Zbudź się, o śpiący

 

Udawanie, że znaleźliśmy życie, kiedy patrząc na kałużę, mówimy, że to ocean, jest fatalnym błędem. Zadowalamy się wciąż tym samym, nawet jeśli to jest coś, co zniewala. Musi przyjść taki dzień, taki moment, kiedy usłyszmy słowa św. Pawła: „Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych” (Ef 5,14). I się obudzimy.

To najważniejsze i najtrudniejsze zadanie życia. Zabrać na wędrówkę swoje serce, czyli tak żyć, by nie tylko żyć, ale i przeżywać. Zobaczcie, ilu ludzi wokoło tylko wegetuje? Nie wędrują i nie żyją, po prostu są podmiotem różnych naturalnych procesów zachodzących w ich ciele i życiu. Dlaczego tak często przestajemy wędrować? Każdy z nas ma tu swoją ciekawą opowieść o tym, jak wyłącza w sobie tryb „przygoda”, a włącza tryb „wegetacja”. Uciekamy od bólu, od porażki, od rozczarowania, a naszym bratem staje się strach o to, że kiedy rozbudzimy w sobie pragnienia i życie, to może nic z tego nie wyjść.

Dlaczego kiedy ogląda się wielką opowieść o życiu, jak choćby panowie Gladiatora, a panie wielką historię o miłości, powiedzmy Titanic (wiem, uprościłem), to nasze serce rośnie i rwie się do przeżycia wielkiej przygody, a kiedy milknie muzyka i schodzą z ekranu napisy końcowe filmu, to od razu pozwalamy, by nasze serce utopiło się w tym, co nas tak na co dzień przytłacza? Dlaczego tak bardzo boimy się żyć? Przecież Bóg dał nam oczy, byśmy patrzyli, uszy, byśmy słyszeli, wolę, byśmy wybierali, i serce, byśmy mogli naprawdę żyć. Właśnie w sercu rozpoczyna się „sukces”, bo przecież mężczyzna musi wiedzieć, że jest silny, że ma wszystko, co jest mu potrzebne, a kobieta musi wiedzieć, że jest piękna, że ktoś o nią walczy, bo jest tego warta.

Czasem, kiedy spowiadam, odnoszę wrażenie, że w środku jesteśmy puści. Nie w sensie bycia pysznym i próżnym, ale w sensie braku życia. Owszem, przychodzimy do konfesjonału, spowiadamy się, nawet jest w nas pragnienie innego życia, a jednak się nie udaje. Prawda jest taka, że nie jesteśmy puści. Mamy serce, a ono dalej jest takie, jakie Bóg chciał: dzikie, silne, od­ważne oraz piękne, tylko zamknięte i ciągle nie odkryte. Jeśli chcemy być mężczyznami i kobietami, którzy potrafią zawalczyć i kochać, to musimy przebudzić nasze nie puste, ale uśpione serca. Nawet za cenę bólu i zmę­czenia, bo to jest ostra wędrówka. Musimy to zrobić.

Jeśli tego nie zrobimy, grozi nam to, w co dali się wciągnąć saduceusze z Ewangelii (por. Mk 12,18–27). Zamiast szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy wierzą w Zmartwychwstanie, czy jest w nich pragnienie pójścia za Bogiem Żywym, rozpoczynają deliberacje na tematy kompletnie niezwiązane z życiem (o kobiecie i siedmiu braciach, których kolejno była żoną). Pozwalają sobie na pytania zastępcze, byleby nie zadać pytań prawdziwych. Łatwiej pytać o rzeczy drugoplanowe, niż zapytać siebie samego, o co tak naprawdę chodzi mi w moim życiu.

Musimy skierować nasze serca ku Bogu. To nie jest tylko grzecznościowo-religijna formułka; zwrócić serce ku Bogu to nic innego, jak zapragnąć tego, by być jak On, by znów stać się silnym i pięknym wojownikiem. Musimy to zrobić, bez tego wejdziemy na drogę wegetacji.

Ta wegetacja może być dla wielu pojęciem abstrakcyjnym, ale wystarczy pojechać do zoo i podejść do klatki z lwami. Staniecie tam oko w oko ze zwierzęciem stworzonym do przemierzania wielkich afrykańskich sawann, do polowania na zebry… Tymczasem w jego oczach zobaczycie przegraną, zobaczycie coś, co się poddało. Zamiast groźnego lwa, zobaczycie przerośniętego kota.

Kiedyś, pracując z młodymi, uczyłem się tej wewnętrznej walki między wychowywaniem ich na pobożne i grzeczne dzieciaczki przy kościele a pozwoleniem im na to, by odkrywali w sobie właśnie to, co jest zwróceniem swojego serca ku Bogu, a więc odkrycia swojego piękna i dzikości. Tego się nie da zapisać w kanonach dobrego wychowania.

Uboga wdowa okazuje się mistrzynią w uczeniu nas „pójścia na całość”.

 

Grzegorz Kramer SJ, Bóg jest dobry (wyd. 2), Wydawnictwo WAM, Kraków 2018


Polecamy: