Nie wiem, z czego się spowiadać

Nie wiem, z czego się spowiadać

Czasami penitent, który dawno nie był u spowiedzi, nie wie, z czego ma się spowiadać.
Rzeczywiście nieraz tak bywa, że ktoś nie potrafi zrobić rachunku sumienia albo robi go infantylnie, korzystając z wiedzy wyniesionej z przygotowania do pierwszej spowiedzi.

Może to nie zabrzmi dobrze, ale niektóre pomoce są przygotowane dramatycznie źle. Mam na myśli na przykład książeczkę z 250 pytaniami. Jeśli trafi na nią penitent ze skrupułami, to przez co najmniej dobę nie wyjdę z konfesjonału. Taki człowiek przejdzie ogromną walkę sam ze sobą i wyjdzie z niej duchowo poobijany. Przecież rachunek sumienia to stanięcie przed Bogiem, a nie konfrontacja z toporną buchalterią moralną.

Jestem za tym, żeby propozycja rachunku sumienia była jak najprostsza. Lepiej ewentualnie dopytać spowiednika, jeśli pozostaje jakaś wątpliwość moralna, niż gubić się w setkach pytań mogących dotykać problemów, których nigdy w życiu nie przewidywałem. Widziałem kiedyś formularz rachunku sumienia dla dzieci z pytaniami o bardzo specyficzne zachowania seksualne. Myślę, że dziecku do głowy nie przyjdą pewnego typu działania, więc po co o nie pytać?

Widziałbym w rachunku sumienia konfrontację z tekstem biblijnym, bez mnożenia pytań, lecz z ukazaniem pewnych sfer, o które trzeba zapytać. Rachunek sumienia musi też brać pod uwagę stopień rozwoju duchowego penitenta. Spokojnie można zacząć od dziesięciu przykazań, a w pewnym momencie rozwoju można wziąć Hymn o miłości i się z nim konfrontować. Ktoś inny weźmie sobie ewangeliczne Błogosławieństwa i będzie się z nimi konfrontował na zasadzie pewnego wezwania, planu, do którego ma dostosować życie.

W konfesjonale preferuję „regułę trzech palców”, bo wydaje mi się najbardziej sprawna i łatwa – w różnym wieku, w różnych sytuacjach – do zastosowania: relacja do Boga, do drugiego człowieka i do siebie. Myślę, że w tym się zawierają wszystkie przykazania i podstawowe zobowiązania człowieka w tych relacjach.

Pytania w rachunku sumienia powinny mieć Ojca zdaniem charakter otwarty? Wciąż wielu wiernych myśli w kategoriach ilościowych: „Ile razy popełniłem dany grzech?”.

Przy grzechach śmiertelnych jest obowiązek wyznawania ich liczby i ważnych okoliczności. W innych wypadkach wiele zależy od sytuacji. Jeżeli ktoś nie był u spowiedzi od dwudziestu lat, to siłą rzeczy pytania w rachunku sumienia muszą być dosyć precyzyjne. Ale pamiętajmy, że kreatywność ludzka jest olbrzymia także w czynieniu zła. Więc obok tych formuł zawsze trzeba zadać pytanie, czy jest coś jeszcze, co sumienie wyrzuca penitentowi.

Trzeba to jasno powiedzieć: jeśli jakiegoś pytania nie ma w rachunku sumienia, to nie znaczy, że coś nie jest grzechem. A jeżeli w rachunku sumienia penitent konfrontuje się z czymś, czego nie potrafi ocenić, to dla spokoju sumienia niech o to zapyta spowiednika.

A co jeśli ani spowiednik, ani penitent nie wpadli na coś, o co mogliby jeszcze zapytać, a rzecz dotyczy sprawy wcale niebłahej? Czy wówczas wszystkie grzechy zostają odpuszczone?

Oczywiście, że tak. Wyznanie grzechów jest przede wszystkim sprawą penitenta. Spowiednik nie siedzi w jego głowie. Jest zasada, że mu się wierzy, a druga jest taka, że właściwe pytania mogą czasami pomóc, ale kapłan w związku z tym nie ma obowiązku dopytywać o jeszcze kolejne sprawy. Zakłada, że penitent chce wyznać takie, a nie inne grzechy. I jeżeli na danym etapie sumienie mu mówi, że to jest grzechem, to spowiedź jest ważna i owocna.

Inna sytuacja powstaje, jeśli ktoś zataja jakiś grzech, a inna, kiedy nie ma świadomości moralnej, że coś jest grzechem. A to zdarza się na przykład choćby odnośnie do moralności seksualnej, bardzo różnie przeżywanej. Dzisiaj bardzo często sądzi się – co wynika też z braków w katechezie, formacji chrześcijańskiej – że gorące, serdeczne, a może nawet prawdziwe uczucie usprawiedliwia każdą formę zachowań seksualnych. „Ale ja go/ją kocham” – i to jest usprawiedliwienie. Tutaj nieraz jest duży problem z uznaniem, co grzechem jest albo nie jest. Spokojne wyjaśnienie powinno być dla penitenta pomocne.

Bywają też takie obszary w życiu, na przykład Polaków, na które na skutek różnych wydarzeń historycznych bardzo trudno spojrzeć z punktu widzenia moralnego. Dotyczy to na przykład obowiązków wobec państwa. Dla wielu przez długi czas państwo w ogóle nie było ich własnością, tylko strukturą opresji. I teraz to państwo jest moje, cokolwiek bym o nim myślał, czy jest dobrze, czy źle rządzone, ale ono jest moje, nasze i teraz mam wobec niego pewne obowiązki, mam też obowiązki wobec społeczności lokalnej. Bardzo często są to rzeczy, które nie wchodzą w zakres rozeznawania moralnego penitenta. Po prostu wielu z nas posługuje się rachunkiem sumienia na miarę tego, jaki zna z książeczki przed pierwszym przystąpieniem do spowiedzi. Albo robi to w pośpiechu, tak jak żyje w pośpiechu, przegapiając wiele istotnych spraw.

Jeżeli przypomniałem sobie wydarzenie, które miało miejsce pewien czas temu, ale w międzyczasie przystąpiłem kilkakrotnie do spowiedzi bez wyznawania tego grzechu, co powinienem uczynić?

Warto przy okazji tego pytania dokonać rozgraniczenia. Jeżeli coś niepokoi, to radziłbym, żeby to wyznać spowiednikowi, powiedzieć, że dopiero teraz to sobie uświadomiłem i niepokoi mnie to. To świadectwo mojej pokory, stawienia się przed Bogiem. Uchroni mnie też przed wątpliwościami.

Pamiętajmy, że dla rozumienia grzechu jest ważny moment, kiedy go popełniam. Jeżeli go popełniałem, nie mając świadomości, że jest grzechem, a tę świadomość zyskam dziesięć lat później, to ten czyn w moim rachunku sumienia nie był grzechem. Jeśli dziecko eksperymentalnie pali papierosy, ale dopiero jako osiemnastolatek zyskuje zrozumienie, czym jest palenie, zaczyna się z tego świadomie spowiadać, bo rozumie, że paląc, szkodzi swojemu zdrowiu. Nagle też może się obudzić sumienie: „O, Boże, paliłem już i się z tego nie spowiadałem!”. Dobrze, ale jako dzieciak, kiedy eksperymentowałeś, nie miałeś tej świadomości, więc trudno mówić o takiej wadze grzechu, jaka jest w tej chwili.

A jeśli taka sytuacja dotyczy moich działań jako osoby dorosłej: dopiero z perspektywy czasu widzę zło czy też grzeszność jakiegoś czynu albo cierpienie, którego ktoś przeze mnie doznał?

Mogę próbować przewidzieć, jakie będą efekty moich działań, ale nie zawsze uda mi się właściwie rozeznać sytuację. W postawionym pytaniu nie ma problemu, ponieważ intencje w momencie podejmowania decyzji były dobre: liczyłem na to, że moje postępowanie przyniesie dobro. Mamy więc do czynienia z kwestią błędu czy skutku obiektywnego, który jest ode mnie niezależny i nie podlega ocenie, gdyż nie potrafiłem go wówczas w całości uchwycić.

Kolejnym elementem utrudniającym ocenę sytuacji może być wzburzenie emocjonalne. Po prostu działam pod wpływem emocji. Oto przykład, wcale nadal nierzadki: dziecko denerwuje rodzica, a ten je uderza. To była pierwsza reakcja rodzica, a dopiero po chwili przyszła świadomość, że przekroczył granicę i dokonał czegoś, co nie powinno się zdarzyć. Jak takie zdarzenie ma ocenić rodzic, a jak spowiednik? W chwili czynu trudno mówić tu o pełnej świadomości zła. Aby czyn był grzechem, ma być świadomy i dobrowolny. Gdyby ta osoba mogła spokojnie rozważyć sytuację, nie uderzyłaby dziecka. A może trzeba było jeszcze coś zrobić, żeby ustrzec siebie i swoje dziecko przed tego typu reakcjami? Mówimy o zdarzeniu nagłym, zaskakującym dla rodzica i dla dziecka, a nie o postępowaniu zaplanowanym i zrealizowanym, by zadać ból.

Podobnie jest z kłótnią dwojga bliskich osób – męża i żony. Czy naprawdę mąż lub żona, przychodząc zmęczeni z pracy, podenerwowani czymś w drodze, tylko czekają, aby się wzajemnie poranić, żeby „gryźć” w reakcji na dowolny bodziec? Tutaj zawsze bardzo ważne będą uwarunkowania podmiotowe. Tego jednak nie odkryje kapłan podczas sakramentu pokuty. Sami musimy spróbować to zobaczyć podczas rachunku sumienia.

Osoby wrażliwe mogą wyolbrzymiać tę sytuację i swój ewentualny wkład w kłótnię, a inne mogą ją bagatelizować. Lepiej byłoby się nie tyle obwiniać, ile pytać, czy dało się zareagować inaczej. Dostrzegając, że tak może wyglądać sytuacja, często pytam penitentów: „A może to nie jest problem tylko tej jednej sytuacji, tylko na przykład przemęczenia? Może trzeba pomyśleć – choćby w trosce o realizację piątego przykazania w aspekcie szacunku dla siebie – o chwili odpoczynku, bo reagujesz nieadekwatnie i ranisz swoich bliskich?”.

Czy rachunek sumienia lepiej robić w konfrontacji z jakimś tekstem, czy raczej zaufać własnemu wyczuciu?

Nie musimy robić rachunku sumienia z tekstem. Musi być w nim natomiast pewna struktura, na której się oprę. Choćby wspomniana zasada trzech palców. Jeśli ktoś potrafi się spowiadać na podstawie przykazania miłości i ma wyrobiony sposób stosowania prawa miłości, to wspaniale. Jeżeli ktoś to potrafi zrobić na podstawie Ośmiu Błogosławieństw, też nie ma problemu.

Tylko wtedy czasami pojawia się lęk, że im bardziej coś subiektywne czy im mniej tych pomocy z zewnątrz w postaci pytań, tym więcej rzeczy może mi umknąć i ukryć się przed moim sumieniem.

Dekalog jest tak obszerny, że jeżeli się go dobrze przemyśli, to przygotowanie do spowiedzi będzie w zupełności wystarczające. Ale – i to jest problem ludzi dzisiaj – na rachunek sumienia potrzeba czasu. Co do pytań, które dotyczą każdego możliwego grzechu w życiu – bo i takie karkołomne wyliczenia się zdarzają – to myślę, że żaden moralista nie jest aż tak kreatywny, by wszystko wyliczyć, wszelkie możliwe sposoby zgrzeszenia. Nie trzeba się też gubić w tropieniu grzechów wręcz wyimaginowanych albo dowiadywaniu się o grzechach, których miało się szczęście nie poznać i nie popełnić.

Rachunek sumienia zawsze będzie przeprowadzany pod wypływem jakiejś formacji religijnej. Wiadomo, że jak ona się będzie pogłębiać, czyli jeżeli będę bliżej w relacji z Bogiem, to ten rachunek będzie coraz bardziej subtelny. Praktyka czy rodzaj działania duchowego nie może być oderwany od całości mojego życia. Jeżeli nie modlę się czy nie korzystam z sakramentów lub uczestniczę w nich rzadko, to siłą rzeczy mój rachunek sumienia będzie stawaniem przed Kimś obcym, przed Kimś, kogo słabo znam. Bóg będzie mi daleki, więc rachunek sumienia upodobni się do składania przez podatnika rozliczenia w urzędzie skarbowym. Nie będzie w tym bliskości i życzliwości, które są tak ważne w wierze.

 

Jordan Śliwiński OFMCap, Olaf Pietek


polecamy:

72396

Przebaczenie i uzdrowienie

Przebaczenie i uzdrowienie

„Jeżeli mówimy, że jesteśmy bez grzechu, zwodzimy samych siebie i nie ma w nas prawdy – wytyka nam bez skrupułów święty Jan. – Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, to Bóg jest wierny i sprawiedliwy: odpuści nam grzechy oraz oczyści nas z wszelkiej nieuczciwości. Jeżeli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy – przestrzega jednak apostoł – czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego słowa” (1 J 1, 8-10). Dowiedz się więcej

Spowiedź – czy to ma sens?

Spowiedź – czy to ma sens?

Przez długie lata spowiedź stanowiła jedną z najbardziej podstawowych praktyk religijnych przeciętnego katolika. Ostatnio coraz częściej jednak słyszy się pytania: Dlaczego mam chodzić do spowiedzi? Dlaczego nie mogę wyznać swoich grzechów samemu Bogu?

Jak to zwykle bywa, po­stawienie pytania nie nastręcza większych trudności, lecz znalezienie właś­ciwej odpowiedzi wymaga zazwyczaj wiele wysiłku. Osobista rozmowa z Bogiem na temat własnych grzechów jest niewątpliwie dobrym zwycza­jem. Ściśle rzecz biorąc, nikt nie jest przecież zobowiązany do korzystania z sakramentu pojednania, jeśli nie znajduje się w stanie grzechu ciężkiego, a pragnie przyjąć Komunię, na przykład w okresie wielkanocnym.

Istnieją zasadniczo dwa rodzaje żalu za grzechy: zamknięty i otwarty. Pierwszy z nich to poczucie winy z powodu popełnionego zła. Człowiek przeżywający taki żal jest skupiony na sobie, a nierzadko poddaje się zniechęceniu i rozpaczy. Krańcowym przykładem tej postawy jest Judasz. Dru­gi rodzaj żalu to prawdziwa pokuta. Charakteryzuje ją otwarcie na bliź­nich oraz potrzeba wyznania popełnionego grzechu. Człowiek taki pragnie „zrzucić z siebie” ciężar winy. Często zatem mówi się, że spowiedź jest lekarstwem dla duszy. Ten rodzaj żalu znajdujemy u św. Piotra. Kiedy Jezus spojrzał na niego z niemym wyrzutem (por. Łk 22, 61), Piotr najpierw wy­szedł na zewnątrz, by zapłakać w samotności, lecz później powrócił do braci i wyznał zmartwychwstałemu Panu swój grzech (por. J 21, 15-18). Przystę­pując do spowiedzi, naśladujemy więc także zachowanie św. Piotra.

Pytania o sens korzystania z sakramentu pojednania wskazują w głów­nej mierze nie tyle na same wątpliwości odnośnie do celowości tej praktyki religijnej, ile raczej na sposób myślenia pytającego. Dostrzec tutaj bowiem można wyraźnie zaznaczony indywidualizm, który przejawia się w przeko­naniu, że każdy człowiek sam zbliża się do Boga. Takie poglądy narzucają niejako Bogu drogę zbawienia, gdy tymczasem Bóg ma własny plan.

Przekonujemy się, że Jego drogi różnią się od naszych wyobrażeń. Bóg pragnie, byśmy żyli w bliskiej więzi z innymi ludźmi i wspólnie z nimi zdążali ku Niemu. Zauważmy, że na Sądzie Ostatecznym będziemy pyta­ni o nasz stosunek do bliźnich (por. Mt 25, 31-46), a zatem indywidualne zabieganie o własne tylko zbawienie nie jest zgodne z Bożym planem. Wy­pływa stąd następujący wniosek: prywatne akty skruchy – chociaż mają wielką wartość – nie mogą zastąpić sakramentu pojednania. Zgodnie z na­szą tradycją akty te są poddane sakramentowi i stanowią w pewnym sensie przygotowanie do niego.

Powyższe refleksje można wyrazić i tak: nie wystarczy zabiegać o po­jednanie z Bogiem Ojcem poprzez wewnętrzne akty skruchy; konieczne jest także pojednanie z Synem żyjącym w swoim Kościele. Dla chrześcija­nina świadomego własnej współodpowiedzialności za bliźnich nie istnieje pojęcie grzechu całkowicie prywatnego. Sobór Watykański II przypomina nam, że grzesząc, zadajemy ranę Kościołowi. Kiedy zaś wyrządzamy zło bliźnim, ranimy samego Jezusa. Słuszne zatem wydaje się, że przebaczenie powinno być związane z odtworzeniem zerwanych więzi. Jeżeli pragnie­my pojednania z Chrystusem, musimy spotkać się z Nim w osobie kapłana odpuszczającego nam grzechy. Powracamy wówczas jednocześnie do Koś­cioła, któremu zadaliśmy ranę. Sakrament pojednania jest więc w pewnym stopniu zadośćuczynieniem za nasze egoistyczne dążenie do samowystar­czalności.

Kościół wciąż odkrywa ogromne bogactwo, jakie kryje w sobie prakty­ka spowiedzi indywidualnej. Do najcenniejszych wartości należy niewąt­pliwie doktryna głosząca, że każdy człowiek jest osobiście odpowiedzialny za swoje czyny. W ciągu wieków próbowano niekiedy doktrynę tę podwa­żać. Na przykład w okresie powstania protestantyzmu dość powszechne stało się przekonanie o fatalizmie zła. Uważano, że człowiek jest niejako skazany na grzech, przed którym nie ma żadnej ucieczki. Sobór Trydencki zajął w tej kwestii stanowisko, stwierdzając, że nauka o osobistej odpowie­dzialności znajduje potwierdzenie między innymi w praktyce spowiedzi indywidualnej. Wszyscy wiemy, że nasze zachowanie jest często uwarun­kowane okolicznościami zewnętrznymi; niemniej prawdą jest również i to, że obdarzeni zostaliśmy wolną wolą i dlatego mamy możliwość podejmo­wania własnych decyzji.

Mówiąc o wolnej woli, musimy pamiętać, że istotnie zdolni jesteśmy do wyboru zła bądź dobra. Możemy zatem zaprząc swoją wolność w służbę bliźnim; możemy również podążyć drogą grzechu. Dopóki nie dostrzeżemy takiej alternatywy, nigdy nie zdołamy szczerze zawołać: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika! (Łk 18, 13).

W dzisiejszym świecie wiele się mówi o wolności, lecz równocześnie widoczna jest także skłonność do ucieczki przed nią. Ludzie nierzadko pró­bują zagłuszyć wyrzuty sumienia, usprawiedliwiając własne postępowanie powszechnie spotykaną normą: „Dlaczego nie miałbym ukraść jakiegoś drobiazgu w sklepie? Wszyscy to robią!”; „Cóż złego jest w braniu nar­kotyków? Wszyscy moi znajomi biorą!”. Wobec takich skłonności konfe­sjonał jawi się jako wyraźny znak naszej osobistej odpowiedzialności oraz jako wezwanie do ponoszenia konsekwencji własnych czynów.

Upowszechnienie odnowionej liturgii przyczyniło się do rozwoju świa­domości, że odpuszczenie grzechów możliwe jest w Kościele nie tylko za sprawą sakramentu pojednania. Zauważmy na przykład, że akt pokuty roz­poczynający Mszę świętą pomógł katolikom zrozumieć, że sama Euchary­stia ma moc gładzenia grzechów. W wielu krajach obserwuje się obecnie odchodzenie od praktyki regularnej spowiedzi. Zjawisko to niejednokrotnie jest wynikiem słabnącego życia wiary, lecz można dostrzec w nim także aspekt pozytywny – chociażby wspomnianą już znajomość innych dróg uzyskania przebaczenia poza sakramentalnym rozgrzeszeniem.

Kiedy liczba penitentów przystępujących do spowiedzi zaczęła wyraź­nie maleć, wiele osób sądziło, że sakrament pojednania zaniknie samoist­nie. Dzisiaj wiadomo już, że tak się nie stało, a głębsza refleksja nad sensem tego sakramentu oraz ogromem dobra kryjącym się w praktyce spowiedzi indywidualnej pozwala mieć nadzieję, że nie stanie się tak również w przy­szłości. „Spowiedź jest lekarstwem dla duszy”. Istotnie, spowiedź wypływa z potrzeb ludzkiej natury.

Indywidualne celebrowanie sakramentu pojednania oznacza zasadniczo osobiste spotkanie Kościoła z jednym ze swych członków, którego pierwowzorem jest ewangeliczny opis spotkań Chrystusa z grzesznikami. We współczesnym świecie coraz większym problemem staje się anonimowość, dlatego warto podkreślić, że możliwość indywidualnej rozmowy z kapła­nem o najważniejszych sprawach własnego życia wychodzi naprzeciw pragnieniom ludzkiego serca. Jeśli dodatkowo rozmowa ta pogłębiona jest o łaskę sakramentalną, wówczas nie sposób znaleźć lepszej i skuteczniej­szej pomocy w pokonywaniu swoich słabości.

Raymond Maloney SJ


polecamy:

59334     73153     72396     74083

O co w nim chodzi?

O co w nim chodzi?

W rachunku sumienia chodzi o miłość, o miłość, której pragną wszystkie serca, o miłość, której, choć wspaniale przejawia się w życiu wielu z nas, nie sposób w pełni doświadczyć, nim nasze życie się nie dokona. A jednak ta miłość, która w pełni nasyci nas dopiero po śmierci, daje o sobie znać już teraz, przez delikatne, ledwo dostrzegalne poruszenia serca.

Nie zauważając ich czy nie zwracając na nie uwagi, tracimy bogactwo naszego życia wewnętrznego. Rezygnacja z niego zubaża nasze postrzeganie świata zewnętrznego i ogranicza żywotność motywacji, z jaką się weń angażujemy.

Rachunek sumienia nie jest egocentrycznym skupieniem się na sobie, które zaślepia i odciąga od rzeczywistego, realnego kontekstu codziennego życia. Prawdziwa miłość, przepełniając serce, nigdy nie pozostaje obojętna na kwestie istotne dla społeczeństwa, w którym żyjemy, i dla relacji międzynarodowych; zawsze też wywiera na nie swoisty, właściwy sobie wpływ. Nieobojętny dla wzajemnych więzi, którymi jesteśmy połączeni, rachunek sumienia może mieć istotne znaczenie dla przyszłości naszej cywilizacji. Niezdolność do kontrolowania miotających nami ślepych impulsów, skłaniających nas do przemocy, rzuca głęboki cień na zaufanie niezbędne do tworzenia jakichkolwiek form odpowiedzialnej cywilizacji. Codziennie media szczegółowo informują nas o konsekwencjach śmiercionośnej przemocy, którą powodują paroksyzmy terroru, zawiedzionej miłości czy niespełnionych nadziei i która nęka szkoły, rodziny oraz wiele rożnych relacji międzyludzkich.

Impulsy popychające nas do przemocy zawsze będą towarzyszyć uwikłaniom i rozterkom serca, których nie brak w świecie ludzkich relacji. Umiejętność kontrolowania tych gwałtownych porywów agresji stała się najpilniejszą potrzebą współczesnej cywilizacji. Istotą regularnej praktyki rozeznawania decyzji jest właśnie kontrolowanie impulsów w wierze. Nie, rachunek sumienia nie jest formą jakiejś niezdrowej, indywidualistycznej introspekcji. Jego osią i sensem staje się odnajdywanie woli Boga, nieodwołalnie objawionego w zmartwychwstałym Jezusie, który pragnie odnowy i pojednania świata ludzkich relacji.

Rachunek sumienia wprowadza nas w mroczne zakamarki serca. Miejsce, które odnajdujemy, odkrywając przed Bogiem stan naszej świadomości, nie jest radosne; przypomina raczej dom, w którym straszy, stojący na uboczu naszych serc. Miejsce to wypełnia poczucie winy, klęski i wstydu, świadomość niemocy granicząca z bezsilnością.

Patrząc na nie, trudno oprzeć się przerażeniu i nie ulec pokusie stosowania rozmaitych technik wyparcia, dzięki którym omijamy zazwyczaj te nawiedzone, budzące lęk obszary serca. A jednak właśnie tu, we wnętrzu owego pozornie upiornego zamku, ukryty jest drogocenny dar przemieniającego nas pokoju, który oferuje nam wszystkim przebaczająca miłość Boga w Jezusie.

Skrupulatne ogradzanie tego mrocznego i ponurego miejsca, a także uparte negowanie jego istnienia ma wiele poważnych konsekwencji. Wypierając się go, doświadczamy braku wewnętrznej spójności; rozpaczliwie pragniemy pokoju, wiedząc, że go nie znajdujemy. Podejmując się powierzonych nam zadań, odczuwamy niepokój, że nasze wysiłki mijają się z zamierzonym celem. Większość z nas potrzebuje kogoś życzliwego, kto będzie nam w tym przerażającym miejscu towarzyszyć, przynajmniej częściowo uśmierzając nasze lęki i pomagając nam doświadczyć ukrytego w nim głębokiego pokoju.

Mimo że ów ponury obszar ludzkiego serca początkowo wydaje się irytujący i zdaje się niszczyć nasze samozaufanie, po pewnym czasie okazuje się miejscem odrodzenia, w którym uczymy się głębokiego, pokornego zaufania do siebie oraz prawdziwej spontaniczności w Duchu Świętym, a także odnajdujemy nienasycone pragnienie wdzięczności i służby. Wdzięczna świadomość dobroci, jaką Bóg nam okazuje dzień po dniu, pewnie przeprowadza nas przez ognisty piec smutku i żalu, w którym  złudny urok i bolesna bezsilność grzechu na nowo odkrywają przed nami zdumiewający dar Bożego przebaczenia w Jezusie. Bijące z tego doświadczenia źródło nadziei mobilizuje nas do dalszej drogi, przygotowując na wyzwania jutra.

Timothy M. Galagher OMV

 


polecamy:

71231     74057