lewą stopę i portret kobiety ozdobiony dekoracjami.

Miłość i seksualność nie mogą być przedmiotem handlu. Starożytna pieśń o miłości głosi: Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko (Pnp 8, 7). Tego rodzaju „transakcje” są godne pogardy. „Miłość za pieniądze”, która w rzeczywistości jest iluzją, pozorem miłości, upokarza osobę, dewaluuje seksualność ludzką. Kto chce „kupić” miłość, w rzeczywistości nabywa wyłącznie przedmiot seksualny i upokarza siebie samego oraz drugą osobę.

Film Adriana Lyne’a Niemoralna propozycja trafnie oddaje konsekwencje separacji miłości od seksu. Para młodych, zakochanych, ale zadłużonych ludzi przyjmuje propozycję miliardera, który godzi się spłacić ich długi za jedną noc spędzoną z kobietą. Bohaterka (Demi Moore) przyjmuje propozycję, próbując racjonalizować jej niemoralność: To tylko moje ciało. To nie jest moja dusza. Spędza noc z bogatym człowiekiem, a następnie powraca do narzeczonego. Okazuje się jednak, że ta jedna noc rujnuje ich związek. Wprowadza nieufność, rodzi cierpienie i ostatecznie doprowadza do rozpadu. Próba trywializacji seksu i odłączenia go od sfery emocjonalnej i duchowej kończy się tragicznie.

Wykorzystywanie innych poprzez seks dokonuje się na różnych etapach, jednak na każdym z nich przynosi katastrofalne skutki. W małżeństwie wiąże się z nieumiejętnością tworzenia właściwych trwałych relacji. Dochodzi do nadużyć emocjonalnych i fizycznych. Coraz częstszym zjawiskiem są zdrady małżeńskie. Ich skutkiem jest życie w kłamstwie, brak zaufania, cierpienie, porzucenia, rozwody, a w konsekwencji trauma, jaką przeżywają dzieci.

Seksualność w młodym wieku stanowi zwykle próbę „sprawdzenia się”, potwierdzenia orientacji seksualnej bądź wynika ze zwykłej ciekawości. Druga osoba bywa taktowana instrumentalnie, przedmiotowo, zostaje sprowadzona do testu orientacji, cechującego się znacznym brakiem empatii, brakiem poznania i wejścia w świat innego człowieka. Młodzi ludzie często nie liczą się z przeżyciami innych, traktując ich jako środek do rozładowania napięcia. Panuje przekonanie, że relacje seksualne stanowią czynność fizjologiczną; w efekcie można je postawić na tym samym poziomie co… jedzenie i picie! Dlatego nie ceni się czystości przedmałżeńskiej. W nie tak dawnych czasach było inaczej. Dziś uchodzi za wadę, której należy się wstydzić i która jest przedmiotem żartów. Nieczystość to upokorzenie ciała, cudzego i własnego. Paradoksem naszych czasów jest to, że nie tylko tolerujemy to upokorzenie, ale się nim szczycimy.

Agresja związana z seksualnością, występująca u młodych ludzi, bywa podszyta lękiem. Lęk przed bliskością i uczuciem może być u mężczyzny skutkiem braku głębszej relacji emocjonalnej z ojcem lub posesywnej miłości matki i prowadzić do ciągłych poszukiwań i zmian partnerek (J. Augustyn). W rezultacie pojawia się głęboki kryzys tożsamości (kobiecości, męskości) oraz zagubienie poczucia własnej wartości.

Najtragiczniejsze konsekwencje przedmiotowego traktowania sfery seksualnej ponoszą dzieci. Rozpad rodzin i luźne związki prowadzą do ran emocjonalnych, braku tożsamości oraz rozbicia duchowego. Jeszcze straszliwsze żniwo zbiera wykorzystywanie emocjonalne i seksualne dzieci, często powiązane z agresją, pornografią i alkoholizmem.

Do wszystkich wypaczeń w sferze seksualnej przyczynia się lansowana dziś kultura swobody i „wolności”. Propaguje się przekonanie, że aktywność seksualna jest sprawą prywatną i każdy ma do niej „prawo” bez żadnych ograniczeń. Nie uwzględnia się przy tym konsekwencji społecznych, jakimi są np. rozwody, adopcje, ani praw bezbronnych (antykoncepcja, aborcje). Ponadto trzeba wliczyć ogromne koszty materialne, społeczne i psychiczne związane z rodzinami dysfunkcyjnymi, patologicznymi.

Współczesna kultura europejska staje się panseksualna. Do tego dochodzi obsesja natychmiastowego zaspokajania wszelkich potrzeb i popędów oraz przekonanie, że bez seksu nie można żyć. Przemysł, turystyka, reklama nastawione są na oferowanie coraz bardziej wyrafinowanych lub perwersyjnych „usług” seksualnych. Buduje się „raj” na ziemi, niszcząc godność i wartość drugiego człowieka.

Kolejnym skutkiem oddzielania technicznie traktowanej seksualności od miłości jest uzależnienie seksualne. Sprawia ono, że relacje seksualne nie stanowią już sfery intymnej ani przyjemności, ale stają się obsesją. Seksoholicy nie są w stanie kontrolować myśli, uczuć ani zachowań; nie potrafią dokonywać wyborów. Seks (podobnie jak dla alkoholików butelka) staje się pierwszą potrzebą. Dla niej są w stanie zrezygnować z innych wartości, np. rodziny, przyjaźni, pracy, zdrowia.

O uzależnienie od pornografii jest dziś stosunkowo „łatwo” ze względu na szeroki dostęp do treści pornograficznych. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku były one zjawiskiem relatywnie rzadkim, szczególnie za żelazną kurtyną. Gdy w roku 1984 byłem na wspominanym już kursie językowym w Oksfordzie, wszystko było nowe, zachwycające, pociągające… Jeden z moich kolegów tak bardzo zachłysnął się Zachodem, że zapragnął iść do kina na… film pornograficzny. Ale Pan Bóg miał poczucie humoru i spłatał mu figla. Po przestudiowaniu repertuaru i zdecydowaniu się (z wielkim bólem) na wydanie ogromnej (w przeliczeniu na złotówki) sumy wybrał premierowy film Supergirl. Wrócił jednak z kina niepocieszony, gdyż okazało się, że „film erotyczny” był w rzeczywistości… kreskówką dla dzieci i młodzieży, odmianą znanego Supermana. Dzisiaj tego typu zabiegi – jak te, które poczynił mój kolega – są niepotrzebne. Seks króluje w mass mediach niemal na każdym kroku.

Szkody będące wynikiem uzależnienia seksualnego są nie do naprawienia. W sferze emocjonalnej są nimi smutek, poczucie winy, apatia, gniew i agresja wobec siebie, infantylizm… Negatywne myśli na swój temat, wyrzuty sumienia, wstyd i nienawiść do samego siebie stwarzają rodzaj presji. Osoby uzależnione od seksu poszukują w nim pocieszenia i przyjemności. W ten sposób powstaje błędne koło postępującej choroby, która w końcu pozbawia ich życie sensu. W pracy zawodowej pojawiają się trudności z koncentracją, cierpliwością, punktualnością, obowiązkowością. Myślenie uzależnionego opiera się na kłamstwie, zaprzeczeniu, usprawiedliwieniu, bagatelizowaniu i projekcji, nawet wtedy, gdy ustaje natręctwo. Uzależnionym od seksu zdarza się również myślenie typu paranoicznego i mania prześladowcza. W sferze rodzinnej i społecznej uzależnienie, przejawiające się egoizmem, powoduje, że coraz mniej czasu, zainteresowania, troski i pieniędzy poświęca się najbliższym i przyjaciołom. Pojawia się przemoc i nadużycia. Dochodzi do rozpadu związków. Cały czas i energia są marnotrawione na zaspokojenie popędu, a potem na łagodzenie jego skutków.

Patrick Carnes w nieco kontrowersyjny sposób grupuje uzależnienia seksualne na trzech poziomach: pierwszy mieści się w czynnościach uważanych za normalne, akceptowalne i do przyjęcia (np. obsesyjna masturbacja, pornografia, homoseksualizm czy upokarzające relacje heteroseksualne, seks przez telefon, transwestytyzm, fetyszyzm, sadyzm lub masochizm); drugi poziom to zachowania ewidentnie szkodliwe i karalne prawnie (np. prostytucja, voyeuryzm, ekshibicjonizm, nekrofilia, molestowanie seksualne); trzeci z kolei to zachowania, które mają poważne konsekwencje prawne dla uzależnionego (np. kazirodztwo, pedofilia, gwałt).

Stanisław Biel SJ


Polecamy:

64372     dasz rade front     72396     75730     71755     71571

Badanie wnętrza przydatne do dobrej spowiedzi

Badanie wnętrza przydatne do dobrej spowiedzi

Jak dobrze przygotować się do spowiedzi medytując przypowieść O synu marnotrawnym?

  1. Znajdź dłuższą chwilę czasu, nie krócej niż 15 minut, i odpowiednie miejsce.
  2. Poproś Ducha Świętego o poznanie swoich grzechów i miłosierdzia Ojca.
  3. Przeczytaj uważnie fragment Ewangelii św. Łukasza O synu marnotrawnym (Łk 15, 11–32).
  4. Następnie spróbuj odpowiedzieć na zaproponowane poniżej pytania, patrząc na siebie przez pryzmat postawy młodszego syna, starszego i ojca. Nie musisz odpowiadać na wszystkie pytania. Skup się na tych, które szczególnie cię poruszą.
  5. Na końcu wzbudź żal i poproś Ducha Świętego, by w sakramencie pojednania dał ci siłę i nadzieję zmiany na lepsze.

 

Młodszy syn

Czy zauważam to, co otrzymuję od innych: Boga, rodziców, przyjaciół, swojej ojczyzny? Czy doceniam trud, miłość i troskę moich najbliższych?

Czy jestem im za to wdzięczny?

Czy za rzeczami i darami, którymi się cieszę, rozpoznaję tych, którzy mi je dają? A może patrzę na nich tylko przez pryzmat tego, co powinni mi dać?

W czym upatruję moje szczęście? Czego szukam?

Czy jestem świadomy, że pragnienia w człowieku są nienasycalne (św. Teresa z Ávila)? Bez jakich rzeczy, pragnień, osób, przyjemności nie mogę się, moim zdaniem, obejść? Dlaczego?

Czy w życiu pragnę osiągnąć coś, czego nie da się przełożyć na pieniądze i posiadanie? Na ile w moich relacjach z innymi jestem bezinteresowny? Czy są takie działania w moim życiu, dzięki którym daję ludziom coś, nie spodziewając się niczego w zamian?

Jak w moim obecnym życiu wyglądają „dalekie kraje”? Gdzie i jak uciekam przed sobą, Bogiem i bliźnimi? Kiedy czuję, że oddalam się od Boga i innych ludzi? Jak to się objawia? Czy jestem świadomy, że zapominając o Bogu, sprawiam Mu ból?

Czy i w jaki sposób trwonię swoje życie, energię, czas, talenty? Czy nie ulegam różnym formom konsumpcji i powierzchowności, które mnie wewnętrznie wydrążają i pozostawiają rozczarowanym?

Czego chciałbym się pozbyć w swoim życiu, a pomimo wysiłków nie potrafię tego zrobić?

Gdzie doświadczam największej biedy?

Co myślę o sobie, gdy się pogubię i zgrzeszę? Czy widzę nadzieję, a może potępiam się i poniżam?

Czy nie ulegam zniechęceniu? Czy ufam, że Bóg zawsze gotów jest mi przebaczyć? Czy nie chciałbym być bez słabości i grzechów, aby poczuć się bardziej samowystarczalny?

Starszy syn

Jak odnoszę się do innych? Czy nie czuję się od nich lepszy? Czy nie patrzę na nich z góry? Czy nie osądzam i nie potępiam ich wprost lub w myślach?

Na kogo lub na co wyładowuję swój gniew?

Czy uważam, że na wszystko muszę sobie zasłużyć?

Czy spodziewam się nagrody za to, co robię?

Czy chciałbym być bardziej zauważony i doceniony?

W jakich sytuacjach i za co?

O co mam żal do Boga, rodziców, przyjaciół?

Czego, moim zdaniem, nie otrzymuję od nich, a powinienem? Za co oburzam się na innych?

Co mnie w nich denerwuje? Jak często chciałbym usuwać drzazgę z oka brata, nie widząc belki w swoim?

Czy nie boję się Boga jako sędziego, oficera, księgowego?

Czy potrafię się modlić i przyjmować sakramenty nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla Boga?

Czy moja modlitwa nie przypomina chwalenia się i ciągłego proszenia Boga o kolejne dary?

Czy nie szukam usprawiedliwień i wymówek, byleby tylko wybielić samego siebie? Czy nie jestem za bardzo wpatrzony w siebie i swoje poczucie „sprawiedliwości” i bycia porządnym?

Czego zazdroszczę innym? W czym porównuję się z moimi bliskimi, kolegami, gwiazdami sportu, filmu?

Czy jestem w stanie podać rękę i pojednać się z tymi, którzy moim zdaniem nie potraktowali mnie sprawiedliwie lub na to z innych powodów nie zasługują?

Ojciec

Czy potrafię wyobrazić sobie, że Bóg ciągle mnie szuka, że chce mnie wyciągnąć z największych tarapatów?

Jakie uczucia budzi we mnie świadomość, że Bóg tęskni za mną, że jestem dla Niego darem?

Czy mam świadomość, że grzech oddala mnie od Boga, ale nie oddala Boga ode mnie? Czy zdaję sobie sprawę, kim jestem w oczach Bożych? Czy mam świadomość, że grzesząc, zaprzeczam danej mi tożsamości syna lub córki Ojca?

Jakie uczucia się we mnie budzą, gdy słyszę, że Bóg kocha mnie bezwarunkowo? Czy wierzę, że On tak naprawdę niczego ode mnie nie oczekuje?

Co czuję, gdy z Bożych ust słyszę słowa: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie”? Czy czułość i delikatność Boga jest dla mnie do przyjęcia? Jeśli nie, co mi w tym przeszkadza?

Czy wierzę, że zawsze mogę wrócić do Boga?

Czy potrafię również przebaczyć tym, którzy mnie zranili? Czy jest ktoś, do kogo żywię urazę?

Szczególnie dla rodziców

Czy pozwalam dzieciom wypowiadać i realizować ich marzenia? Czy mam w sobie zgodę na to, że dziecko może pójść inną drogą niż ja? Czy nie uzależniam dziecka od siebie?

Czy nie wychowuję dzieci, by mi się potem odwdzięczyły?

Jak okazuję swoim dzieciom czułość i poczucie bezpieczeństwa? Czy je przytulam, pozwalam im doświadczyć mojej bliskości? Czy dzielę się z nimi swoimi uczuciami? I czy przyjmuję ich uczucia?

Czy mam w sobie zgodę, że moje dziecko może pobłądzić? Jak reaguję, gdy dziecko sprawi mi ból?

Co we mnie zwycięża: sprawiedliwość czy miłosierdzie?

Czy w imię sprawiedliwości okazuję mu także gniew, gdy trzeba? Czy okazuję dziecku miłosierdzie przez cierpliwe znoszenie jego błędów, upominanie, tłumaczenie? Czy przyjmuję, że dziecko ma prawo do bycia dzieckiem i ciągłego uczenia się?

Dariusz Piórkowski SJ


Polecamy:

74752     75736     66288     74057     73384     72396     75615-1

Porady spowiednika: co pomaga, a co przeszkadza w dobrej spowiedzi. Cz.2

Porady spowiednika: co pomaga, a co przeszkadza w dobrej spowiedzi. Cz.2

Spróbujmy popatrzeć na przygotowanie do spowiedzi i przeżycie samego sakramentu pojednania przez pryzmat przypowieści o synu marnotrawnym.

Zdarza się, co jest podstępną pokusą diabelską, że penitent zataja z premedytacją ważny i ciężki grzech, aby „wyciągnąć” ze spowiednika rozgrzeszenie. Jeśli spowiednik nie domyśli się, nie dopyta, może udzielić rozgrzeszenia. Ale taka spowiedź jest nieważna, ponieważ sakrament to nie magia ani automat do kawy, w którym uzyskania efektu obojętne jest wewnętrzne nastawienie i postawa człowieka.

Jeśli to możliwe, dobrze spowiadać się u jednego spowiednika. Taka praktyka pomaga w systematycznej pracy nad sobą, bo taki spowiednik z grubsza zna sytuację penitenta. I wbrew pozorom wcale nie dziwi się, że wierny zmaga się z tymi samymi trudnościami i grzechami. Przeciwnie, z czasem może pomóc nam dostrzec głębsze przyczyny i źródła grzechów, fałszywe postawy, rany, uwarunkowania, których się samemu nie zauważa. Ma też zazwyczaj większą wyrozumiałość niż „przypadkowy” spowiednik. W ten sposób może być dużym wsparciem, zwłaszcza w sytuacji, gdy wierzący zmaga się z różnego rodzaju uzależnieniami. Wtedy przedmiotem spowiedzi nie powinny być tylko formalne grzechy wynikające z jawnego przekroczenia przykazań, lecz nasze głębsze postawy, powtarzające się trudności, frustracje, niespełnienia, pożądania, niepokoje, co mnie drażni, blokuje, smuci, namiętności, nieuporządkowane przywiązania. To z nich bierze się większość naszych grzechów widocznych. Spowiedź może się przerodzić w rodzaj duchowej rozmowy. Nie należy się skupiać wyłącznie na tym, co widać, ale bardziej na tym, czego z początku nie widzimy. Takie światło może nam dać tylko Słowo Boże i wytrwałe poddawanie się jego działaniu. Grzech, który widzimy, jest zazwyczaj skutkiem niewidocznych i oddziałujących na nas postaw wewnętrznych.

Nie muszę też informować Boga, a także samego spowiednika, o wszystkich detalach i okolicznościach grzechów, chyba że czasem jest to konieczne dla jasności i pełniejszego obrazu. Zwykle spowiednik sam dopytuje, jeśli nie jest pewny. Wiele rzeczy można się domyślić. Ludzie cierpiący na skrupuły sądzą, że jeśli nie wypowiedzą wszystkich możliwych grzechów, popełnionych i urojonych, wraz z barwnymi opisami, to nie otrzymają rozgrzeszenia. Dla nich Bóg jest urzędnikiem izby skarbowej, który rozlicza z każdego grosza. Jest to choroba duszy, spowodowana fałszywym i lękowym obrazem Boga.

Grzechy też mają pewną hierarchię. Człowiek jest duchem, duszą i ciałem. Generalnie grzechy cielesne, zwłaszcza seksualne, najbardziej przyciągają uwagę i niepokoją. Nie należą one jednak do najcięższych, właśnie z powodu słabości naszego ciała dotkniętego grzechem. Gorsze są grzechy mniej widoczne, duchowe, chociaż zawsze wyrażają się na zewnątrz w naszych słowach i relacjach z Bogiem i ludźmi: nieufność, pycha, obmowa, nienawiść, niewdzięczność, zazdrość, niewiara, różne formy bałwochwalstwa itd. Grzechy wynikające z kościelnych przykazań są też „lżejsze” niż te wynikające z Ewangelii. Pewną pokusą bywa też skupianie się tylko na „jednym” grzechu, np. seksualnym, jakby tylko on istniał. Wtedy człowiek traci z oczu całą resztę. Wydaje mu się, że gdyby się pozbył tej „kuli u nogi”, to już właściwie spowiedzi… nie będzie potrzebował. I często dopóki to wewnętrzne przekonanie w nas nie umrze, będzie w pewnym sensie popełniał te same grzechy aż dotrze do niego, że zawsze pozostanie grzesznikiem potrzebującym miłosierdzia.

Często pewien opór może brać się stąd, że spowiadamy się zwykle z tych samych grzechów. Dotyczy to zwłaszcza osób bardziej gorliwych i postępujących na drodze wiary. No i jest nam wstyd, że nie idziemy do przodu, że nam ciągle coś nie wychodzi i uwiera: „Przecież powinna być poprawa, a nie ma, no to po co się spowiadać?” Takie uczucie nie pochodzi od Boga, lecz jest „pobożną” przeszkodą pochodzącą od złego ducha. Z tego powodu niektórzy często zmieniają spowiedników albo, co gorsze, porzucają spowiedź pod pozorem braku jej owoców. Powtarzające się grzechy i ich wyznawanie uczą jednak pokory i cierpliwości, a także doświadczenia, że Bóg okazuje nam miłosierdzie nie za zasługi. Poza tym powtarzające się grzechy pokazują, że ich korzenie są głębsze i wymagają dłuższego czasu na uzdrowienie i przyjmowanie Bożej łaski.

Jeśli chodzi o częstotliwość spowiedzi ważne, aby znaleźć swój rytm w porozumieniu ze spowiednikiem, oczywiście jeśli w grę nie wchodzą ciężkie grzechy, bo wtedy nie powinno się zwlekać ze spowiedzią. Im rzadsza spowiedź, tym trudniej się do niej przygotować – wychodzi się bowiem wtedy z pewnej duchowej wprawy, jak zresztą w przypadku wielu innych czynności w życiu, które ponawiamy z coraz większymi odstępami czasy. Spowiednik szybko orientuje się, czy ktoś spowiada się częściej czy tylko raz w roku. Należy też uważać, aby spowiedź nie była za częsta, np. pod wpływem panicznego lęku, perfekcjonizmu i chęci bycia bez skazy. W Kościele grzechy codzienne (powszednie) gładzi spowiedź powszechna podczas mszy czy przyjęcie Komunii świętej. Istotne jest też rozeznanie, czy jestem na drodze postępu, czyli oczyszczenia z głębszych przyczyn grzechów i uzdrawiania, czy ciągle powracam do ciężkich grzechów, spowiadając się od wielkiego święta. Jeśli człowiek przyjmuje sakramenty, modli się, można zakładać, że jest mniej podatny dzięki łasce Bożej na poważne grzechy. I wtedy zwykle zaczyna się etap spowiadania się z tych samych grzechów, co w pewnym sensie jest darem łaski (nie popełniamy nowych i ciężkich). Wtedy regularna spowiedź maksymalnie co miesiąc jest jak lekarstwo, poddawanie się szczególnemu działaniu Miłosierdzia Bożego. Czyni nas też bardziej czujnymi na działanie duchowe, na pokusy, które często przybierają postać pozorów dobra.

Z tą przeszkodą wiąże się innego rodzaju opór: po co się spowiadać, skoro znowu upadnę. Często takie przekonanie jest wynikiem długotrwałego zmagania z grzechami, zwłaszcza ze złymi nawykami i nałogami. Taki wniosek, że nic to nie da, penitent wyciąga na podstawie przeszłych doświadczeń, co często podszyte jest pewnym zniechęceniem, nieufnością i zapatrzeniem wyłącznie we własne możliwości. Człowiek poniekąd uważa wówczas, że ma pełną kontrolę nad swoim życiem, nad swoim sercem, nad swoją przyszłością: „I tak wiem, jak będzie. Po co więc fatygować spowiednika, naprzykrzać się Bogu”. I tutaj tkwi korzeń problemu, a nie w samych grzechach. Chciałby sam się wyzwolić. To też jest „pobożna” pokusa, ocierająca się o pychę. Nikt z nas nie może z pewnością powiedzieć, że dożyje do jutra, a tym bardziej zapewnić, że „nigdy” już nie upadnie. Silna wola nie jest warunkiem rozgrzeszenia, lecz ufność Bogu i pokorne uznanie swoich granic. Liczy się nasza szczera wola zerwania z grzechem. Jeśli z góry założymy, że w sumie spowiedź niewiele pomoże, bo jutro znowu upadniemy, to być może dlatego jest ona czasem nieskuteczna.

Pewną trudnością jest także opór wynikający z tego, że grzechy należy wyznać przed człowiekiem – prezbiterem. Niektórych to bardzo paraliżuje i ta blokada jest skrzętnie wykorzystywana przez złego ducha. Spowiednik wprawdzie nie jest źródłem miłosierdzia, ale działającym z mandatu Chrystusa i przedstawicielem wspólnoty Kościoła, która jest święta i grzeszna zarazem. Spowiedź jest bowiem pojednaniem nie tylko z Bogiem, ale ze wspólnotą Kościoła. Każdy grzech, nawet najbardziej osobisty i ukryty, dotyka też innych. Dlatego spowiedź, chociaż indywidualna i tajna, nie jest sprawą tylko między Bogiem a penitentem. Poza tym, nikt nie jest dobrym sędzią we własnych sprawach ani lekarzem swoich chorób. Można siebie zbyt surowo ocenić albo zbyt „łagodnie”. Czasem ktoś musi nas uspokoić, innym razem nieco potrząsnąć. Duch Święty działa przez nasze sumienie, przez Słowo Boże, ale też przez Kościół, który tworzą żywi, często niedoskonali ludzie. Nie zapominajmy, że w interesie szatana leży też to, by wszystko zrobić w celu odstręczenia nas od spowiedzi i utrzymania w grzechu, smutku, obojętności i niepokoju. Spowiednik działa mocą łaski Chrystusa, a nie tylko mocą swoich możliwości. Często wobec grzechów i skomplikowanych spraw w pierwszej chwili ogarnia go ludzka bezradność, ale też towarzyszy mu specjalna moc Ducha Świętego, która przychodzi zupełnie niespodziewanie jako światło, właściwe słowo, ufność.

Jedną z najpoważniejszych przeszkód do przyjęcia Bożego miłosierdzia jest przystępowanie do spowiedzi z przekonaniem, że właściwie nie ma się żadnych grzechów, albo tylko drobne „wykroczenia”. Wybielanie się i usprawiedliwianie to też maska grzechu. Zazwyczaj penitent „chwali się” jak faryzeusz z przypowieści Jezusa, że nie zabił, nie ukradł, nie cudzołożył, że się modli, chodzi na mszę i wszystko jest w porządku. Rzeczywiście, może tak być, że wiele spraw jest „w porządku”. Problematyczna jest jednak głębiej ukryta postawa – przekonanie o niewinności. Święci uważali się za grzeszników, chociaż mogli nie popełniać poważnych grzechów. „Chwalenie się” może opierać się na iluzji i ślepocie. Jest obroną przed przyjęciem łaski.

Wielu wiernych zapomina, że chrześcijanin wezwany jest nie tylko do unikania grzechów, ale przede wszystkim do czynienia dobra. Możemy nie przekraczać przykazań, które są pewnym minimum, ale czy zawsze czynimy dobro, którego oczekuje od nas Bóg? A jak spełniamy wymagania związane z naszym powołaniem: męża, żony, księdza, siostry zakonnej, osoby samotnej? Bardzo rzadko spowiadamy się z zaniedbania dobra. Przykładem zaniedbania są np. lewita i kapłan z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, którzy przeszli obok rannego człowieka, chociaż go widzieli. Podobnie słaba dbałość o rozwój wiary, skupienie na własnych niedostatkach, roszczeniowość, brak wdzięczności uniemożliwiają dzieleniem się dobrem, które zostało nam powierzone z innymi.

Formuły wypowiadane podczas spowiedzi i często wyuczone na początku inicjacji wiary, w dzieciństwie, są tylko formułami, które wdrażają, pomagają dziecku w wypowiedzeniu siebie. Natomiast z biegiem wieku, czasem pod wpływem duchowego przebudzenia czy drugiego nawrócenia, może się zrodzić bardziej osobiste podejście do spowiedzi. I bardzo dobrze. Ważne, aby była w niej szczerość, żal, chęć poprawy. Natomiast to, jak te wewnętrzne postawy człowiek ubierze w słowa już zależą od jego wrażliwości i możliwości. Jeśli ktoś chce wyrazić swój ból i żal własnymi słowami, nie powinien się krępować.

A co po spowiedzi? Przede wszystkim, spowiedź nie tylko jedna człowieka z Bogiem i wspólnotą Kościoła, ale także daje siłę i pomoc na dalszą drogę. O tym często zapominamy. Jeśli zależy nam na duchowym wzroście, dobrze czynić to małymi krokami. Nie chciejmy zmieniać wszystkiego od razu, bo zazwyczaj niewiele z tego wychodzi. Zapoznaliśmy nieco ideę systematycznej pracy nad sobą, oczekując po trosze, że spowiedź magicznie nas zmieni. Nawet wielcy święci, którzy nagle się nawrócili, przestali wprawdzie popełniać ciężkie grzechy, ale nie wyzbyli się od razu wszelkich grzechów i słabości. Jezus mówi o powolnym wzroście królestwa Bożego w nas, a nie o natychmiastowych zmianach. Po spowiedzi warto skupić się na jednym grzechu, który się powtarza i spróbować podjąć wysiłek, by nie ulec pokusie po raz kolejny. A jeśli się ulegnie, to znowu powstać. I tak do skutku. Jeśli, np. ktoś spędza nadmierny czas przed Internetem i telewizją, kosztem rodziny, modlitwy, to może zacząć od próby ograniczenia tego czasu i powolnego wypierania tego złego nawyku dobrym nawykiem.

Dariusz Piórkowski SJ


Polecamy:

74752     75736     71331     74057