Trzy rzeczy, których należy unikać, nie tylko dlatego, że denerwują spowiedników. One przeszkadzają po prostu w dobrej spowiedzi.
polecamy:


Spowiedź na krawędzi. Dlaczego ją tak nazwałem? Bo praca w hospicjum, która jest pracą na wysokim poziomie adrenaliny, najdobitniej uświadamia mi, że w czasie spowiedzi ważą się ludzkie losy, trwa wyścig o wieczność.
przed ołtarzem
Są w życiu momenty przełomowe, kiedy decydujemy się na spowiedź generalną. Zachęcam was do takiej spowiedzi. Radziłbym się nie ustawiać w jakiejś kosmicznej kolejce, tylko wcześniej wybrać sobie księdza, u którego chce się wyspowiadać. Czy zachęcam do uprawiania priestingu? Tak. Niektórzy uprawiają shopping, clubbing, inni churching (szukają kościołów, w których jest dobre duszpasterstwo). Jest wskazane, by dla dobrej spowiedzi uprawiać priesting, czyli szukać księdza, zasadniczo stałego spowiednika. Jest problem ze stałym spowiednikiem, bo za pierwszym razem mi przypasował, był ok. Za drugim razem czułem się po spowiedzi uwznioślony, bo się pilnowałem. Przy trzecim razie, kiedy mam wyznać grzechy, których się wtedy wstydziłem, ksiądz mnie już poznaje. I to jest ten moment dojrzałości duchowej, kiedy się przed naszym stałym spowiednikiem przełamiemy, przestaniemy obawiać, że on nas będzie oceniał. Potem pójdziemy do niego z kolejną słabością, z której do tej pory nie potrafiliśmy zrezygnować. Świadoma praca nad sobą świadczy o duchowym rozwoju.
Pierwszym momentem, w którym należałoby zachęcać ludzi do spowiedzi generalnej, jest czas przed ślubem. By ten ślub nie był wydmuszką. Ale błagam, by nie spowiadać się po to, żeby ksiądz podpisał kartkę. Jeżeli państwo mają to robić byle jak, to przyjdźcie do mnie, ja wam podpiszę papiery. A zresztą – ile razy widać, że ludzie sobie sami podpisują, np. ksiądz Kowalski w Pikutkowie. Papier przyjmie wszystko, można go oszukać. Ale własnego sumienia i Pana Boga mówiącego w sumieniu oszukać się nie da. Zatem należałoby wszystkich narzeczonych przygotowywać do takiej bardzo głębokiej spowiedzi podsumowującej ich życie. Często bywa tak, że to jest spowiedź z okresu od bierzmowania do dwudziestki, dwudziestki piątki. Przynajmniej z perspektywy Trójmiasta tak to wygląda, że jest spory odsetek ludzi, którzy przestali się spowiadać jako dzieci, a teraz mamy już dorosłą osobę z całym pękiem dziecięcych i dorosłych grzechów.
Mówię narzeczonym: niekoniecznie musimy mordować się, na przykład, z tą całą teologią małżeństwa. Ona jest mniej więcej znana. Ale musicie się przygotować porządnie do spowiedzi po to, żebyście mieli poczucie gigantycznej wolności, kiedy staniecie w drzwiach kościoła, kiedy ksiądz po was wyjdzie. Możecie być nawet w brudnych jeansach, ale będziecie szczęśliwi, że jesteście tylko wy i Pan Bóg. Nie będziecie się przejmować, że ciocia z Wąbrzeźna nie przyjechała.
kiedy jesteśmy na dnie
Drugim momentem, w którym szczególnie polecam spowiedź generalną, jest ten, gdy popełniliśmy jakiś ciężki grzech, który nas upodlił. Przypominam sobie, siedziałem w wakacje w konfesjonale w Sopocie, i przyszedł do spowiedzi starszy ksiądz. Mówił, że się, mówiąc najdelikatniej, strasznie łajdaczy i nie może w ogóle nad tym zapanować. On był w moralnym dołku, ale też był tak skruszony… Przyjechał na wakacje i kompletnie mu puściły wszelkie moralne hamulce. Twierdził, że ma z tym problem od wielu lat. Naprawdę miał sporo na sumieniu. Ale przyszedł ze szczerym wyznaniem, ze łzami. Zapytałem go, co powinienem mówić, gdy przyjdą do spowiedzi młodzi księża albo w ogóle młodzi ludzie, którzy dali się ponieść tego typu uciechom? I on mnie tak wzruszył… Z ogromną szczerością powiedział: „Mów im, że to jest ułuda. Tylko się wydaje, że na tym można zbudować szczęście”. I to we mnie zapadło. Spowiedź tego zdruzgotanego grzechem kapłana, który jednak miał tyle siły, żeby się podnieść. Łaska Boża jest przeogromna. Wtedy, kiedy popełnimy jakiś potwornie ciężki grzech (nie chcę wyliczać, szanując państwa inteligencję), musimy się zdobyć na taką naprawdę poważną spowiedź, najlepiej z całego życia, żeby wykorzenić przyczyny tego najpoważniejszego grzechu, które może nawarstwiały się latami.
na łożu śmierci
Ostatni rodzaj spowiedzi na krawędzi, w której często uczestniczę jako spowiednik, to ta na łożu śmierci. Fascynujące są, proszę państwa, ludzkie sumienia. Niezwykłe. Niezbadane. Kiedy ludzie są w agonii, zachowując przytomność, albo kiedy czują, że śmierć już się zbliża, naprawdę niczego nie muszą udawać i zasadniczo nie kłamią. Poza sytuacjami naprawdę patologicznymi. Muszę powiedzieć, że fenomen wyparcia, fenomen dobrego samopoczucia mnie zawsze obezwładnia. Czasem mamy tzw. pacjentów z zza, czyli z zespołem zależności alkoholowej. Alkoholików, którzy często byli potworami dla własnych rodzin.
Mam, na przykład, wiedzę od żony takiego alkoholika, która go przywiozła do hospicjum, że to był potwór, że ją katował, że kiedy nie chciał, by miała dzieci, to skakał jej po brzuchu, zmuszał do aborcji, pił, tłukł, sprzedawał gospodarstwo po kawałku. Przychodzę spowiadać tego mężczyznę – robimy to od pierwszego do ostatniego przykazania. Mówię: „panie Ryszardzie (oczywiście wymyślam teraz imię), chciałbym, żeby to była porządna spowiedź, czy mogę panu zadawać pytania?”. Muszę mu zapewnić warunki intymności na tyle, na ile się da. Jeżeli może, to wychodzimy z pokoju. Jeżeli nie, to wyjeżdżamy łóżkiem. Kiedy dochodzimy do pytania: „A jak w pana małżeństwie?”, on odpowiada: „Świetnie. Pasmo sukcesów”. Pytam: „Był pan dobrym ojcem i mężem?” „Tak, na pewno. Zawsze byłem z nimi. Nigdy ich nie krzywdziłem”. Nie mogę podać w wątpliwość jego słów. Muszę założyć, że albo wszystko, co złe, wyparł i tak naprawdę jest nieświadomy, że spowiada się świętokradzko, albo zostawić go Bożemu miłosierdziu. Rozgrzeszyć, kiedy jestem prawie pewien, że on spowiada się świętokradzko, a potem podać mu komunię świętą, oczywiście na jego odpowiedzialność.
Ale bywają też piękne historie. Kiedy ludzie już niewiele mogą mówić, wtedy mam prawo odstąpić od tzw. integralności spowiedzi, czyli od pełnej formuły. Na ogół spowiadający się kiwa wtedy głową na tak lub na nie, a ja zadaję konkretne pytania, tłumacząc, dlaczego tak robię. Bywa, że ludzie znajdujący się w tej krańcowej sytuacji początkowo się obawiają. Ale kiedy się przekonują, że chcę dla nich dobra i że Chrystus Pan jest dobry, to się otwierają.
Mówią rzeczy, o których całe życie nie mówili. To jest bardzo ryzykowne zachowywanie – najpoważniejsze grzechy trzymać do godziny śmierci, bo możemy nie zdążyć. Albo może nie zdążyć ksiądz. Ale to są niezwykle uwalniające historie.
Najbardziej wzruszają mnie nawróceni komuniści. Nie lubię komunistów typu Konrad Wallenrod. Lubię komunistów czerwonych do szpiku kości, a nie tych jak rzodkiewka – z wierzchu czerwona, a w środku biała. Bo oni zawsze mówią: „ja tam w partii nikim nie byłem, ja tak budowałem system, by się jak najszybciej rozleciał…”. To są oszuści. Oni zawsze twierdzą, że byli jedynie kierowcami czy szeregowymi członkami partii. Cenię tych, którzy mieli odwagę stanąć wobec wyrzeczenia się Pana Boga.
Kiedy jeszcze byłem kapelanem w szpitalu i chodziłem z komunią świętą, to leżący na jednej sali ubek był strasznie ordynarny, krzyczał: „Nie chcę. Spadaj, klecho” albo był jakiś taki dziwny: „Powiem, kiedy będę chciał”. Ale nie byłbym prawdziwym duszpasterzem, gdybym do niego nie zaglądał, nie pukał, trochę go nie zaczepiał, gadał o pogodzie. I pewnego dnia on mówi: „Już!”. Ja zaskoczony, a on powtarza: „Już jestem gotowy do spowiedzi”. Tak przygotowanej głębokiej spowiedzi, jakby to psychologowie powiedzieli – z tak ogromnym kontaktem z sobą, nie miałem albo miewam rzadko. On wyznał: „Proszę księdza, byliśmy świętymi krowami, łamaliśmy ludziom kręgosłupy, łamaliśmy ludziom sumienia, rozbijaliśmy się po pijanemu samochodem, byliśmy nie do ruszenia”. Drążyłem temat, bo dla mnie to jest ciekawe antropologicznie. „Jak to się stało, że tak pana sumienie się zdegradowało?” On na to: „Wojna się skończyła, jak miałem 17 lat. Nie skończyłem żadnej szkoły. Poszedłem do milicji, ona dała mi wykształcenie, wyprała mi mózg. Potem wstąpiłem do ub, awansowałem. To był świat, który mnie ukształtował”. Chciałem dociec, jak było z prawością jego sumienia. „A nie czuł pan, że to jest złe, sumienie panu nic nie mówiło?”. Odpowiedział: „Mówiło. Moja matka była prostą kobietą ze wsi, ale zawsze powtarzała, że nie można nikogo krzywdzić. Gdy dorosłem, wyrzuty sumienia zalewałem alkoholem. Opamiętanie przyszło, kiedy (użył liczby mnogiej) zabiliśmy księdza Popiełuszkę. Ale wtedy nie miałem już odwagi się wycofać. Bo wszystko bym stracił. Byłem tak wkorzeniony”. Wielki, wielki gość, że zdobył się na taką szczerość.
Kiedy indziej w hospicjum leżała niegdyś postawiona wysoko w partii kobieta. Gdy przychodziłem, mówiła, że nie chce mieć nic wspólnego z Kościołem. Była niezwykle elokwentna i bardzo chciała ze mną rozmawiać na wszystkie tematy poza religijnymi. W pewnym momencie powiedziała: „Jak ksiądz będzie naciskał, to ja będę się usztywniała”. Uszanowałem to. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Ale jej stan się sukcesywnie pogarszał. Znów wymyślam na poczekaniu imię: „Pani Ewo, mam do pani dwa pytania. Czy zrobiłaby mi pani ten zaszczyt, żebym mógł być na pani pogrzebie? Ona odpowiada, że tak. „Ale proszę mi powiedzieć, czy mam iść przed trumną czy za nią? Ona na to: „Niech mi ksiądz da dwa dni do namysłu”. Po tych dwóch dniach powiedziała, że przed trumną. No to ja: „Pani Ewo, nie jestem pracownikiem Cepelii, nie chcę uczestniczyć w czymś nieprawdziwym. Chciałbym, żeby pani się spróbowała z Panem Bogiem pojednać”. Ona znów poprosiła o dwa dni do namysłu, a potem bardzo prawdziwie pojednała się z Panem Bogiem. Co ciekawe, poprosiła, żebym nikomu w hospicjum o tym nie mówił, żeby kapelan (mój zastępca) do niej nie przychodził z komunią, żeby nikt się nie dowiedział o jej nawróceniu. Chciała, żeby to zostało między mną, nią i Panem Bogiem. Została pochowana po katolicku, przyjmowała ode mnie sakramenty, udzieliłem jej namaszczenia chorych. Zachowała prawdziwą duchową klasę, klasę na krawędzi.
I ostatnia rzecz. Proszę pamiętać, że w godzinie śmierci można rozgrzeszać wszystkich ważnie i godziwie. Kościół na godzinę śmierci daje tyle przywilejów, że nawet największym zbrodniarzom, największym grzesznikom, tym, którzy wpadli w karę ekskomuniki z tego czy innego powodu, nawet zastrzeżoną papieżowi (czyli związaną z dwoma grzechami: świadomym zniszczeniem postaci eucharystycznej i zdradą tajemnicy spowiedzi), mogą zostać odpuszczone grzechy.
Czasem, kiedy moi pacjenci słyszą, że udzielam im tego sakramentu w niebezpieczeństwie śmierci, przeszywa ich strach. Żeby rozładować atmosferę, mówię: „Pani Grażyno, teraz już jest pani tak chroniona, że z kopytami do nieba bez żadnych przystanków”. Czego państwu i sobie życzę.
ks. Jan Kaczkowski
polecamy:

„Jeżeli mówimy, że jesteśmy bez grzechu, zwodzimy samych siebie i nie ma w nas prawdy – wytyka nam bez skrupułów święty Jan. – Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, to Bóg jest wierny i sprawiedliwy: odpuści nam grzechy oraz oczyści nas z wszelkiej nieuczciwości. Jeżeli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy – przestrzega jednak apostoł – czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego słowa” (1 J 1, 8-10). Dowiedz się więcej


Pokuta nadawana w konfesjonale ma znaczenie lecznicze i wychowawcze. Chodzi bowiem o to, aby pomagała naprawić to, co grzech zepsuł, a także przyczyniała się we wzrastaniu ku większemu dobru.
Pokuta może też mieć znaczenie karne, choć nie tyle w sensie kary nałożonej z zewnątrz jako warunku przebłagania Boga, lecz raczej w sensie przyjęcia wewnętrznych konsekwencji grzechu (wina domaga się sprawiedliwej kary). Trzeba jednak pamiętać, że choć grzech owocuje w pewnym sensie długiem „do spłacenia”, to Bóg nie potrzebuje ofiar, ale pragnie dać człowiekowi „serce nowe”: Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament. Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty! (Jl 2, 12-13).
Zarówno w sensie leczniczo-wychowawczym, jak i karnym pokuta powinna wpisywać się w cały proces obiecywanej przez penitenta poprawy, czyli nawrócenia. Trzeba w tym kontekście zauważyć, że decyzja o rodzaju nakładanej pokuty jest łatwiejsza do podjęcia, jeśli mamy do czynienia z jasno określoną szkodą, którą w jakiejś mierze można naprawić. „Wiele grzechów przynosi szkodę bliźniemu. Należy uczynić wszystko, co możliwe, aby ją naprawić (na przykład: oddać rzeczy ukradzione, przywrócić dobrą sławę temu, kto został przez nas oczerniony, wynagrodzić krzywdy). Wymaga tego zwyczajna sprawiedliwość” (KKK 1459). Jeśli ktoś coś ukradł, to powinien ukradzioną rzecz oddać (nakaz restytucji). W przypadku, gdy jest to niemożliwe (na przykład ukradziona rzecz już przepadła), trzeba podjąć wynagrodzenie częściowe lub „zastępcze”. W sytuacjach bardziej skomplikowanych (na przykład oszustwa podatkowe) można nałożyć obowiązek dania odpowiedniej sumy na biednych (na przykład do puszki św. Antoniego). Jeśli ktoś kogoś oczernił, fałszywie oskarżył, to powinien to odwołać. Co więcej, Kodeks Prawa Kanonicznego stwierdza: „Kto wyznaje w spowiedzi, że niewinnego spowiednika fałszywie oskarżył przed władzą kościelną o przestępstwo nakłaniania do grzechu przeciw szóstemu przykazaniu, nie powinien być rozgrzeszony, dopóki formalnie nie odwoła fałszywego doniesienia i nie wyrazi gotowości naprawienia szkód, jeżeli takie wynikły” (KPK, kan. 982). Są zatem takie spowiedzi, które od razu nasuwają rodzaj pokuty.
Niekiedy jednak bywa tak, że wyznawane grzechy i słabości nie prowokują jakiejś konkretnej pokuty, która mogłaby rzeczywiście pomóc penitentowi w procesie nawracania. Spowiednicy zadają wówczas jakąś modlitwę do odmówienia – dziesiątek różańca, litanię itp. Trudno jest im odpowiedzieć twórczo na wezwanie z Reconciliatio et paenitentia, że pokuty „nie powinno sprowadzać się tylko do odmówienia pewnych modlitw, ale winno ono obejmować akty czci Bożej, uczynki miłości, miłosierdzia i wynagrodzenia”. Kapłani w konfesjonale zachęcają oczywiście penitenta do wysiłku w kształtowaniu określonych postaw, szczególnie związanych z lepszym spełnianiem tak zwanych obowiązków stanu, ale obawiają się – i słusznie – nadawać tym zachętom rangę nałożonej pokuty. Choć bywają wyjątki. Nie zapomnę pokuty, jaką ksiądz zadał pewnej znajomej. Otóż oskarżała się ona między innymi o to, że ma za mało czasu dla męża i niekiedy go zaniedbuje. Spowiednik polecił jej zrobić dobrą kolację z czerwonym winem, przy świecach i spożyć ją tylko we dwoje z mężem. Tak też zrobiła. Mąż był zachwycony. Na koniec zdziwił się jednak niepomiernie, kiedy dowiedział się, że ów romantyczny wieczór był „za pokutę”.
Kodeks Prawa Kanonicznego i Katechizm Kościoła Katolickiego pouczają nas, że w nakładaniu pokuty należy uwzględnić ilość, jakość oraz okoliczności popełnionych grzechów. Oznacza to, że należy unikać nakładania takich czynów pokutnych, które nie miałyby żadnego związku z grzechem i procesem nawracania się penitenta.
Dariusz Kowalczyk SJ
polecamy:

Przez długie lata spowiedź stanowiła jedną z najbardziej podstawowych praktyk religijnych przeciętnego katolika. Ostatnio coraz częściej jednak słyszy się pytania: Dlaczego mam chodzić do spowiedzi? Dlaczego nie mogę wyznać swoich grzechów samemu Bogu?
Jak to zwykle bywa, postawienie pytania nie nastręcza większych trudności, lecz znalezienie właściwej odpowiedzi wymaga zazwyczaj wiele wysiłku. Osobista rozmowa z Bogiem na temat własnych grzechów jest niewątpliwie dobrym zwyczajem. Ściśle rzecz biorąc, nikt nie jest przecież zobowiązany do korzystania z sakramentu pojednania, jeśli nie znajduje się w stanie grzechu ciężkiego, a pragnie przyjąć Komunię, na przykład w okresie wielkanocnym.
Istnieją zasadniczo dwa rodzaje żalu za grzechy: zamknięty i otwarty. Pierwszy z nich to poczucie winy z powodu popełnionego zła. Człowiek przeżywający taki żal jest skupiony na sobie, a nierzadko poddaje się zniechęceniu i rozpaczy. Krańcowym przykładem tej postawy jest Judasz. Drugi rodzaj żalu to prawdziwa pokuta. Charakteryzuje ją otwarcie na bliźnich oraz potrzeba wyznania popełnionego grzechu. Człowiek taki pragnie „zrzucić z siebie” ciężar winy. Często zatem mówi się, że spowiedź jest lekarstwem dla duszy. Ten rodzaj żalu znajdujemy u św. Piotra. Kiedy Jezus spojrzał na niego z niemym wyrzutem (por. Łk 22, 61), Piotr najpierw wyszedł na zewnątrz, by zapłakać w samotności, lecz później powrócił do braci i wyznał zmartwychwstałemu Panu swój grzech (por. J 21, 15-18). Przystępując do spowiedzi, naśladujemy więc także zachowanie św. Piotra.
Pytania o sens korzystania z sakramentu pojednania wskazują w głównej mierze nie tyle na same wątpliwości odnośnie do celowości tej praktyki religijnej, ile raczej na sposób myślenia pytającego. Dostrzec tutaj bowiem można wyraźnie zaznaczony indywidualizm, który przejawia się w przekonaniu, że każdy człowiek sam zbliża się do Boga. Takie poglądy narzucają niejako Bogu drogę zbawienia, gdy tymczasem Bóg ma własny plan.
Przekonujemy się, że Jego drogi różnią się od naszych wyobrażeń. Bóg pragnie, byśmy żyli w bliskiej więzi z innymi ludźmi i wspólnie z nimi zdążali ku Niemu. Zauważmy, że na Sądzie Ostatecznym będziemy pytani o nasz stosunek do bliźnich (por. Mt 25, 31-46), a zatem indywidualne zabieganie o własne tylko zbawienie nie jest zgodne z Bożym planem. Wypływa stąd następujący wniosek: prywatne akty skruchy – chociaż mają wielką wartość – nie mogą zastąpić sakramentu pojednania. Zgodnie z naszą tradycją akty te są poddane sakramentowi i stanowią w pewnym sensie przygotowanie do niego.
Powyższe refleksje można wyrazić i tak: nie wystarczy zabiegać o pojednanie z Bogiem Ojcem poprzez wewnętrzne akty skruchy; konieczne jest także pojednanie z Synem żyjącym w swoim Kościele. Dla chrześcijanina świadomego własnej współodpowiedzialności za bliźnich nie istnieje pojęcie grzechu całkowicie prywatnego. Sobór Watykański II przypomina nam, że grzesząc, zadajemy ranę Kościołowi. Kiedy zaś wyrządzamy zło bliźnim, ranimy samego Jezusa. Słuszne zatem wydaje się, że przebaczenie powinno być związane z odtworzeniem zerwanych więzi. Jeżeli pragniemy pojednania z Chrystusem, musimy spotkać się z Nim w osobie kapłana odpuszczającego nam grzechy. Powracamy wówczas jednocześnie do Kościoła, któremu zadaliśmy ranę. Sakrament pojednania jest więc w pewnym stopniu zadośćuczynieniem za nasze egoistyczne dążenie do samowystarczalności.
Kościół wciąż odkrywa ogromne bogactwo, jakie kryje w sobie praktyka spowiedzi indywidualnej. Do najcenniejszych wartości należy niewątpliwie doktryna głosząca, że każdy człowiek jest osobiście odpowiedzialny za swoje czyny. W ciągu wieków próbowano niekiedy doktrynę tę podważać. Na przykład w okresie powstania protestantyzmu dość powszechne stało się przekonanie o fatalizmie zła. Uważano, że człowiek jest niejako skazany na grzech, przed którym nie ma żadnej ucieczki. Sobór Trydencki zajął w tej kwestii stanowisko, stwierdzając, że nauka o osobistej odpowiedzialności znajduje potwierdzenie między innymi w praktyce spowiedzi indywidualnej. Wszyscy wiemy, że nasze zachowanie jest często uwarunkowane okolicznościami zewnętrznymi; niemniej prawdą jest również i to, że obdarzeni zostaliśmy wolną wolą i dlatego mamy możliwość podejmowania własnych decyzji.
Mówiąc o wolnej woli, musimy pamiętać, że istotnie zdolni jesteśmy do wyboru zła bądź dobra. Możemy zatem zaprząc swoją wolność w służbę bliźnim; możemy również podążyć drogą grzechu. Dopóki nie dostrzeżemy takiej alternatywy, nigdy nie zdołamy szczerze zawołać: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika! (Łk 18, 13).
W dzisiejszym świecie wiele się mówi o wolności, lecz równocześnie widoczna jest także skłonność do ucieczki przed nią. Ludzie nierzadko próbują zagłuszyć wyrzuty sumienia, usprawiedliwiając własne postępowanie powszechnie spotykaną normą: „Dlaczego nie miałbym ukraść jakiegoś drobiazgu w sklepie? Wszyscy to robią!”; „Cóż złego jest w braniu narkotyków? Wszyscy moi znajomi biorą!”. Wobec takich skłonności konfesjonał jawi się jako wyraźny znak naszej osobistej odpowiedzialności oraz jako wezwanie do ponoszenia konsekwencji własnych czynów.
Upowszechnienie odnowionej liturgii przyczyniło się do rozwoju świadomości, że odpuszczenie grzechów możliwe jest w Kościele nie tylko za sprawą sakramentu pojednania. Zauważmy na przykład, że akt pokuty rozpoczynający Mszę świętą pomógł katolikom zrozumieć, że sama Eucharystia ma moc gładzenia grzechów. W wielu krajach obserwuje się obecnie odchodzenie od praktyki regularnej spowiedzi. Zjawisko to niejednokrotnie jest wynikiem słabnącego życia wiary, lecz można dostrzec w nim także aspekt pozytywny – chociażby wspomnianą już znajomość innych dróg uzyskania przebaczenia poza sakramentalnym rozgrzeszeniem.
Kiedy liczba penitentów przystępujących do spowiedzi zaczęła wyraźnie maleć, wiele osób sądziło, że sakrament pojednania zaniknie samoistnie. Dzisiaj wiadomo już, że tak się nie stało, a głębsza refleksja nad sensem tego sakramentu oraz ogromem dobra kryjącym się w praktyce spowiedzi indywidualnej pozwala mieć nadzieję, że nie stanie się tak również w przyszłości. „Spowiedź jest lekarstwem dla duszy”. Istotnie, spowiedź wypływa z potrzeb ludzkiej natury.
Indywidualne celebrowanie sakramentu pojednania oznacza zasadniczo osobiste spotkanie Kościoła z jednym ze swych członków, którego pierwowzorem jest ewangeliczny opis spotkań Chrystusa z grzesznikami. We współczesnym świecie coraz większym problemem staje się anonimowość, dlatego warto podkreślić, że możliwość indywidualnej rozmowy z kapłanem o najważniejszych sprawach własnego życia wychodzi naprzeciw pragnieniom ludzkiego serca. Jeśli dodatkowo rozmowa ta pogłębiona jest o łaskę sakramentalną, wówczas nie sposób znaleźć lepszej i skuteczniejszej pomocy w pokonywaniu swoich słabości.
Raymond Maloney SJ
polecamy: