Porady spowiednika: co pomaga, a co przeszkadza w dobrej spowiedzi. Cz.1

Porady spowiednika: co pomaga, a co przeszkadza w dobrej spowiedzi. Cz.1

Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że „droga nawrócenia i pokuty została wspaniale ukazana przez Jezusa w przypowieści o synu marnotrawnym, w której centralne miejsce zajmuje »miłosierny ojciec«” (Łk 15, 11-24) (KKK, 1439).

Także podczas spowiedzi w centrum pozostaje Ojciec, a nie nasze grzechy, opory i uczucia, które się w nas rodzą, czy nawet taki czy inny spowiednik. Spróbujmy więc popatrzeć na przygotowanie do spowiedzi i przeżycie samego sakramentu pojednania przez pryzmat tej przepięknej przypowieści.

Początkiem nawrócenia syna było to, że się zastanowił, dosłownie „doszedł do swoich zmysłów”, gdy dokuczyła mu bieda i śmierć zajrzała mu w oczy. I wtedy przypomniał sobie o ojcu w domu. I o chlebie, na który można będzie tam zapracować. Na dnie jego duszy pozostał jednak pozytywny obraz Ojca. Jaki z tego wniosek? Nie zawsze pierwsza pobudka do spowiedzi od razu jest szczytna i doskonała. Czasem po prostu możemy się źle czuć duchowo, pełni smutku, niepokoju, różnych braków i głodów, wyrzutów sumienia. Dostrzegamy w swoim życiu nieład i jego skutki. I decydujemy się, właśnie z tego powodu, a nie ze względu na Boga, aby pójść do spowiedzi. Często w taki sposób Bóg pragnie nas przyciągnąć, przebudzić, dać impuls do zawrócenia z drogi, która czyni nas nieszczęśliwymi.

Syn, przygotowując się do spotkania z ojcem, nie wyuczył się na pamięć całej litanii grzechów, które popełnił, by mu je wystrzelić jak z procy. Skoncentrował się bardziej na wyrażeniu ojcu żalu i prośbie o przebaczenie niż na dokładnym wyliczeniu wszystkich grzechów. Zanim więc przystąpię do rachunku sumienia, najpierw powinienem sobie uświadomić, że idę do Ojca, który mnie zna, kocha i wie wszystko o moich grzechach, ich przyczynach i korzeniach. Ale to nie jest wiedza oskarżycielska czy potępiająca, lecz pełna współczucia, czasem – owszem – także przeszyta gniewem, bo Bóg jest święty. Nie spowiadam się jednak wyłącznie z przekroczenia kodeksu, przepisów i nakazów, lecz zwracam się do Osoby, której sprawiłem ból.

Dobrze jest więc się zatrzymać i pomyśleć najpierw przez chwilę, przed kim stanę, zanim zabiorę się do rachunku sumienia. Wydaje się, że tego kroku brakuje osobom, które wpadają do kościoła na spowiedź z rozpędu, bez należytego przygotowania. Spowiednicy wiedzą niemalże na wstępie, czy ktoś poświęcił chociaż chwilę czasu na przygotowanie, czy nie. W biegu włącza się schemat, który człowiek zna – szybko przypomina sobie to, co zawsze wypowiada na spowiedzi, bo „coś” trzeba powiedzieć, chociaż tych grzechów mógł nie popełnić. Taka mechaniczność spowiedzi wynika z niepoważnego traktowania zarówno Boga jak i sakramentu oraz spowiednika.

Jeśli chodzi o żal, to tylko pierwsza połowa wyznania syna jest prawdziwa: „Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko Niebu i względem ciebie” (Łk 15, 21). Jest to pokorne uznanie swojego grzechu i żal – owoc działania Ducha Świętego, który przekonuje człowieka o winie, by go wyzwolić. Druga połowa wyznania: „Już nie jestem godzien nazywać się twoim synem, uczyń mnie jednym z twoich najemników” (Łk 15, 18-19) jest gorzkim owocem samego grzechu i nie wyraża pełnej prawdy, chociaż syn tak właśnie się czuje. Ale uczucie to jeszcze nie cały człowiek. To nie jest żal, lecz fałszywe przekonanie, że człowiek stał się niewolnikiem, sługą, nikim. Syn, wróciwszy do ojca, chce wypowiedzieć te słowa, ojciec mu jednak przerywa. Robi to w momencie, kiedy syn chce poprosić o przyjęcie go do pracy jako najemnika. W ten sposób ojciec pokazuje, że jest dokładnie na odwrót. Syn w sercu ojca nigdy nie przestał być synem, lecz się zagubiłz dala od domu, od swoich, od swojej religii, kultury. Podobnie jak Izrael, który przebył długą drogę przez pustynię z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej, tak syn wrócił z „dalekich krajów” do domu ojca. Trzeba więc uważać, by nie pomylić poniżania siebie i pogardy z prawdziwym żalem, którego inicjatorem jest Duch Święty. A Duch Święty nigdy człowieka nie poniża, lecz próbuje go podnieść, przywrócić mu poczucie godności, które grzech w nim zniszczył.

Jeśli chodzi o rachunek sumienia, to oczywiście należy poświęcić na niego odpowiednią ilość czasu. Syn marnotrawny zastanowił się… Najlepiej potraktować ten rachunek jako modlitwę, a nie przegląd wykroczeń, choć niestety słowo „rachunek” niefortunnie kojarzy się z rachowaniem. Zacząć można od prośby do Ducha Świętego o światło i prawdziwy żal (który nie poniża, lecz wyzwala człowieka). Potem, aby uświadomić sobie głębiej, że idę do kochającego Ojca, można przeczytać fragment przypowieści o zagubionym synu i Ojcu miłosiernym, a potem – jak radzi św. Ignacy Loyola – podziękować Bogu za Jego dary, które szczególnie dostrzegam od ostatniej spowiedzi. Chodzi o to, aby wyznanie win umiejscowić w kontekście relacji z Bogiem, i to nie jakimkolwiek, lecz takim, jakim ukazuje Go Jezus, a nie tylko myśleć o złamaniu prawa. Taki początek przygotowania do spowiedzi jest bardzo pomocny, by nie utracić z oczu większej wizji tego, kim jestem i do czego powołał mnie Bóg. Żadnego człowieka nie można zrównać z jego grzechem ani z sumą jego różnych słabości. To właśnie ciemność (a nie Duch Święty), płynąca z grzechu, przekonuje, że istnieje… tylko grzech, zarówno w chwili pokusy, a tym bardziej po jej zrealizowaniu. Jeśli zobaczymy w Bogu źródło i dawcę darów, wtedy w sercu rodzi się pokój i – paradoksalnie – większy i szczery żal, przeważa bardziej Boża ocena naszego postępowania. Kiedy bowiem widzimy, jak wiele otrzymujemy każdego dnia, pomimo tego, że często na to nie zasługujemy, zmieniają się nasze fałszywe wyobrażenia o Bogu, utworzone w naszych głowie przez grzech i ciemność.

Istnieją różne formy rachunku sumienia – modlitwy. Można się posłużyć jakimś gotowym schematem z pytaniami. Ważne, aby nie sprowadzić tego przygotowania tylko do prawnej strony, gdzie i kiedy przekroczyłem jakieś normy, przepisy i przykazania. Dobrze jest oprzeć przygotowanie o fragment Pisma świętego, który w sposób szczególny mówi o Bożym miłosierdziu, ale też o naszym grzechu. I w jego świetle dokonać w pamięci krótkiego przeglądu moich relacji w następującej kolejności: ja – Bóg, ja w stosunku do siebie; ja – bliźni. Zawsze powinno się zaczynać od wiary, jak ona wygląda, jaka jest moja ufność Bogu, modlitwa, przeżywanie Eucharystii, a potem dalej. Niektórzy rozważają czytania przeznaczone na konkretny dzień i w świetle tego Słowa oceniają swoje postępowanie. Istotne jest, aby Słowo nas poruszyło, aby wzbudziło szczery żal i chęć zmiany, a nie to, czy zauważymy wszystkie grzechy.

Ojciec przebaczył synowi wszystkie grzechy, chociaż on żadnego z nich nie nazwał w konkretny sposób. Także podczas spowiedzi przebaczone są wszystkie grzechy, nie tylko wyznane, czy te, o których jeszcze nie wiemy, nie widzimy ich, czy o nich mimowolnie zapomnieliśmy. Chociaż wyznanie grzechów jest konieczne podczas spowiedzi, Boże przebaczenie nie jest uzależnione od tego, czy wszystko wypowiedzieliśmy, ale przede wszystkim od żalu i chęci zerwania z grzechem. Nie ma innych warunków. Podobnie jest z modlitwą. Jezus nie każe nam zadręczać Ojca wielomówstwem i przypominać Mu bez końca o naszych potrzebach, bo On je zna. Najważniejsza jest szczerość, relacja, ufność, proste i krótkie wypowiedzenie tego, co leży nam na sercu.

Często wiernych paraliżuje lęk lub wstyd przed spowiednikiem, że będzie znał ich grzechy, że je zapamięta, będzie się nimi sugerował, źle o penitencie pomyśli. Po pierwsze, grzech nie jest żadną atrakcją, która miałaby zajmować uwagę i pamięć spowiednika. Szybko ulatuje z głowy. Po drugie, każdy spowiednik jest również grzesznikiem, popełniającym podobne grzechy co wierni i sam potrzebuje miłosierdzia. Po trzecie, ksiądz też się spowiada. Tylko mało doświadczony i nie znający swojej słabości ksiądz może się dziwić, gdy słyszy o czyichś grzechach. W przeważającej większości w księżach rodzi się raczej współczucie i zrozumienie.

Dariusz Piórkowski SJ


polecamy:

74752     75736     74057     72396

Dokonałam aborcji. Chcę się wyspowiadać…

Dokonałam aborcji. Chcę się wyspowiadać…

Proces żałoby po stracie dziecka abortowanego posiada swoistą dynamikę. Przełomowym momentem tego procesu jest szczera spowiedź rodziców.

Może się ona odbyć w krótkim czasie po dokonanej aborcji. Często jednak dochodzi do niej po latach. A to oznacza, że rodzice abortowanego dziecka przez wiele lat nieświadomie przeżywają niezakończoną żałobę po stracie dziecka. Wywiera ona zatem swoje piętno na ich życiu i życiu ich bliskich. Aborcja dotyka całego systemu rodzinnego i skutkuje emocjonalnymi zaburzeniami. Sakrament pojednania staje się dla rodziców, którzy stracili dziecko, szczególnym lekarstwem i szansą, by domknąć trwający nieraz latami proces żałoby i odnowić ich „martwy” związek oraz wprowadzić porządek miłości w systemie rodzinnym. Kompetencje i rozumiejąca postawa spowiednika w tym procesie są nie do przecenienia. Najczęściej rodzice obciążeni winą i zawstydzeni nie przystępują do sakramentu pojednania razem. To skutek aborcji, która zaburza więź emocjonalną małżonków.

Kobieta po aborcji odczuwa nieraz żal i złość do swojego męża. Brutalny akt aborcji przerywa w kobiecie proces macierzyństwa, który naturalnie osiąga swój przełom w porodzie. Kobieta czuje się dogłębnie zraniona, pokrzywdzona i upokorzona. Razem z dzieckiem „usunięty” zostaje również partner. Kobieta po aborcji staje się oziębła, odczuwa niechęć, a nawet wstręt i obrzydzenie do swojego męża, co przekłada się na ich wzajemne relacje i zaburzenia w małżeńskim współżyciu. Mężczyzna czuje się odrzucony. Nierzadko popada w cichą depresję, a nawet w impotencję. Aborcja często poprzedza koniec związku małżeńskiego, co nie musi oznaczać, że małżonkowie decydują się na separację lub rozwód. Pozostają ze sobą, żyjąc emocjonalnie obok siebie, głównie z myślą o dobru pozostałych dzieci.

Dramat ich małżeństwa staje się także dramatem ich dzieci, które nieświadomie uczestniczą w tajemnicy rodziców. Kobieta po aborcji w stosunku do pozostałych dzieci staje się często nadopiekuńcza, żyje w ciągłym zagrożeniu, że może stracić kolejne dziecko. Wciąż udowadnia sobie i innym, że jest dobrą matką, która dla dzieci zrobi wszystko. Zamartwia się i odczuwa katastroficzne wyobrażenia wobec żyjących dzieci. Jej oczekiwania przyszłości naznaczone są dramatem przeszłości. Ponieważ ma zerwaną więź ze swoim mężem, nieświadomie wikła emocjonalnie ze sobą któreś z pozostałych dzieci, najczęściej wybierając syna. Izoluje go od męża, do którego straciła szacunek. Jej przekaz werbalny na temat ojca jej syna jest bardzo negatywny, co utrudnia synowi afirmację swojej męskości. Syn przyjmuje rolę opiekuna i pocieszyciela matki. Nigdy nie uda mu się jej zadowolić, dlatego wzrasta w przekonaniu, że jest słabym mężczyzną. Ojciec nierzadko „wiąże się” z córką, która odczuwa złość do matki, gdyż zaniedbuje ojca.

Tak powstałe uwikłania rodzinne utrudnią dorastającym dzieciom proces separacji i pójście własną drogą, a także założenie udanych związków małżeńskich. W ten sposób wszyscy członkowie rodziny niosą w swoim życiu ciężkie jarzmo skutków aborcji. Najbardziej obciążeni winą są rodzice abortowanego dziecka.

Najgorszym rozwiązaniem w tej sytuacji jest próba wyparcia winy. Niekiedy kobieta wyznaje: „To wina mojego męża, to on się bał kolejnego dziecka”. Podobne wyznanie może paść z ust mężczyzny. Jeśli dojdzie do wyparcia winy, kobieta lub mężczyzna może nieświadomie rozpocząć „psychologiczną pokutę”, ściągając na siebie różne formy cierpienia. W takich sytuacjach interwencja spowiednika jest konieczna. Może on umiejętnie pomóc penitentowi w przeżyciu winy. Czasem wrażliwy spowiednik, słuchając wyznania penitenta, doznaje wstrząsu i swoją interwencją ochrania go przed przeżyciem winy. To błąd w sztuce spowiadania! Przeżycie winy jest etapem koniecznym w procesie duchowego uzdrowienia.

W praktyce spowiadania często spotyka się kobiety, które wielokrotnie powtarzają wyznanie aborcji. Te osoby najczęściej utkwiły w ślepej uliczce cichej rozpaczy. W swoim umyśle przechowują przekonanie o nieodwracalności popełnionego zła. A przecież zło jest uleczalne, ale w Bogu. Spowiednik może pomóc takiej osobie w reorientacji jej przekonań, odwołując się do tekstów biblijnych. Duszy zabić nie można (por. Mt 10, 28). Prawda ta umożliwia wewnętrzny ruch w duszy penitenta. Spowiednik, pełniąc posługę pojednania, pomaga nawiązać matce lub ojcu relację z abortowanym dzieckiem. To dziecko jest obecne w systemie rodzinnym. Trzeba dać mu miejsce w sercu jego matki i ojca, przyjąć je i „uczłowieczyć”. Pomaga w tym rytuał nadania imienia, zapalenia świecy, oddania dziecka większej Miłości (por. 1 J 4, 8). Świadomość, że dziecko jest u Boga i kocha swoich rodziców, wstawiając się za nimi, wyzwoli w sercach rodziców głębokie wzruszenie i wdzięczność; istnieje szansa, że porządek w ich związku i ich rodzinie zostanie przywrócony.

Bogusław Szpakowski SAC


polecamy:

72396     dasz rade front     75736     73384

Kiedy ksiądz może odmówić rozgrzeszenia?

Kiedy ksiądz może odmówić rozgrzeszenia?

Olaf Pietek: Kiedy ksiądz może odmówić rozgrzeszenia?

Piotr Jordan Śliwiński OFMCap: Ksiądz może odmówić rozgrzeszenia, po pierwsze, jeśli pojawia się grzech, do którego odpuszczenia nie ma uprawnienia. Po drugie może odmówić wtedy, gdy nie są spełnione warunki dobrego przeżycia sakramentu pokuty, czyli te, które ma spełnić penitent: uczciwy rachunek sumienia, żal za grzechy i postanowienie poprawy czy ewentualnie przyjęcie zadośćuczynienia, gdyby penitent nie chciał zadośćuczynienia przyjąć.

Czy to się często zdarza?

Z tym są nieraz problemy, co wynika z braków w katechezie. Pytam, czy penitentka żałuje za grzechy, a ona mówi, że za wszystkie z wyjątkiem jednego, bo kocha swego chłopaka i nie żałuje tego. To jest ciągle trudność w rozumieniu żalu. Jeśli kapłan powie, że skoro nie żałuje, to sprawa jest skończona, to mamy problem. Na czym ma polegać ten żal? Nie na obrzydzeniu sobie, tylko uznaniu czegoś, że było złe przed Bogiem, i na wyrażeniu skruchy. Wtedy penitenci spokojnie to przyjmują.

U niektórych ludzi pojawia się problem z postanowieniem poprawy, jeżeli targani są jakimiś grzechami, na przykład przy grzechach nałogowych tak jest. Ciągle postanawiam poprawę, ale nie wiem, czy wypełnię to postanowienie. Ktoś ma doświadczenie tego, że dany grzech wielokrotnie go powalił. Wtedy do ważności spowiedzi wystarczy, żeby był gotów odrzucić pokusę, jeśli w momencie rozgrzeszenia by na niego przyszła. To wystarczający znak dobrej woli, aby udzielić mu rozgrzeszenia.

Wspomniał Ojciec, że są grzechy, do których odpuszczenia spowiednik nie ma uprawnienia.

Faktycznie, penitent popada w kary kościelne za niektóre grzechy i nie każdy spowiednik może go rozgrzeszyć. Jeśli na przykład zdarzy się znieważenie Najświętszych Postaci czy atak na biskupa lub papieża, to wówczas sprawca zaciąga karę ekskomuniki latae sententiae zastrzeżonej Stolicy Apostolskiej. Wówczas ktoś, kto dopuścił się tego grzechu, popełnił też przestępstwo i zaciągnął karę zastrzeżoną właśnie Watykanowi. W tym momencie zwykły spowiednik nie może go z tego grzechu zwolnić i musi pisać do Stolicy Apostolskiej, oczywiście w sposób anonimowy. Wtedy do spowiednika przychodzi dekret zezwalający na rozgrzeszenie i zwykle nakładający jakąś pokutę.

Dotyczy to też apostazji, której odpuszczenie zastrzeżone jest biskupowi. Chodzi jednak jedynie o forum wewnętrzne. Jeśli ktoś dopuściłby się apostazji publicznie, to do rozgrzeszenia potrzeba będzie publicznego wycofania się z niej. Publicznie rozumie się, że przynajmniej wobec dwóch świadków.

Tak samo aborcja zastrzeżona jest biskupowi, z tym że najczęściej jest wtedy delegacja – z aborcji mogą rozgrzeszać kapłani penitencjarze; taką delegację stałą mają dziekani i wicedziekani, poza tym w diecezji są miejsca, zwykle sanktuaria, gdzie jest stałe pozwolenie na odpuszczanie tego grzechu. Tak samo zakony żebracze mają pozwolenie na rozgrzeszanie z aborcji, taka delegacja przywiązana jest do osoby spowiednika, a nie do miejsca. Jest też sytuacja, w której rozgrzeszenia może udzielić każdy spowiednik – każdy kapłan może rozgrzeszyć, jeśli jest to spowiedź generalna, czyli przynajmniej z roku. Z okazji Roku Miłosierdzia papież Franciszek delegował tę władzę każdemu spowiednikowi. Zapowiedział też rozesłanie specjalnych spowiedników, którzy będą mieli władzę rozgrzeszania wszelkich grzechów.

Przywołał Ojciec przykład pani, która za wszystko żałuje z wyjątkiem jednego grzechu. Czy można ją rozgrzeszyć z części, a z tego jednego grzechu nie?

Nie. Problem jest taki, że człowiek musi żałować, chcieć wrócić do Boga. Powrót musi być totalny. Nie mogę przyjąć połowy Ewangelii czy tylko jednej ósmej. Nie ma powrotu do Boga na kawałki. To jest decyzja totalna. Ona otwiera horyzont totalny, nie ma rzeczywistości, która by z tego horyzontu była wyłączona, że wszędzie będę realizował życie ewangeliczne, ale w jakimś sektorze nie, że Bóg nie będzie moim Bogiem na przykład w sypialni albo w pracy.

Piotr Jordan Śliwiński OFMCap, Olaf Pietek


polecamy:

72396     dasz rade front     73061     59334

Czy da się zgrzeszyć przeciwko Duchowi Świętemu?

Czy da się zgrzeszyć przeciwko Duchowi Świętemu?

Chciałoby się powiedzieć, że w tytułowej kwestii niestety nie mamy dobrych wiadomości. Tradycyjnie katechizmy wyliczają sześć szczegółowych grzechów w tej kategorii: o łasce Bożej rozpaczać, przeciwko miłosierdziu Bożemu grzeszyć zuchwałością, uznanej prawdzie chrześcijańskiej się sprzeciwiać, bliźniemu łaski Bożej zazdrościć, na zbawienne napomnienia być zatwardziałym, rozmyślnie trwać w niepokucie.

Katechizm Kościoła Katolickiego nie powtarza już tego szczegółowego wyliczenia, ale istotę grzechów przeciwko Duchowi Świętemu sprowadza do jednej zasady, formułując ją następująco: „Miłosierdzie Boże nie zna granic, lecz ten, kto świadomie odrzuca przyjęcie ze skruchą miłosierdzia Bożego, odrzuca przebaczenie swoich grzechów i zbawienie darowane przez Ducha Świętego.

Taka zatwardziałość może prowadzić do ostatecznego braku pokuty i wiecznej zguby”. Jak widać, wypowiedź Katechizmu pozbawiona jest kategorycznej stanowczości, którą znamy z naszych dziecięcych katechizmów. Nie ma tam stwierdzenia o nieodpuszczeniu grzechów przeciwko Duchowi Świętemu, ale jedynie (?), że jego popełnienie może prowadzić do wiecznej zguby.

Biblijne uzasadnienie tej nauki Kościoła znajdujemy w słowach Jezusa, który powiedział: że „jeśli ktoś powie słowo […] przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym” (Mt 12,32, por. Mk 3,29; Łk 12,10). Czym jest owo „słowo przeciwko Duchowi Świętemu”? W poświęconej Duchowi Świętemu encyklice Dominum et Vivificantem Jan Paweł II wyjaśniał, że „nie polega ono na słownym znieważeniu Ducha Świętego, polega natomiast na odmowie przyjęcia tego zbawienia, jakie Bóg ofiaruje człowiekowi przez Ducha Świętego, działającego w mocy Chrystusowej ofiary krzyża”.

Grzech ten popełnia człowiek, który broni rzekomego prawa do trwania w złu, we wszystkich innych grzechach, i który w ten sposób odrzuca Odkupienie. Człowiek pozostaje zamknięty w grzechu, uniemożliwiając ze swej strony nawrócenie, a więc i odpuszczenie grzechów, które uważa jakby za nieistotne i nieważne w swoim życiu. Duch napotyka w człowieku wewnętrzny opór. Pismo Święte nazywa to „zatwardziałością serca”. Grzech przeciwko Duchowi Świętemu to mocne, wewnętrzne zamknięcie w człowieku na to, z czym przychodzi do niego Chrystus – na łaskę przebaczenia. To wcale nie Bóg nie odpuszcza mu grzechów, ale człowiek tak mocno zamyka się w sobie, że Bóg nie ma dostępu do jego serca. Mówiąc krótko: to nie Bóg nie chce mi wybaczyć. To ja nie chcę Jego przebaczenia.

Czy nie ma więc żadnej nadziei? W katechizmie autorstwa kardynała Roberta Bellarmina czytamy: „to przebaczenie jest bardzo rzadkim i trudnym, bo trudno i rzadko się zdarza, iżby ci, którzy wpadają w te grzechy, przyszli do prawdziwej pokuty. Nie masz przebaczenia na te grzechy: jest tu więc powiedziane w sposobie względnym; tak jak się mówi na przykład, nie masz lekarstwa na tę chorobę: co nie znaczy, że żadnym sposobem wyleczenie nastąpić nie może, lecz znaczy tylko, iż w zwyczajnym biegu rzeczy nie masz wyleczenia”.

Jaki miałby być ów „nadzwyczajny bieg rzeczy”? Dominikanin, ojciec Jacek Salij, komentując ten grzech, pisze: „choć miłosierdzie Boże jest nieskończone, nie jest przecież absurdalne”. Nie da się zakwestionować jednoznacznie tezy, że Bóg kapituluje wobec wolności człowieka, wolności posuniętej aż do odrzucenia Boga i Jego miłosierdzia. Co więc robić, by uniknąć nieodwracalnych skutków tego grzechu? Ano, uniknąć samego grzechu. Łasce Bożej zaufać, grzeszność własną uznać, miłosierdzie Boże przyjąć, pokutę podjąć. Przecież na nawrócenie nigdy za późno nie jest.

I to jest ta dobra nowina z nauki o grzechu przeciwko Duchowi Świętemu płynąca.

 

ks. Andrzej Draguła


polecamy:

73061     64372     73384     72396

Skrupuły – w labiryncie sumienia

Skrupuły – w labiryncie sumienia

Obok wielu pozytywnych fenomenów obserwowanych w wymiarze życia duchowego występują także zjawiska negatywne, obarczone zmaganiem i trudem. Do tych ostatnich należą skrupuły: stan wewnętrznej udręki i niepewności związany z wątpliwościami natury moralnej, które dotyczą własnego postępowania.

W sumieniu człowiek rozpoznaje, w świetle wyznawanego systemu wartości, co winien uczynić. Sumienie może działać uprzedzająco, przyzwalając na podjęcie konkretnego postępowania, albo niczym sygnalizacja świetlna na przejściu dla pieszych ostrzega przed podjęciem jakiegoś czynu. W sumieniu ocenia się także działania już dokonane, zatem osądza ono pouczynkowo sfinalizowane postępowanie. Jest również ważnym elementem rozumnej ludzkiej aktywności, skoro człowiek potrafi przekroczyć swe naturalne uwarunkowania, nie włada nim wyłącznie instynkt regulujący zachowania w świecie przyrody ożywionej. W dzisiejszych czasach niektórzy skłoni są, nieco przesadnie, traktować sumienie jako swoistego wewnętrznego policjanta lub prokuratora, który dociekliwe weryfikuje każdy rodzaj aktywności człowieka. Sumienie stanowi bowiem nieomylną podmiotową „wyrocznię”, wedle której trzeba postępować.

Dla zrozumienia natury skrupułów pomocne może okazać się sięgnięcie do łacińskiego źródłosłowia terminu, jakim nazwano owo problematyczne zjawisko. Scrupulus – dosłownie kamyczek – oznaczał pierwotnie niezwykle drobny odważnik, który przechylał szale tylko najczulszych wag.

Zastosowanie tego słowa w moralnym sensie odnosiło się więc do przesadnej drobiazgowości w roztrząsaniu kwestii dotyczących spraw związanych z funkcjonowaniem sumienia. Można porównać skrupuł do drobnego kamyczka, który dostał się do buta i czyni bolesnym jakiekolwiek przemieszczanie się. Problem polega jednak na tym, że tego kamyczka w bucie nie ma, chociaż obutemu użytkownikowi zdaje się zupełnie coś innego, albo – co czyni kwestię jeszcze bardziej zagmatwaną – nie ma on całkowitej pewności, czy jest lub czy go nie ma. Skrupulant trwa zatem w błędnym przekonaniu, które skutecznie go paraliżuje.

Skrupuły, z punktu widzenia etyki, polegają na obwinianiu się za zło, którego się de facto nie popełniło, lub na nieustannym lęku przed popełnieniem zła. Jak hipochondryk ma przeświadczenie, iż doskwiera mu jakaś dolegliwość, mimo że jest zdrowy, lub obawia się zarażenia chorobą, tak skrupulant żyje w stanie nieustannej obawy, iż splamił lub splami swe sumienie. Skrupuły mogą wdzierać się w ludzkie życie w różnym stopniu. Początkowo osoba może drobiazgowo rozdrapywać własne sumienie, obwiniając się o naganne działanie, gdy w istocie ono nie nastąpiło, by po jakimś czasie uporać się samodzielnie z owym nieprzyjemnym stanem. Podobnie skrupuły mogą mieć charakter krótkotrwały i ustąpić po właściwym wyjaśnieniu lub pouczeniu ze strony drugiej osoby. Oba przypadki można porównać do sytuacji, kiedy człowiek po wyjściu z domu zastanawia się, czy wyłączył żelazko lub zakręcił kurek z gazem. Wątpliwości i natrętne myśli mogą ustąpić po upewnieniu się – czasem kilkakrotnym – że nie ma obawy o pozostawiony dobytek.

Przejściowe skrupuły mogą wynikać z przepracowania, trudności życiowych, podupadającego zdrowia. Bywa jednak, iż skrupuły na trwałe zakorzeniają się w życiu człowieka, stając się trudnym do przezwyciężenia ciężarem, także ze względu na upór samego zainteresowanego, któremu niełatwo jest przyjąć inną perspektywę postrzegania samego siebie niż swoją zniekształconą. W niektórych przypadkach można mieć skrupuły odnośnie do własnych skrupułów, przez co czyni się swoją sytuację jeszcze bardziej kuriozalną.

W życiu skrupulantów dominują lęk i niepewność. Zatracają oni zdolność do praktycznego osądu swego postępowania. Chociaż potrafią trafnie oceniać teoretyczne sytuacje podobne do własnych i udzielać innym dobrych życiowych rad, wobec siebie pozostają bezradni. Paradoksalnie ich problem nie polega na braku wiedzy, wtedy wystarczyłaby zwykła porada. Obcując jednak ze skrupulantem, szybko można się przekonać, iż żadne kolejne racje oraz uzasadnienia nie mają większego znaczenia i nie przynoszą ulgi wobec natarczywych obaw. Skrupulantów cechuje uporczywy irracjonalny stan wątpliwości odnośnie do własnego postępowania, przy czym ich wewnętrznemu uciemiężeniu brak obiektywnych podstaw. Trudności w tym wypadku są innego rodzaju niż we wskazywanym przez moralistów „sumieniu zawikłanym”, gdy człowiek trwa w mylnym przeświadczeniu, iż normy moralne, którym musi zadośćuczynić, kolidują ze sobą i nie można tego stanu jednoznacznie rozstrzygnąć.

Osoba o delikatnym sumieniu jest nieobojętna wobec całej sfery zjawisk, jakie dzieją się w jej życiu; jej wrażliwość może być oznaką świętości. W przypadku penitenta o takim sumieniu spowiedź i uzyskana absolucja przynoszą spokój ducha. Skrupulant zaś będzie drobiazgowo wymieniał własne przewinienia, wyolbrzymiał swoje grzechy lub mnożył je, podczas gdy są one tylko wytworem jego lęku przed domniemaną niedoskonałością. Po wszystkim jeszcze bardziej będzie roztrząsać, czy wyznał wszystko, czy dopełnił należycie warunków sakramentu pojednania, czy spowiednik usłyszał itd.

Skrupulant długie godziny spędza na analizowaniu bez końca własnego zachowania oraz okoliczności konkretnych czynów. Owładnięty swoistą fobią grzechu wyobraża sobie potencjalne i niebyłe sytuacje, szukając wyjaśnień, prześwietlając motywy ewentualnych działań. Zdarza się skrupulantom połykać wielbłąda, a przecedzać komara (por. Mt 23, 24). Skupiając się na błahych sprawach, mogą zaniedbywać ważne obszary swego życia. W literaturze tematu znaleźć można różne koncepcje wyjaśniające powstawanie skrupułów. Autorzy podkreślający intelektualny wymiar skrupułów traktują to zjawisko jako rodzaj natręctwa podszytego lękiem, który uniemożliwia prawidłową ocenę moralną postępowania. Inni odsuwając funkcje intelektualne na plan dalszy, w genezie zjawiska skrupułów uwydatniają rolę zaburzeń emocjonalnych. Zwolennicy psychoanalizy wskazują na niedojrzałość emocjonalną skrupulantów, szczególnie zaś zauważają dominację superego. Podmiot znajduje się w stanie nieustannej presji, a co za tym idzie – niezdecydowania. W tym kluczu perfekcjonizm podkopywany jest przez niskie poczucie własnej wartości. Brak wewnętrznej spójności sprawia, że skrupulanci mają przeświadczenie o swej niewinności, choć jednocześnie czują się winni. Bywa też odwrotnie – postępują źle, ale nie chcą mieć poczucia winy. Wypaczają więc własne sumienie pokrętnymi racjami i drobiazgowymi analizami. Mechanizm zanegowania własnej winy obraca się z czasem przeciw nim. Skrupulanctwo jest w istocie podszyte egoizmem osoby, która chce mieć absolutną pewność własnej nieskazitelności.

Zewnętrzna prawość stanowić może fasadę wewnętrznej nieszczerości i splątania. Jakkolwiek sytuować kwestię przyczyn skrupulanctwa, należy przyjąć, iż czynniki psychiczne odgrywają znaczącą rolę w powstawaniu i utrwaleniu się skrupułów.

Na przekór trudnościom

Skrupulant jest zakładnikiem własnej nadwrażliwości, dlatego kwestia pomocy osobie owładniętej skrupułami stanowi osobne ważkie zagadnienie. W literaturze tematu zaobserwować można dwie zasadnicze strategie postępowania ze skrupulantami. Pierwsza nastawiona jest na radykalną konfrontację z iluzjami, którymi karmi się dana osoba. Surowe oceny i drastyczne reakcje mają zburzyć misterną konstrukcję, jaka utrwaliła się w umyśle skrupulanta. Druga taktyka stawia na łagodniejsze i pełne współczucia traktowanie osoby zmagającej się w swym sumieniu, której zachowanie jest odczytywane przez pryzmat bycia ofiarą dręczącej przypadłości.

Oba podejścia nie muszą się wykluczać. Z pewnością należy zważać na konkretne indywidualne uwarunkowania skrupulanta.

Skrupuły są symptomem wewnętrznego przesilenia dokonującego się w życiu człowieka, które może przytrafić się każdemu. Mało tego, mogą one wiązać się z ważnym etapem rozwoju duchowego. Poddanie się skrupułom może prowadzić do regresu, apatii lub poważnych chorób. Jednocześnie skrupuły są czasem próby, której sprostanie wzmocni człowieka i otworzy przed nim nowe horyzonty. Doświadczenie skrupułów uczy w praktycznym wymiarze pokory i służy wewnętrznemu uporządkowaniu. Owa przypadłość zdarzała się wielu wybitnym świętym – stanowiła dla nich ważny element duchowego oczyszczenia i wzrostu. Warto o tym z nadzieją pamiętać, na wypadek gdyby zjawisko to stało się naszym udziałem lub udziałem naszych bliskich. Rzeczywistość widziana oczami skrupulantów jest bowiem ponura, mroczna i nie do pozazdroszczenia. Tymczasem świat jest lepszy niż wydaje się to skrupulantom, zaś oni sami stanowią ważną część tego lepszego świata, choć nie zawsze mają tego świadomość.

Piotr Aszyk SJ


polecamy:

64372     75035     74057     72396

O mocy, która daje wolność

O mocy, która daje wolność

Joanna Podsadecka: Skoro Bóg ma dar przenikania sumień, to po co spowiedź?

Ks. Jan Kaczkowski: Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie jesteśmy aniołami i potrzebujemy pewne rzeczy usystematyzować, wypowiedzieć, nazwać. Samo nazywanie porządkuje sumienie, sprzyja namysłowi, pomaga w świetle odpowiedzialności spojrzeć na to, co zrobiliśmy, albo co zamierzamy zrobić. Po drugie, nie do przecenienia jest aspekt psychologiczny. Wypowiedzenie tego, co mamy w sobie, daje nam pewność, że skoro to zostało nazwane, nie trafiło w próżnię, ale zostało przez kogoś, a konkretnie: przez Boga, wysłuchane. To są dwa najważniejsze powody istnienia spowiedzi usznej. Chętnie dodam trzeci. Mocno wierzymy, że w sakramencie, w tych słowach: „odpuszczam tobie grzechy” (ale nie ja, Jan Kaczkowski, tylko Bóg, bo ja to robię w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego), w tym niepozornym znaku krzyża i modlitwie mieści się niezwykła moc, która nam daje wolność.

Jaki wpływ na kapłana mają spowiedzi? Czy budują go te historie, kiedy człowiek siebie przekroczył, a dołują te, gdy widzi, że człowiek nie podołał?

Jeżeli jest się spowiednikiem profesjonalnym i dojrzałym, to potrafi się zachowywać dystans. Jest więc radość, gdy się widzi, że człowiek potrafi zadziwić swoją szlachetnością. Jest też ból, kiedy człowiek się poddaje. Najbardziej boli, jeżeli prowadzisz penitenta przez długi czas i już ci się wydaje,  że poderwał się do lotu, lecz zaraz na twoich oczach nie udaje mu się pokonać pierwszej przeszkody i się roztrzaskuje.

Odmówiłeś komuś rozgrzeszenia?

Nigdy nikomu nie odmówiłem rozgrzeszenia. Zdarza się jednak, że z obiektywnych przyczyn przesuwam rozgrzeszenie na dalszy czas.

Gdy mówisz komuś, że przesuwasz je na dalszy czas, to znaczy, że jakich warunków nie spełnił, żeby je uzyskać?

Nie spełnił warunków ważnego i godziwego rozgrzeszenia, czyli albo nie żałował za grzechy, albo nie obiecywał poprawy, albo połączył ze sobą te elementy i trwał w uporze. Kiedy pytam, czy nie żałuje za grzech i pada odpowiedź: „Tak, nie żałuję”, to wtedy – bez względu na to, jakiej wagi jest ten grzech – muszę przesunąć udzielenie rozgrzeszenia.

Nawet jak grzech był lekki?

Nawet jak był lekki.

A trzeba się spowiadać z lekkich grzechów?

Powinno się spowiadać z lekkich grzechów, bo kiedy się z nich nie spowiadamy, to one zalegają w sumieniu i otwierają drogę do grzechów ciężkich.

Co w sytuacji, kiedy ktoś nie uznaje za grzech tego, co według Kościoła jest grzechem?

To trzeba przyjąć skomplikowaną naukę o tym, że sumienie błędne niepokonalnie obowiązuje. Kościół ci mówi, że coś jest grzechem, wszyscy ci mówią, że coś jest grzechem, a ty mówisz w swoim sumieniu i dokładnie tak czujesz: „Nie, to nie jest grzechem”. Jeżeli dochowałaś staranności,  dowiedziałaś się ze wszystkich możliwych źródeł na temat tego grzechu i nadal jesteś święcie przekonana, że to nie jest grzechem, to powinnaś iść za własnym, chociaż błędnym, sumieniem. Bo jeżeli nie, to grzeszysz. Zawsze kiedy łamiemy własne sumienie, grzeszymy.

Grzech musi być świadomy, dobrowolny i dotyczyć materii poważnej. Osąd, co jest materią poważną, a co nie, nastręcza trudności.

Niewątpliwie ważenie grzechów jest problemem. Pamiętam ze studiów profesora historii Kościoła, który z nas, teologów moralnych, kpił: „I co? Będziecie teraz ważyć i mierzyć grzechy?”. W Katechizmie Kościoła katolickiego ten problem jest poruszony. Materia poważna to złamanie przykazania Bożego lub kościelnego w ważnej materii z pełną dobrowolnością i świadomością, że jest to grzechem, w dodatku grzechem ciężkim.

Najtrudniej jest określić dobrowolność.

Jeśli gimnastykujemy własne sumienie, staje się ono coraz sprawniejsze. Mięsień sumienia musi pracować, żeby był silny. Naprawdę jesteśmy w stanie określić, jaki czyn był dobrowolny. Jeżeli kłócę się z rodzicami i strzelę jakąś złośliwością, żeby zabolało, to znaczy, że popełniłem grzech ciężki. Kiedy jednak się pokłóciłem, nawet mi nerwy puściły zupełnie, ale mnie ukłuło sumienie i powiedziało: „Przestań!”, to myślę, że mogę to rozpatrywać jako grzech lekki. A jeśli dodatkowo w tym momencie wycofałem się i przeprosiłem, to tym bardziej. Sumienie to przestrzeń, wokół której ogniskuje się moje myślenie. Bo Pan Bóg mówi do nas w sumieniu.

 

Zapraszamy na stronę dacierade.pl, gdzie jeszcze więcej o ks. Janie i ostatniej z nim rozmowie

 


polecamy:

dasz rade front     73667     72746